Nadszedł ostatni dzień naszego pobytu w Iranie. Po wykwaterowaniu z hotelu ruszyliśmy w kierunku Teheranu na lotnisko Chomeiniego, skąd czekał nas przelot do Dubaju na lotnisko w Szardży.

Ostatnie spojrzenie na ten piękny kraj, surowy i tajemniczy. Po drodze zwiedziliśmy dwa bardzo ciekawe obiekty. Pierwszym z nich jest uważany za najstarszy na świecie, bo liczący sobie ok. 8 tysięcy lat ziggurat (piramida) Sialk Tepe. Znajduje się on w pobliżu miasta Kashan, które właśnie opuściliśmy.

W zasadzie nie mieliśmy w planie zwiedzania tego miejsca, ale ponieważ było trochę czasu do otwarcia ogrodów Fin, nasz przewodnik Marcin zaproponował nam aby je zobaczyć. Naprawdę warto było.

Miejsce to jest jednym z najważniejszych wykopalisk prehistorycznych w Iranie. Pierwsze prace archeologiczne rozpoczęto w latach 30-tych ubiegłego wieku i trwają one do dziś. Gdy podeszliśmy bliżej widzieliśmy ślady tych prac.

Kompleks archeologiczny Tepe Sialk składa się z dwóch wzgórz oddalonych o około pół kilometra oraz dwóch cmentarzy. Badania archeologiczne pozwoliły odkryć liczne ślady osadnictwa z okresu neolitu. Cała piramida zbudowana została z cegły mułowej. Z daleka wygląda jak wielka góra o nieregularnym rozmytym kształcie, wyrzeźbiona przez wiatr i spływającą po niej wodę. Na własne oczy mogliśmy się przekonać jaki wpływ mają czas i warunki atmosferyczne.

Bezpośrednio do niej podejść nie można, bowiem ogrodzona jest siatką, a w niektórych miejscach płotem z cegieł. Będąc kilkanaście metrów od niej można było dokładnie się jej przyjrzeć. Wiele jednak zobaczyć nie można.

Z tego co wyczytałam przed przyjazdem do Iranu, niedaleko znajduje się małe muzeum, w którym jest trochę artefaktów wydobytych podczas prac archeologicznych w tym rejonie. Dzięki nim można zobaczyć jak zmieniało się życie miejscowej ludności na przestrzeni 7 tys. lat. Bardzo żałowałam, że nie mieliśmy więcej czasu by go odwiedzić.

Był jeszcze wczesny ranek niezbyt ciepły, ale słoneczny i rześki, gdy spod piramidy udaliśmy się w kierunku ogrodu Fin – jednego z dziewięciu wpisanych na listę UNESCO, nazwanych „ziemskim rajem”. Po drodze mijaliśmy małe sklepiki, które właściciele na nasz widok pospiesznie otwierali.

Po przejściu przez bramę znaleźliśmy się w pięknym parku pełnym zieleni i fontann ciągnących się wzdłuż alejek. Ogród korzysta z tych samych źródeł wody, które przez wieki zasilały ziggurat Sialk Tepe.

Jego budowę zaczęto w latach 1571-1629 za panowania Abbasa I. Jest wzorowym przykładem pięknej perskiej architektury ogrodowej. W jego środku znajduje się niewielki uroczy pałacyk otoczony basenami i fontannami. Będąc w nim podziwialiśmy jego ciekawe rozwiązania architektoniczne. W ogrodzie niedaleko pałacu znajdują się łaźnie z którymi wiąże się pewna smutna historia.

W łaźniach tych w roku 1852 został zamordowany premier Persji Amir Kabir. Jego historia może służyć za przykład kariery od pucybuta na szczyty. Jako, że wywodził się z nizin społecznych (jego ojciec był kucharzem) nie miał szans na naukę, a jako mały chłopiec bardzo chciał się uczyć. Zamiast się bawić z rówieśnikami, siedział pod ścianą szkoły i przez otwarte okna słuchał lekcji przeznaczonych dla dzieci księcia Abbasa Mirzy i jego dworu. Któregoś dnia jeden z nauczycieli dał im do rozwiązania problem którego żadne nie potrafiło rozwiązać. Zza okna odezwał się mały Amir i podał rozwiązanie. Nauczyciel zrozumiał, że chłopiec jest nieprawdopodobnie zdolny i zwrócił się z prośbą do księcia, o wyrażenie zgody by dołączył do klasy. Dzięki temu Amir zdobył wykształcenie. Okazał się niezwykle mądrym i utalentowanym politykiem. Rozstrzygnął sprawiedliwie wiele trudnych i zawiłych spraw

Gdy obejmował urząd premiera zrujnowany kraj był na progu bankructwa. Dzięki jego reformom gospodarczym, społecznym i wojskowym zaczął się odradzać.

Stał się bardziej szanowaną i popularną osobistością od szacha. Przyczyniło się to do jego śmierci. Matka szacha widząc, że przerasta on możliwościami jej syna obawiając się, że kiedyś może sięgnąć po tron zleciła jego zabójstwo służbom specjalnym. To właśnie podczas pobytu w tej łaźni agent podciął żyły Amirowi.
Całą tą scenę przedstawia inscenizacja znajdująca się w głównym pomieszczeniu łaźni.

Poruszeni tą smutną historią wsiedliśmy do naszego autokaru, by udać się w dalszą podróż. Jadąc po raz ostatni podziwialiśmy piękne krajobrazy irańskie. Po drodze widzieliśmy słynne bezodpływowe słone jezioro – Urmia. Przez większość roku nie ma w nim ani kropli wody. Z oddali widać tylko białą plamę ciągnącą się kilometrami. To odsłonięte dno pokryte grubą warstwą soli.

Położone w tektonicznym zagłębieniu śródgórskim na wysokości 1275 m jest największym jeziorem na Bliskim Wschodzie, a trzecim co do wielkości na świecie. Ekolodzy biją na alarm ponieważ powoli a sukcesywnie zanika. Na początku lat 90-tych zajmował powierzchnię dwukrotnie większą od Luksemburga a dziś to jest tylko 10% pierwotnej powierzchni. Mimo niewielkiego obszaru nadal jest przystanią dla migrujących ptaków w tym flemingów i pelikanów. Zasolenie wód stało się tak duże, że żyjący w nich rzadki gatunek skorupiaka – słonaczek którego organizm toleruje sól zagrożony jest wyginięciem.

Jeszcze 20 lat temu nad jego brzegi tłumnie przybywali turyści, by zażyć kąpieli w wodach, a przy okazji skorzystać z jej właściwości leczniczych oraz leczniczego błota. Dziś po okresie świetności pozostały „pamiątki” w postaci prowadzących donikąd pomostów oraz zardzewiałych stateczków wycieczkowych tkwiących na suchej równinie. Mimo, że okolice jeziora od lat 70-tych są parkiem narodowym i figurują na liści chronionej biosfery UNESCO, wiele wskazuje na to, że Urmia podzieli los Jeziora Aralskiego.

Jezioro zanika, a niesiona wiatrem sól ma fatalny wpływ zarówno na zdrowie mieszkańców: powoduje między innymi zaburzenia oddychania i choroby oczu, jak i na uprawy, ponieważ osiadając na polach powoduje niszczenie upraw.

Pozostawiając za sobą słone jezioro prostą droga dojechaliśmy na lotnisko Chomeiniego. Tu pożegnaliśmy się z naszym irańskim przewodnikiem Amirem i dwoma kierowcami, którzy towarzyszyli nam przez prawie cały pobyt w Iranie. Były to dla wszystkich wzruszające chwile, bowiem przez te dwa tygodnie zżyliśmy się ze sobą. Rutynowa odprawa, wejście na pokład samolotu i wielka ulga, nareszcie można zdjąć te znienawidzone chusty z głowy. Wzbijając się w powietrze żegnałam się z Iranem. Nigdy nie zapomnę tej wizyty, wspaniałych zabytków, życzliwych ludzi, wspaniałego irańskiego jedzenia.

Pobyt w kraju Persów, przybliżył nam ich przepiękną historię. Było nam dane nie tylko poznać, ale i niejednokrotnie dotknąć nieprawdopodobnych zabytków starodawnej Persji, poznać starożytnych władców, ich biografię i działania o których nie miałam pojęcia.

Podczas kilkugodzinnego lotu do Dubaju myślałam o tym, że tak naprawdę, to niewiele mogę powiedzieć o stosunkach panujących w Iranie. Ograniczony czas pobytu sprawił, że moja wiedza na ten temat jest powierzchowna. Żeby poznać lepiej życie mieszkańców, ich stosunki rodzinne, jak naprawdę wygląda w nich pozycja kobiety, jaki jest rzeczywisty stosunek do wyznawców innych religii, na to potrzeba tygodni, miesięcy a może i lat.

Podchodząc do lądowania w Szardży doskonale widzieliśmy Zatokę Perską i mega wieżowce nad jej brzegiem. Zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu w Dubaju w którym mieszkaliśmy przed wyruszeniem do Iranu. Po obiedzie mieliśmy czas na relaks i wizyty w pobliskich sklepach.

Jutro czeka nas kolejny, miły, pełen niespodzianek dzień bowiem mamy jechać do Abu Dhabi. Zobaczymy tam największy, najdroższy i najpiękniejszy meczet świata-meczet Szeika Zayeda, tor wyścigowy F-1 i wiele innych obiektów. Dowiemy się też wielu ciekawych rzeczy o emiracie Abu Dhabi najbogatszym z siedmiu zjednoczonych. To dopiero będzie jazda. Ale o tym już w następnej i zarazem ostatniej części mojego opowiadania.

Foto: Liliana i Zdzisław Borodziuk