Miasto Jazd, liczące około 505 tys. mieszkańców było kolejnym celem naszej podróży. Położone w środkowym Iranie, w oazie, u północnego podnóża gór Kuh-e Rud, na styku Wielkiej Pustyni Słonej i Pustyni Lota, jest ośrodkiem administracyjny ostanu Jazd. Dotarliśmy do niego późnym wieczorem i zatrzymaliśmy się w 150-letnim prywatnym domu przerobionym na hotel. Było to niezwykłe miejsce. Nie był to typowy hotel jakie dotychczas spotykaliśmy na trasie naszej podróży. Różnorodność pomieszczeń i ich bogato zdobione ściany, sufity i hol sprawiały, że był oryginalny sam w sobie. Ciekawe też były łazienki, których wystrój i urządzenia sanitarne zaspakajały gusta i przyzwyczajenia różniących się kulturowo osób. Tak sobie wyobrażałam karawanseraj i tak go nazwałam. Urządzenie i wyposażenie restauracji wprawiały nas w zachwyt.

Po raz pierwszy spotkałam się z tym, że pokoje nie posiadały zamków. Były zamykane przy pomocy kłódek do których klucze były umocowane do kawałków drewna.

Nam z mężem przydzielono pokój nr 4 na parterze. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po wejściu do pokoju zobaczyliśmy rząd łóżek (w sumie było ich 5) i kilka pań z naszej grupy wnoszących swoje bagaże do naszego pokoju. Twierdziły, że mają również przydzielony pokój nr 4. Udałam się do naszego przewodnika Marcina, wyjaśnić zaistniałą sytuację. Okazało się, że nasze towarzyszki podróży miały pokój nr 4a w innej części domu. W efekcie mieliśmy z mężem największy i najokazalszy pokój w całym hotelu, nie mówiąc już o pięciu łóżkach do wyboru. Wszyscy z naszej grupy przychodzili oglądać ten nasz „apartament”.

Po kolacji włączyliśmy telewizor i dowiedzieliśmy się, że na atak serca zmarł
Ali Akbar Haszemi Rafsandżani 82 letni irański duchowny i polityk, prezydent Iranu w latach 1989–1997. Następnego dnia miał się odbyć jego pogrzeb. Miejscem spoczynku miał być grobowiec Chomeiniego. W związku z jego śmiercią ogłoszona została trzydniowa żałoba narodowa w całym Iranie, podczas której pozamykane miały być wszystkie ośrodki kulturalno-oświatowe w tym ogrody. Żałoba żałobą ale biznes musi się kręcić. Wiele placówek mimo ogłoszenia żałoby było otwarte, dzięki temu mogliśmy realizować nasz plan turystyczny bez zakłóceń. Wyruszyliśmy więc na miasto. Wszędzie były bilbordy z podobizną zmarłego.

Pierwszym obiektem do którego dotarliśmy, to świątynia ognia zoroastrian w Atiszkade. Czułam się dziwnie patrząc na ogień który płonie w tym miejscu nieprzerwanie od 1500 lat. Będąc w niej poznaliśmy zasady i symbolikę jednej z najstarszych monoteistycznych religii świata – zoroastryzmu. Została ona założona przez Zaratuszkę ok 1400-1200 r p.n.e. Straciła obecnie swoje znaczenie i jest w okresie schyłkowym. Na całym świecie wyznaje ją łącznie ok 250.000 ludzi. W tym w Iranie ok 40.000 a w Indiach 150.000. Nie będę w sposób szczegółowy opisywać tej religii z uwagi na szczupłość miejsca ale zainteresowanych odsyłam do Wikipedii.


Nierozerwalnie z tą religią związane są „wieże milczenia”, gdzie w dość niezwykły i szokujący jak dla nas sposób odbywała się ceremonia pogrzebowa. Wznoszono je na szczytach wzgórz, odległych od siedzib ludzkich. Jest to dużych rozmiarów okrągła budowla w kształcie rotundy bez dachu, wzniesiona z cegły lub kamienia w której wyznawcy zoroastryzmu pozostawiali zwłoki swoich zmarłych na żer ptakom, głównie sępom. Jadąc z oddali widzieliśmy górujące nad okolicą dwa szczyty górskie oddalone od siebie około 1 km. z wybudowanymi na nich wieżami milczenia.

U podnóża góry na której stała wieża znajdowały się również kompleksy mieszkalne w którym przebywała rodzina i krewni towarzyszący zmarłemu.


Według ich wierzeń ciało w chwili śmierci od razu staje się nieczyste ponieważ demon Awestan natychmiast po śmierci opanowuje zwłoki i zaraża je złą mocą która skaża wszystko czego dotkną (ziemię, ogień oraz żywych którzy mogą mieć z nimi kontakt). Aby tego uniknąć, zwłoki pozostawiano w specjalnych wzniesionych budowlach zwanych wieżami milczenia, na żer ptakom. Równocześnie czynność ta uznawana jest za „ostatni akt miłosierdzia” zmarłego, który dostarcza w ten sposób pożywienia ptakom.

Tylko jeden człowiek miał wstęp do wieży. Był nim odpowiednik naszego grabarza, który przejmował od rodziny ciało i powoli wnosił je na górę. Przekraczając bramę znajdującą się w murze udawał się ze zmarłym na środek placu w którym wykopany był duży okrągły dół przykryty drewnianą kratownicą. To na niej umieszczał zwłoki które w ten sposób nie miały kontaktu z ziemią.

Ciała zmarłych dzieci umieszczano w najbardziej wewnętrznej części kręgu. Kobiety układano w środkowym pasie, zaś mężczyzn w najbardziej zewnętrznym kręgu. Po oczyszczeniu przez sępy kości z tkanki, wrzucał je do dołu znajdującego się pod kratownicą i posypywał wapnem, by tam, pod wpływem słońca, ulegały rozpadowi. Po pewnym czasie, gdy nazbierało się ich dużo, bo nie wszystkie uległy zniszczeniu, grabarz kruszył je na proch.

Z biegiem lat uległa zmianie ceremonia pochówku. Po oczyszczeniu kości z tkanki są one znoszone na dół i chowane w ziemi nieopodal góry w betonowych trumnach. W ten sposób nie mają one bezpośredniego kontaktu z ziemią.

Mimo, że wieże milczenia do których przybyliśmy były od lat nieużywane, to i tak zrobiły na nas niemiłe wrażenie pustki i bliskości śmierci. By się do niej dostać trzeba było iść długą stromą drogą. Z tego powodu ja zrezygnowałam z wejścia na górę i czekałam na dole, a mój mąż z częścią naszej grupy poszli zobaczyć jak wygląda rotunda w środku. Gdy wrócił to opowiadał mi, że jako miejsce ostatecznego i nieodwracalnego zniszczenia bytu zmarłego na ziemi, zrobiło na wszystkich przygnębiające wrażenie. Natomiast ze szczytu rozciąga się niesamowicie piękny widok na panoramę miasta i okolice.

Gdy mąż był na górze podeszła do mnie para sympatycznych studentów irańskich z którymi bardzo miło się rozmawiało. Byli oni niesamowicie ciekawi świata i opinii o Irańczykach. Zrobiliśmy sobie kilka wspólnych zdjęć a na pożegnanie Nasrin (bo tak się nazywała ta dziewczyna) wpisała mi do mojego notatnika irański wiersz i moje imię po irańsku.

Wróciliśmy do miasta Yazd, aby udać się do Meczetu Piątkowego o najwyższych w Iranie minaretach. Meczet ten powstał w miejscu starej zoroastriańskiej świątyni ognia. Według znawców ma najwspanialszą dekorację z ceramicznych płytek spośród wszystkich budowli powstałych za panowania Ilchanidów (1256-1335). Wiele jego części uchodzi za jedne z najpiękniejszych na świecie w swojej klasie.

Było słoneczne, ciepłe popołudnie. Promienie słoneczne odbijały się od jego ceramicznych zdobień. Gdy weszliśmy do środka, było w nim kilka osób, panował przyjemny chłód co w połączeniu z kolorowym wystrojem emanowało spokojem.
Z tego co czytałam, by zobaczyć jego prawdziwe piękno należy przyjść tu w nocy gdy cały jest podświetlony różnymi kolorami świateł. Niestety z braku czasu nie było to nam dane.

Po wyjściu z meczetu chwila odpoczynku i herbatka na tarasie dachu jednej z uroczych restauracji skąd rozpościerał się widok na dachy domów starego miasta.

Naszą uwagę przykuły wznoszące się nad niską zabudową konstrukcje, przypominające wysokie kominy. Były to badgiry, zwane inaczej „łapaczami wiatru”, stanowiące prototyp współczesnej wentylacji.


Idąc do starego miasta przewodnik Marcin opowiadał nam o zwyczajach i kulturze w islamie. Kobieta wychodząc za muzułmanina, jeśli jest innej wiary nie musi jej zmieniać, bo dzieci i tak dziedziczą wiarę po ojcu. Gorzej jest natomiast w sytuacji odwrotnej. Jeśli niemuzułmanin chciałby poślubić muzułmankę musi przejść na islam. W przeciwnym razie straci głowę.

Rozmawiając dotarliśmy do starego miasta. Domy są zbudowane z glinianych cegieł koloru brązowo-beżowego. Ulice są wąskie co chroni przed upałem. Idąc uliczkami zauważyliśmy na drzwiach domów zamiast dzwonków dwa rodzaje kołatek wydających różne dźwięki podczas stukania. Jak się okazało były to kołatki męskie i żeńskie. Gdy gościem był mężczyzną używał tej pierwszej, aby pani domu zdążyła włożyć odpowiedni strój, by nie kusić swoimi kształtami gościa. Gdy do pani domu przychodziły koleżanki używały tej drugiej.

Spacerując urokliwymi uliczkami widzieliśmy Więzienie Aleksandra (wg legendy wybudował on by osadzić w nim buntujących się przeciw jego władzy perskich notabli. Tak naprawdę pochodzi on z 15 wieku) oraz Mauzoleum Dwunastu Imamów z XI w. które ma charakter symboliczny, bo nie spoczywa tu żaden z nich.

Poświęcone jest dwunastu imamom spadkobiercom Mahometa, którzy otoczeni są szczególną czcią w islamie szyickim. Oprócz ostatniego ginęli śmiercią tragiczną i męczeńską. Szyici czekają na niego, bo według nich dwunasty imam ponownie przyjdzie. Do środka nie wchodziliśmy ponieważ było zamknięte, tylko zrobiliśmy kilka zdjęć na zewnątrz.


Ze starego miasta udaliśmy się do kompleksu meczetu Amir Chachmag założonego latach 1418 i 1438 przez Amir Chachmag. Znajduje się on w centralnym miejscu miasta, przy rozległym XV wieku placu z fontanną. Spotykają się tu zarówno turyści jak i mieszkańcy miasta, by w pobliskich sklepikach ze słodyczami i przyprawami dokonać zakupów. My również dokonaliśmy w nich zakupów miejscowych słodkości.

Na otaczających plac domach widoczne są wszechobecne bagdiry. Zainteresowanie nasze wzbudziła drewniana wysoka na 2 piętra konstrukcja umieszczona na ziemi przed meczetem. Jak powiedział nasz przewodnik, jest to tzw. palma niesiona w procesji podczas jednego z najważniejszych świąt szyitów, święta Aszura upamiętniająca śmierć 12 proroka Husajna.

Idąc ulicami miasta zatrzymaliśmy się w miejscu nazwanym przez Irańczyków środkiem Iranu. Znajduje się on pośrodku ruchliwej ulicy. Jest to średniej wielkości wieża.

Następnie pojechaliśmy do wpisanej na listę UNESCO, Ogrodu Dolat Abad, w którym znajduje się siedziba władcy perskiego Karim Chana. Słynie ona z 33 metrowego największego badgiru (wieży wiatru) na świecie. Jest częścią pawilonu w którym mieszkał szach. Przed nim znajduje się długa sadzawka położona między drzewami która nie tylko wpływa na estetykę, ale spełnia rolę praktyczną, bo chłodzi powietrze.

Starożytni Persowie wymyślili skomplikowany system, w którym specjalnie ukształtowane półki w wieży wiatrów zapobiegały przed dostaniem się ciepłego powietrza do wnętrza pomieszczenia, jednocześnie kierując strugi schłodzonego powietrza w dół, a następnie w kierunku sadzawki która go ponownie schładza. Część z niego ponownie jest zasysana i wykorzystywana do schładzania wnętrza. Pierwszy raz mogliśmy się dowiedzieć jak to działa. Oglądaliśmy z zaciekawieniem tę starożytną maszynerię, genialnie prostą w budowie, a skuteczną w działaniu.

W pomieszczeniach pawilonu okna zamiast szyb mają wbudowane kolorowe witraże. Padające przez nie światło tworzy wielobarwny wzór na ścianach i podłodze.

Obecnie ogród ten jest miejscem odpoczynku zarówno turystów jak i mieszkańców miasta. Na specjalnych podestach można spocząć i napić się herbaty, jednak o tej porze roku bufet był nieczynny. Mimo to na niektórych widać było uczących się studentów. W ogrodzie były też miejsca z krzewami winogron, przypominające dawne dobre czasy, gdy w Iranie wino lało się strumieniami.

Odbyliśmy spacer po alejkach tego pięknego, zielonego parku, robiąc pamiątkowe zdjęcia. Mimo zimowej pory na drzewach widać było dojrzałe pomarańcze.

Czas było opuścić to piękne miejsce, bo słońce chyliło się ku zachodowi. Czekał nas powrót do hotelu i obiadokolacja. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że nasz przewodnik Marcin przygotował nam miłą niespodziankę. Posiłek bowiem mieliśmy zjeść nie w naszym hotelu, ale w niezwykłej restauracji. Idąc krętymi uliczkami w półmroku, gdyż słońce już zaszło, po kilkunastu minutach przekroczyliśmy jej próg.

Uderzył nas jej egzotyczny dla nas wystrój, było jak zwykle wspaniałe irańskie jedzenie, a ton przemiłej atmosferze nadawała irańska muzyka. Nie obowiązywał tu ścisły nakaz noszenia chust przez kobiety dlatego wszystkie je z przyjemnością zdjęliśmy. Po kolacji kto chciał mógł zapalić fajkę wodną czyli sziszę. Można było sobie wybrać zapach. Byłam w swoim żywiole, bowiem je uwielbiam. Paliłam ją wielokrotnie w Egipcie i Libanie. Mąż mój jej nie lubi ale z chęcią pozuje z nią do zdjęć. Jedna z towarzyszek naszej podróży nie chciała nawet do nich pozować nie mówiąc już o jej paleniu, bo bała się co powie jej mąż, gdy zobaczy takie zdjęcie. Dla mnie wydawało się to śmieszne, ale różnie jest w małżeństwach. Dopiero zaczęłam się rozkręcać, a trzeba było wracać do hotelu. Powrót przebiegał w wesołym nastroju.

Po dotarciu na miejsce oglądaliśmy przez chwilę w telewizji relację z pogrzebu H.Rafsandżaniego. Musieliśmy się jak najszybciej położyć spać bowiem następnego dnia czekała nas podróż w głąb Wielkie Pustyni Słonej i zwiedzanie wielu ciekawych miejsc po drodze. Zanim dojedziemy do Isfahanu przed nami znów 450 km podróży.

Foto: Liliana Borodziuk,Zdzisław Borodziuk