Zastanawiałem się, patrząc dzisiaj na koncertowo grającą Anglię, która bez większych problemów, zwartym i silniejszym zespołem pokonywała broniącą się dzielnie w ćwierćfinale Szwecję, co podane nam będzie jako danie główne tego wieczoru, czyli jakie zabiegi wokół rozbrojenia kosztownej rosyjskiej miny podejmą chorwaccy saperzy. Tym bardziej że po ostatnim, wręcz mało możliwym do przewidzenia sukcesie niedźwiedzi przeciw sławnym matadorom, spodziewać można się było właściwie wszystkiego. Saper może pomylić się tylko raz, a jak pamiętamy, popisy drużyny z Bałkanów charakteryzowała jak dotąd niezwykle sprawna, precyzyjna i pełna artystycznego wigoru gra, która dała jej awans do tego ćwierćfinału. Spodziewałem się więc, że i tym razem, i od samego początku, jako reprezentacja znacznie silniejsza technicznie, z wyobraźnią nie podda się presji psychologicznej tego meczu, i nie da zbyt wiele pola do popisu pogromcom Arabii Saudyjskiej, Egiptu i … Hiszpanii.

Życie bywa jednak bardziej dowcipne niż wszelkie obliczenia. Ćwierćfinałowy mecz pomiędzy Rosją i Chorwacją rozpoczął się od pięknych i kompletnie nieprecyzyjnych akcji gości. Zdawało się, że w tej defensywno-figuratywnej układance, jaką chyba z premedytacją zaplanowali Chorwaci, brakuje figury prowadzącej, i kończącej akcje celnymi trafieniami. Piękne dryblingi, i odbieranie piłki co rusz to taranującym faulami pole przeciwnika, próbując zdobyć gola Rosjanom, spełzały w efekcie na niczym. Jak gdyby Chorwatom jakoś brakowało porozumienia. Czekali i bawili się tak długo, aż w koncu w pięknym strzale z błyskawicznej kontry, zdobył pierwszy gola dla Rosji Czeryszew, imponując rozentuzjazmowanym kibicom. To otrzeźwiło ich gości przynajmniej na tyle, że z kolejnej akcji wreszcie celną bramkową odpowiedź, zdobywając bramkę dla Chorwacji dał Rosji w 39 minucie Kramarić. I zdawało się już że teraz będą tak strzelać dalej. Nie strzelali. Niczym w kraciastej chorwackiej fladze, zaczęła się ponownie misterna układanka, i podchody do rosyjskiej bramki. Znowu brakowało szczęścia i precyzji, by po raz drugi trafić okrągłym do prostokątnego i przejąć prowadzenie spotkania. Pierwsze 90 minut z wynikiem 1:1 rozwiewało moje początkowe złudzenia.

I wreszcie, w pierwszej części nieuniknionej dogrywki, dzięki pięknej główce Vida, bałkański szachista objął prowadzenie, i mógłby wygrać. Tyle że dalej nie uważał, i odpowiedź dostał również z główki, tyle że od rosyjskiego Fernandesa, i to w sposób nie mniej imponujący. W 120 minucie było więc już 2:2.

Kak naszoł, tak potierał, jak przysłowiowo mawiają Rosjanie, dla których urzędowe nerwowe jedenastki przed niedźwiedzio ryczącą publiką, miały rozstrzygnąć o tym, czy to oni, czy ich chorwaccy przeciwnicy dostaną historyczną szansę na półfinał, przeciwko drużynie z krainy wiecznych deszczów. Rozpoczęli więc od zgrabnego pudła. Następnie były dwa celne trafienia obydwu drużyn, i ponownie dwa pudła. Wprawdzie, w końcu bałkańskim gościom udało się opanować nerwy, i przestrzelić do końca pierwszej kolejki karniaków wynik gospodarzy, ale coż to za tryumf dla drużyny, która powinna była wygrywać już przed przerwą co najmniej 5:2. Ale futbol to nie konkurs piękności, panowie, na boisku trzeba skutecznie współdziałać. Odetchnęliśmy  przed ekranem, emocje sięgnęły północy.

I tak oto drogocenne rosyjskie jajo Fabergé wygotowało się w końcu w bałkańskim kotle na twardo, ale ileż pary poszło przy tym w gwizdek!? Wyspiarze takich błędów w półfinale na pewno już nie przepuszczą, zaś w ataku wiedzą dokładnie gdzie jest bramka i jak należy do niej trafiać. Ale, mimo wszystko, Chorwaci ograli Rosję – eliminując z szansy na tytuł najczarniejszego konia tych mistrzostw, nie ulękli się gremialnych gwizdów życzliwej publiki gospodarzy, i stoją teraz przed wielką szansą ogrania prawdziwych mistrzów. Powodzenia w starciu z Anglią, bracia Chorwaci!

 

Foto: Cyfrasport