Jedną z fundamentalnych zasad demokratycznego państwa prawnego (art. 2 Konstytucji) jest dostęp do informacji publicznej. Bezpłatny i dla każdego. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że informację każdy może otrzymać. Urzędnik czy samorządowiec zawsze znajdzie coś, żeby zniechęcić natręta…

Maciej Rysiewicz, redaktor niezależnego od lokalnych układów portalu „Gorlice i okolice albo Bobowa od-nowa” wystąpił do burmistrza Bobowej Wacława Ligęzy z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej.

I, hosanna, Ligęza jest gotowy na udostępnienie.

Tyle, że Maciek najpierw musi zafundować dwa tygodnie pracy urzędnika w urzędzie!

 Ustalenie kogo i po co wysłano z Urzędu Miejskiego w Bobowej w podróż służbową burmistrz Wacław Ligęza wycenił na 2718 złotych i 14 groszy. Nie ma co ukrywać, że taka opłata może stanowić zaporę nie do przebycia w uzyskaniu dostępu do informacji publicznej. Jak widać i w taki sposób można skutecznie utajnić każdą informację publiczną. A urzędnicy opłacani przez nas wszystkich mogą jeszcze dodatkowo zarobić podpisując umowy zlecenia w sprawie udostępnienia informacji publicznej. I, jak można domniemywać, prace zlecone wykonają w godzinach świadczonego stosunku pracy w Urzędzie Miejskim w Bobowej. http://gorliceiokolice.eu/2015/06/dostep-do-informacji-publicznej-za-2718-zlotych-i-14-groszy/

Niżej pismo, jakie wysłał mgr inż. Wacław Ligęza:

Podążmy więc śladem wyroków, jakie potwierdzają stanowisko lokalnej władzy:

  1. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gdańsku (II SA/Gd 594/14).

Sąd w składzie

Przewodniczący: Sędzia WSA Mariola Jaroszewska.

Sędziowie WSA: Wanda Antończyk, Janina Guść (spr.)

po rozpoznaniu w dniu 1 października 2014 r. w Gdańsku na rozprawie sprawy ze skargi Okręgowej Izby Architektów RP na postanowienie Starosty z dnia 15 maja 2014 r., nr (…) w przedmiocie opłaty za udostępnienie informacji publicznej

  1. uchyla zaskarżone postanowienie,

  2. orzeka, że zaskarżone postanowienie nie może być wykonane,

  3. zasądza od Starosty na rzecz skarżącej Okręgowej Izby Architektów RP kwotę 457 (czterysta pięćdziesiąt siedem) złotych tytułem zwrotu kosztów postępowania.

 

  1. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (II SA/Wa 545/13).

Sąd w składzie:

Przewodniczący: Sędzia WSA Ewa Pisula-Dąbrowska (spr.).

Sędziowie WSA: Iwona Dąbrowska Ewa Grochowska-Jung

oddalił skargę człowieka, który uważał, że organ administracyjny bezprawnie żąda od niego opłaty za sporządzone kserokopie.

  1. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie (II SA/Wa 2384/13).

Sąd w składzie:

Przewodniczący: Sędzia WSA Jacek Fronczyk.

Sędziowie WSA: Eugeniusz Wasilewski, Janusz Walawski (spr.)

oddalił skargę.

Niejaki P. D. w ramach dostępu do informacji publicznej zażądał od Prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego nadesłania kopii skargi kasacyjnej.

Od kopii zażądano opłaty kancelaryjnej.

Tak właśnie wygląda „utrwalona interpretacja” art. 15 u. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r. o dostępie do informacji publicznej!

Organ w trybie art. 15 ust. 1 ustawy nie może przerzucić na wnioskującego o udostępnienie informacji publicznej normalnie ponoszonych kosztów wynagrodzenia zatrudnionych przez siebie pracowników. W przepisie art. 15 ust. 1 ustawy brak jest podstawy do dokonania takiego obciążenia, bowiem przepis tan mówi o przypadku poniesienia dodatkowych kosztów związanych ze wskazanym we wniosku sposobem udostępnienia informacji. Obciążenie opłatą za koszty pracy może zatem nastąpić jedynie w przypadku gdy są to koszty wykraczające poza normalne koszty funkcjonowania organu – koszty pracy dodatkowej, wykonywanej poza normalnym zakresem czasu pracy. Niewątpliwie uregulowanie takie, z punktu widzenia organów udzielających informacji publicznej znacząco utrudnia możliwość obciążenia wnioskującego takimi kosztami, niemniej jednak interpretacja przeciwna wymagałaby zmiany regulacji prawnej w tym zakresie. (Ustawa o dostępie do informacji publicznej – komentarz. red. M. Kłaczyński).

Wacław Ligęza dysponuje fachową pomocą prawną, jak każdy urzędnik w tym kraju. Zdaniem małomiasteczkowego  burmistrza nie można udzielić odpowiedzi na zadane pytanie w ramach normalnego czasu pracy, albowiem:

Dalszy krok Macieja Rysiewicza dość łatwo przewidzieć. Otóż zapewne wystąpi do Wacława Ligęzy z żądaniem wydania decyzji administracyjnej w tej sprawie. I wtedy ją zaskarży, i zmusi, żeby pan burmistrz dzień po dniu, godzina po godzinie, minuta po minucie wyliczył, jak bardzo zapracowani są jego urzędnicy. Że aż nie mają czasu, by pokazać społeczeństwu, że są transparentni. Zanim jednak to nastąpi, burmistrz Ligęza zapewne uda się na zasłużoną emeryturę.

Na przykładzie Macieja widzimy, że los dziennikarza w małej miejscowości nie jest godny pozazdroszczenia. Niemniej takim ludziom zawdzięczamy, że w Polsce B (czy nawet C) demokracja jeszcze zipie.

Ale to tylko jedna strona medalu. I to ta przyjemniejsza. Przerażające jest w tej historii zupełnie co innego.

Otóż Wacław Ligęza (a raczej jego prawnik) wpadł na pomysł, jak ograniczyć prawa obywatelskie w rzekomo demokratycznym kraju. I, wzorem PPRL-u, ukryć działania władzy przed społeczeństwem. Przecież fortel Ligęzy, jeśli się tylko przyjmie, pozbawi ludzi w praktyce dostępu do informacji publicznej. Bo dokładnie w taki sam sposób może odmówić udzielenia informacji dowolny organ. Na dowolny temat. Wystarczy, że  wskaże, iż jego urzędnicy są tak zapracowani, że mogą uczynić to tylko po godzinach. I obciążyć obywatela, który wsadza nos nie tam, gdzie trzeba, kosztami. A te, odpowiednio wysokie w zależności od rangi urzędu, będą stanowić zaporę nie do pokonania. Więc bać się należy chwili, gdy fortel Ligęzy przyjmie się szerzej. Bo wtedy będziemy skazani jedynie na BIP, tvn i gazetę wyborczą.

Możemy temu zapobiec już jesienią.