Teraz bedzie optymistycznie i z happy endem. Czyli część ostatnia historii (mocno skróconej) pana Józefa Teligi.
Jak pisałam w ostatnim odcinku, esbecja, mocno umęczona obecnością „najstarszego więźnia Ludowej Rzeczpospolitej” i jego krecią robotą, jakiej dokonywał wśród więźniów i strażników, wypuściła go na wolność. Pod pretekstem, że 'staruszek’ jest chory na gruźlice, więc dobra władza umieszcza „wrogiego sobie staruszka” w sanatorium w Otwocku.
Umiesciła. I tyle go widziała. Pierwszy spacer, na jaki wyszedł pan Teliga do sanatoryjnego ogródka był – jak można się domyślać – ostanim jego spacerem w tymże ogródku i Otwocku.
Przez następny rok ponownie zajmował się konspiracyjna działalnością i z jeszcze większym niż poprzednio rozmachem. Bo – jak powiadał – wypoczął sobie i „odpasł się” na Rakowieckiej, gdzie przysyłano mu tyle paczek, że mógł obdzielać dobrami i współwięźniów i strażników.
A jego praca polegała głównie na wygłaszaniu odczytów w więziennej świetlicy, których i wieźniowie i straznicy wysłuchiwali z roździawionymi ustami. Bo przecież miał co opowiadać ze swojej wojennej i okupacyjnej wywiadowczej przeszłości. Nawet bez jej koloryzowania.
Władza po raz drugi straciła cierpliwość już po roku. Pan Teliga tak rozbudowywał swoje „podziemne struktury” (został współtwórcą Niezależnego Ruchu Ludowego „Solidarność”) i takim cieszył sie autorytetem wśód innych konspiratorów, że nie było rady: trzeba było albo go zabić, albo ponownie zamknąć.
Na zamordowanie, choć dla SB nie był to wyjątkowy i rzadki sposób pozbywanie się politycznych wrogów, jakoś się nie zdeczydowano. Tak więc tym razem postawiono taki zarzut panu Józefowi Telidze, że groziło mu dożywocie: szpiegostwo. Szpiegowanie czego i na rzecz kogo nie potrafiono sprecyzować. Z powodu włanie braku dowodów na owo szpiegostwo, proces i tym razem się nie odbył, a pana Telige zwolniono na mocy amnestii po rocznym pobycie w więzieniu. I rocznej demoralizacji wieźniów i służby więziennej.
Co zrobił pan Teliga?
Oczywiście powrócił do swojej wrogiej wobec władz działalności. Ale tym razem władza była już zmęczona. Nie mogła co roku zamykać staruszka do więzienia i trzymać go w karcerze, bo wiedziała, że slużba więzienna, nawet najbardziej służbista, zostanie spacyfikowana przez tego uroczego, wytwornego starszego pana, który tak ciekawie opowiada, jest narodowym bohaterem, a poza tym bardzo dobrze gra w szachy, a i – jak jest okazja – pokerka.
Zaproszony przez Lecha Wałęse i prymasa Glempa do Okrągłego stoły obu dostojnikom stanowczo odmówil. A nawet nazwał rozmowy przy okrągłym stole „paktowaniem z diabłem”, o co prymas Glemp nie za bardzo, ale troche się jednak na pana Józefa pogniewał.
Nastepne lata pan Teliga poswięcił reaktywowaniu PSL. Mimo podeszłego wieku jeździł po całej Polsce, aby „rozdmuchać mikołajczykowskiego ducha”. Wybrał się nawet do Anglii, gdzie był podejmowany z wielkim szacunkiem przez najwyższe władze.
Nie zrażał się niepowodzeniami. Był do końca przekonany, że jego racje i racje „mikołajczykowskie” kiedyś zwycieżą. Zmarł 26 grudnia 2007 roku w wieku 93 lat. Nigdy nie stracil nic ze swojego bojowego ducha i ogromnego uroku, którym czarował wszystkich, a najbardziej kobiety wrażliwe i na bojowego ducha, i na męski urok tego niezwykłego, wytwornego, dzielnego i niezlomnego mężczyzny.
Całość MOJEJ spisanej historii płk. Józefa Teligi przeczytacie TUTAJ.
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz