Propaganda komunistyczna niszczyła jego dobre imię i deprecjonowała zasługi dla Ojczyzny, ale pamięci nie można wymazać. – Kampania zohydzania Pułkownika Kuklińskiego i jego dzieła – uratowania Europy przed atomową zagładą – absolutnie nie jest wynikiem niewiedzy, ani tym bardziej przypadku. To zorganizowana antypolska i antycywilizacyjna akcja środowisk sługusów i agentów obcego mocarstwa, któremu Kukliński wyrwał broń z ręki – mówi Michał Siwiec-Cielbon w rozmowie z Małgorzatą Kupiszewską. – Wystarczy, że będziemy głosić i upowszechniać prawdę. Zatem pułkownikowi Kulińskiemu nie trzeba przywracać czy oczyszczać dobrego imienia – on je niewątpliwie ma dzięki temu, czego dokonał. Wszak wszyscy żyjemy, Europa i przede wszystkim Polska istnieje, i to jako wolne państwo a nie jako atomowa pustynia – podkreśla Świadek Pamięci z Wadowic w wywiadzie dla portalu Pressmania.pl

Małgorzata Kupiszewska: Pana badania w Instytucie Pamięci Narodowej to odkurzanie zapomnianych dokumentów czy odkrywanie prawdziwych losów ludzi skrzywdzonych przez urzędników „bezpieczeństwa”?

-Michał Siwiec – Cielebon: Oczywiście, że to losy ludzkie są najważniejszym podmiotem badań. Każda osoba zajmująca się poszukiwaniem wiedzy o przeszłości, każdy badacz oczywiście w jakiś sposób „odkurza” dokumenty. Zwłaszcza te, które objęte były przez lata klauzulą najwyższej tajności, których wcześniej nikt – wyjąwszy tworzących je i wykorzystujących do manipulowania społeczeństwem „dopuszczonych do tajemnicy” funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa a później spraw wewnętrznych – wcześniej nie czytał. Owo odkrywanie losów ludzi skrzywdzonych przez bezpiekę, pozwala poprzez te losy na poznawanie skali skrzywdzenia przez system komunistyczny całego polskiego społeczeństwa. Mamy bowiem do czynienia z próbą ogromnego systemowego zdeprawowania społeczeństwa, z zakłamaniem całej naszej historii, przynajmniej od II wojny światowej, chociaż dokonywano także manipulacji przeszłością osób zaangażowanych politycznie czy pełniących służbę państwową w okresie międzywojennym a nawet w działalność niepodległościową w początkach XX w. I zachowane w archiwach IPN dokumenty bezpieki pokazują jak „wykuwano nową historię”. W nich możemy znaleźć źródła obecnego otumanienia części polskiego społeczeństwa, rzutujące na dzisiejsze postawy, na relatywizm czy wręcz nihilizm niektórych ludzi, zgrabnie podsycany w części mediów opanowanych przez pogrobowców bezpieki i wszelkie resortowe dzieci oraz cały szereg pożytecznych dla komuny idiotów.

Przed kilkoma dniami dostał Pan nagrodę Świadka Pamięci. Co to jest za nagroda?

– Rzeczywiście zostałem wyróżniony nagrodą Świadek Pamięci. Ale dla mnie każde wyróżnienie to zobowiązanie do dalszej pracy. I taka właśnie w duchu charakterze jest ta nagroda IPN, nazwana w skali ogólnopolskiej Kustoszem Pamięci zaś w zakresie regionalnym Świadkiem Historii. Jest to z jednej strony docenienie dotychczasowej pracy i działań, nie tylko zresztą badawczych, ale także upamiętniających, aktywnego uczestnictwa w wydarzeniach, które zmieniają naszą świadomość narodową i społeczną na lepszą, ale z drugiej strony to sugestia – trzeba jeszcze więcej. Kustosz to wszak ktoś, kto nie tylko pilnuje i chroni, ale po prostu otaczając opieką, równocześnie prezentuje światu. Świadek to ten, który daje świadectwo. W tym wypadku nie tylko jeden raz i nie tylko o jednym zdarzeniu. Zatem nie wystarczy jednorazowa akcja, potrzebne jest konsekwentne działanie przez wiele lat. I ta nagroda stanowi dla mnie wezwanie i wyzwanie do podejmowania kolejnych inicjatyw w następnych dniach, miesiącach i latach.

Ile osób wie, że zgromadził Pan ciekawe zbiory w swoim Muzeum? Skąd taka pasja zachowania od zapomnienia pamiątek II wojny światowej?

– Lokalnie o istnieniu Muzeum Tradycji Niepodległościowej Ziemi Wadowickiej imienia 12 pułku piechoty, – bo o nim mowa – wie sporo osób. Niestety, część z nich poza tym, że wie, nie jest zainteresowana historią w ogóle, inni uważają, że to tylko takie moje prywatne hobby. Zdarza się, że docierają do mnie zainteresowane osoby z Australii, Kanady, USA, Wielkiej Brytanii i innych nierzadko odległych zakątków. Za to nader trudno przekonać część nauczycieli miejscowych szkół, by skorzystali z potencjału historycznego muzeum. Oni mają przede wszystkim zrealizować program. Ale są i pozytywne jaskółki. Do niektórych szkół zapraszają mnie na apele czy prelekcje, połączone z pokazaniem części eksponatów. A Muzeum to nie tylko pamiątki II wojny światowej, ale prezentacja Wadowiczan – mieszkańców regionu, żołnierzy garnizonu, wychowanków miejscowych szkół – działających na rzecz niepodległości Rzeczypospolitej w XX w., od działalności niepodległościowej przed wybuchem I wojny światowej do epopei Żołnierzy Niezłomnych, przez komunę Wyklętych.

Muzeum gromadzi także pamiątki dotyczące opozycji antykomunistycznej w tym szeroko rozumianego ruchu „Solidarności”, który – w znacznej mierze w duchu nauczania Wielkiego Wadowiczanina, Jana Pawła II – doprowadził do odzyskania przez Polskę suwerenności w 1989 r. A pasja stąd, że wychowałem się w rodzinie o tradycjach niepodległościowych. Jeden z praprzodków walczył w Legionach Dąbrowskiego, dwóch prapradziadków w Powstaniu Styczniowym 1863 r. Dziadek był uczestnikiem działalności niepodległościowej w miejscowym gimnazjum, a później oficerem WP w stopniu majora – kwatermistrzem 12 pp i komendantem obwodu WF i PW. Babcia, mama i ciotka działały w konspiracji antyhitlerowskiej i antykomunistycznej.

Wie Pan o żołnierzach II wojny światowej więcej niż niejeden kustosz w państwowym muzeum. Zna Pan nazwiska wszystkich odznaczonych krzyżem Virtuti Militari?

– Widzę, że nawiązuje Pani do naszej rozmowy, kiedy zaskoczyłem Panią pytaniem, czy Kazimierz Kupiszewski, kawaler Orderu Virtuti Militari z wojny polsko-bolszewickiej to Pani krewny. I wiem już, że tak. Oczywiście nie da się zapamiętać nazwisk wszystkich odznaczonym Orderem Wojennym Virtuti Militari. Tylko za udział w walkach 1914-1921 odznaczono ponad 8300 osób, w latach II wojny światowej kolejne kilka tysięcy. W tym przypadku sprawę komplikuje fakt, że legalne władze działały na uchodźstwie, zaś w kraju trudno było o potwierdzenie i weryfikację nadanych czy wnioskowanych orderów. No a w obronie kustoszy państwowych muzeów dodam, że wielu z nich to prawdziwi pasjonaci mający ogromną wiedzę, zatem dziękuję za porównanie, bo to zaszczyt dla mnie. Virtuti Militari, czyli Cnocie Wojskowej. Trudno o piękniejszą dewizę i lepsze oddanie idei żołnierskiego honoru. Dzisiaj, w dobie semantycznych manipulacji i zohydzania pojęć, tej codziennej trywializacji, a w mediach elektronicznych nieustannego hejtu, takie hasła jak cnota czy honor wydają się archaiczne. Warto przypominać, że archaiczne nie są.

Co w tamtych czasach kryło się za pojęciem: honoru żołnierza?

– Przede wszystkim wierność Polsce, czyli idei. Bo Polska była nie tylko państwem, a nawet w niektórych latach, kiedy o nią walczono, jeszcze, jako państwo nie istniała. Ale była pewnym mitem ideowym, do realizacji, czyli ucieleśnienia, którego dążono. Honor żołnierza to także odpowiedzialność za słowo i czyn – oczywiście w zakresie, w jakim od poszczególnej jednostki można było owej odpowiedzialności wymagać. To z kolei warunkowane było poziomem świadomości. W sposób oczywisty więcej wymagano od oficerów, jednostek kierowniczych czy przywódczych, niż od szeregowych żołnierzy. Ale pojęcie honoru wpojone było mocno i głęboko w szerokie warstwy i większość obywateli Rzeczypospolitej. Dlatego np. w kampanii 1939 r. nierzadko, gdy zabrakło oficerów, to zwykli żołnierze czy niżsi podoficerowie przejmowali dowodzenie i konsekwentnie trwali na posterunkach nadal. Jak to pięknie ujął generał Tadeusz Kutrzeba, „starali się wykonać niewykonalny obowiązek obrony Ojczyzny”. Ów obowiązek był wtedy niewykonalny wskutek wielokrotnej przewagi najeźdźców – Niemiec i ZSRS. Ale ta przewaga nie zwalniała żołnierzy WP – ludzi honoru –z obrony Polski, nie usprawiedliwiała rezygnacji z wykonania obowiązku. Bo to również była sprawa honoru żołnierza.

Ryszard Kukliński miał 15 lat, gdy zakończyła się wojna. Będąc prawie dzieckiem przenosił w Niedabylu meldunki żołnierzy AK. Gen. Okulicki zostawił swoim żołnierzom odezwę. Czego od nich wymagał?

– Ostatni Dowódca Armii Krajowej, gen. Leopold Okulicki „Niedźwiadek” rozwiązując AK działał pod presją konieczności oraz żołnierskiej i politycznej świadomości zagrożenia. Wiedział, że nie wszyscy jego podwładni zdają sobie sprawę, iż wyzwolenie kraju spod okupacji hitlerowskiej, nie jest równoznaczne z odzyskaniem przez Polskę niepodległości. I że nie można zostawić ich w konspiracji na siłę, bo AK była armią ochotniczą. A równocześnie nie mógł pozostawić swych żołnierzy bez wskazówek na przyszłość. Zostawił więc swym podwładnym rozkaz i swoisty testament:

Żołnierze! Od 1 września 1939 r. Naród Polski prowadzi ciężką i ofiarną walkę o jedyną Sprawę, dla której warto żyć i umierać, o swą wolność i wolność człowieka w niepodległym Państwie. (…) Polska, według rosyjskiej recepty, nie jest tą Polską, o którą bijemy się szósty rok z Niemcami, (…) nigdy nie zgodzimy się na inne życie, jak tylko w całkowicie suwerennym, niepodległym i sprawiedliwie urządzonym społecznie Państwie Polskim. (…) Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa i ochrony ludności polskiej przed zagładą.(…)

Oba zbrodnicze lewicowe systemy – hitlerowski nacjonalistyczny socjalizm i bolszewicki internacjonalistyczny komunizm – były takim samym złem. Polskę należało z ich opresji ratować. I takie zobowiązanie zostawił ostatni Komendant Główny AK swoim żołnierzom.

Kukliński w poszukiwaniu ojca trzy miesiące spędził na Ziemiach Odzyskanych. Co tam mógł zobaczyć?

– W największym skrócie – ogrom ludzkiej tragedii, wywołanej wojną, ale jeszcze bardziej rozpleniającej się po wojnie. Wojna doprowadziła do wielkiej relatywizacji i degrengolady systemu wartości u wielu jednostek. Na to nałożyło się działanie okupantów hitlerowskich. Jeżeli komuś wydawało się, że tzw. wyzwolenie samo z siebie przywróci szacunek dla wartości, to był bardzo naiwny. Demoralizacja „wyzwolicielskiej” Armii Czerwonej i jej demonstracyjne wręcz okrucieństwo wobec mieszkańców podbitych ziem, a tak traktowano przyznane ostatecznie Polsce i postulowane w polskiej polityce Ziemie Zachodnie i Północne, nazywane po wojnie Odzyskanymi, były porażające. Nieliczenie się nie tylko z ludzką własnością czy nawet godnością, ale w ogóle z życiem, było na porządku dziennym. Sowieci kradli wszystko, co im się spodobało. Prywatnie, i instytucjonalnie, bowiem za frontem szły i penetrowały zajęte ziemie specjalne formacje trofiejszczyków, czy poszukiwaczy zdobyczy wojennej, którą wywożono do ZSRS, jak twierdzono, w zadośćuczynieniu za zniszczenia i rabunki dokonane przez hitlerowców. Masowo gwałcono kobiety, w tym także kilkuletnie dziewczynki i osiemdziesięcio- dziewięćdziesięcioletnie staruszki. Jeżeli nie umarły w wyniku zbiorowych gwałtów, często je po tym mordowano. Patrzący na to wszystko, czy chociażby słuchający relacji nastolatek, musiał przeżyć olbrzymią traumę. Zapewne wtedy budziła się w nim świadomość, co zrobić, aby nigdy więcej do takich rzeczy nie dopuścić.

Dlaczego Kukliński podjął decyzję o współpracy z Amerykanami? Przecież wiedział, czym to grozi jemu i rodzinie. Dlaczego rozpowiada się do dziś potwarze i plotki, że zrobił to dla pieniędzy? Tylko niewiedza?

– Kampania zohydzania Pułkownika Kuklińskiego i jego dzieła – uratowania Europy przed atomową zagładą – absolutnie nie jest wynikiem niewiedzy, ani tym bardziej przypadku. To zorganizowana antypolska i antycywilizacyjna akcja środowisk sługusów i agentów obcego mocarstwa, któremu Kukliński wyrwał broń z ręki. Poprzez przekazanie Amerykanom sowieckich planów i dokumentów, pozbawił ZSRS narzędzia szantażu, ale i realnej groźby. Bo Zło jest bezwzględne i nie liczy się z niczym, zatem w miarę narastania konfliktu na szantażu by się nie skończyło. A dlaczego współpraca z Amerykanami? To oczywiście wynik dwubiegunowego układu, w którym blokowi wschodniemu – Układowi Warszawskiemu pod dyktatem ZSRS przeciwstawiał się blok Paktu Północno-Atlantyckiego (NATO), w którym dominowały, czy który kontrolowały USA. Ówczesna zjednoczona Europa nie odgrywała takiej roli jak dzisiaj i przede wszystkim była wspólnotą ekonomiczną, a nie militarną. Poza tym zawsze istniało zagrożenie prorosyjskimi resentymentami czy to u części Niemców, czy Brytyjczyków czy też Francuzów. A Imperium Zła należało się przeciwstawić zdecydowanie i realnie. To mogli zapewnić tylko Amerykanie. Niewątpliwie Pułkownik zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie owo przeciwstawienie niesie. Tym bardziej należy chylić przed nim czoła, za to, że wiedząc o zagrożeniu nie wybrał mniejszego zła, wysługiwania się zbrodniczemu systemowi zagłady, ale na miarę swoich możliwości czynnie i konsekwentnie się mu przeciwstawił.

Jaka jest różnica między honorem oficera przedwojennego, a podejściem do spraw honoru oficera LWP?

– Bardzo dobre pytanie, na które odpowiedź można dać na kilku płaszczyznach. Dobrze sformułowane, bo niewątpliwie istniał honor oficera przedwojennego, natomiast w LWP możemy, co najwyżej mówić o podejściu do spraw honoru… Z jednej strony mamy formalne pojęcie honoru – i ono funkcjonowało jako oczywisty element w okresie międzywojennym, ale także w LWP próbowano używać takiego pojęcia. Oczywiście i tu i tu tkankę wypełniali ludzie, z szeroką paletą rozmaitych cech charakterologicznych. Sęk w tym, że u podstaw w okresie międzywojennym leżał honor jako taki, czyli pojęcie etyczne. W okresie PRL było to coś, co możemy określić jako „honor socjalistyczny” czy wręcz komunistyczny. Zatem wyższość nad tak rozumianym honorem miała ideologia, i to totalitarna. Tymczasem honor jest pojęciem bezprzymiotnikowym. Ponadto przypomnijmy, że w świetle choćby Kodeksu Boziewicza, ktoś agresywnie propagujący idee sprzeczne z kulturą i etyką naszej cywilizacji – a takimi niewątpliwie są komunizm czy materialistyczny socjalizm – nie mieścił się w gronie zdolnych do czynności honorowych. Uważano go w najlepszym razie – bowiem II Rzeczpospolita, a szczególnie jej elity były bardzo tolerancyjne – za nieszkodliwego dziwaka. A kiedy przejawiał fanatyzm takich przekonań, za człowieka z przyczyn dewiacji umysłowych niezdolnego do prawidłowej oceny otaczającego świata, lub po prostu, za agenta Zła. Tymczasem prawie wszyscy oficerowie LWP należeli do partii marksistowskiej. I oczywiście nie chodzi tutaj o potępienie ich wszystkich, bo powiedzmy sobie szczerze, że także wśród nich wielu należało do partii z przyczyn najpospolitszego oportunizmu. Ta przynależność, poza szansą na lepszą czy łatwiejszą karierę, nie niosła w sobie nic humanitarnego, mimo, że tym ostatnim pojęciem partia komunistyczna uwielbiała szafować. A wśród oficerów LWP niewątpliwie wielu było po prostu przyzwoitymi ludźmi, którzy w normalnych warunkach, poddani ocenie bez ideologicznego skażenia, mieli poczucie honoru. Tak indywidualnie. Komunistyczna ideologia mogła to tylko skrzywić czy zwichnąć, jeżeli nie całkowicie zniszczyć.

Płk Ryszard Jerzy Kukliński już nie może się obronić przed wściekłym do dziś atakiem służalców systemu komunistycznego. Co my możemy zrobić, by oczyścić jego dobre imię? Czy Ogólnopolska Konferencja Pomnik Symboliczny – Pułkownik Kukliński Zwycięska Misja ma szansę odwrócić bieg historii?

– Nie można odwrócić biegu historii, ale i nie musimy go odwracać. Bo historia przyznała rację Pułkownikowi Kuklińskiemu. On jest Bohaterem, ci, którzy wydali na niego wyrok śmierci, byli zdrajcami Polski. Pułkownik Ryszard Jerzy Kukliński, prowadząc działania w duchu odzyskania pełnej niepodległości przez Polskę i ochrony ludności Polski przed zagładą, pięknie wpisał się w tembr ostatniego rozkazu generała „Niedźwiadka”. Wystarczy, że będziemy głosić i upowszechniać prawdę. Zatem pułkownikowi Kulińskiemu nie trzeba przywracać czy oczyszczać dobrego imienia – on je niewątpliwie ma dzięki temu, czego dokonał. Wszak wszyscy żyjemy, Europa i przede wszystkim Polska istnieje, i to jako wolne państwo a nie jako atomowa pustynia. Imperium Zła uległo rozpadowi przynajmniej jako centrum ideologiczne, (bo niestety agresywny imperializm rosyjski trwa w innej postaci). Najbardziej wściekle atakuje bestia, która kona, ale jeszcze próbuje się odgryzać – stąd te wściekłe ataki, bo Zło tudzież jego sługusów boli Prawda i zwycięstwo Dobra. Co my możemy zrobić? Przede wszystkim konsekwentnie robić swoje – głosić prawdę o historii Polski i świata, o roli w niej Pułkownika. Ogólnopolska Konferencja Pomnik Symboliczny Pułkownik Kukliński Zwycięska Misja jest ważnym, ale po prostu kolejnym, krokiem we właściwym kierunku. Chcę wierzyć, jak i organizatorzy Konferencji, że pójdziemy dalej tą drogą. Przywracając Prawdę i Pamięć, bo tylko na takich fundamentach możliwe jest budowanie prawdziwie nowoczesnej Polski.

Dziękuję za rozmowę.