W omawianym sporze o edukację włączającą pojawia się i faktycznie jest istotny aspekt nie edukacyjny, a właśnie społeczny, czyli to, jak prawidłowo rozumieć pojęcie ujęte w tytule tego artykułu poszerzającego dyskusję na ten temat.

Do wyrażenia spostrzeżeń także na tym polu częściowo zainspirował mnie ten wpis blogerki Danuarii, o którym była mowa w moim pierwszym artykule w ramach tej debaty, ale sam też widzę duże znaczenie tej kwestii. W owym wpisie Danuaria zawarła jeszcze jedno stwierdzenie wcześniej przeze mnie pominięte, otóż wyraziła pogląd, że faktyczne włączenie społeczne dorosłych niepełnosprawnych jest wtedy, gdy dzieci w takim małżeństwie jednego, bądź dwojga niepełnosprawnych nie są wytykane palcami właśnie z tego powodu, że mają niepełnosprawnego rodzica lub dwoje rodziców.

To jest złożony problem i ja zawsze odnoszę się do tego w sposób uniwersalny.Chodzi tu bowiem w istocie o coś ważniejszego, czyli o posiadanie dzieci przez niepełnosprawnych w ogóle.
Choć ja zostałem całkowicie wyleczony z choroby, która była powodem utraty wzroku, to jednak nie jest wskazane posiadanie potomstwa w moim przypadku, bo chodzi o chorobę genetyczną, konkretnie o siatkówczaka i dziecko na pewno by to odziedziczyło.

Nie uważam tego jednak za jakąś stratę, albowiem nie mam tego instynktu i nie byłoby to moim powołaniem.
Poza tym jestem singlem, ale nie jest to dla mnie jakąś niedogodnością. Nie popieram również postaw typu a zdecyduję się na dziecko, najwyżej będzie niewidome tak nie należy postępować, bo to jest postawa lekkomyślna.

Nie jest też tak, że mając widzących znajomych w mojej grupie wiekowej, którzy mają dzieci odczuwam, bądź odczuwałem utratę wspólnego języka, ale na podstawie swoich doświadczeń z kilkoma koleżankami dostrzegłem inny problem, który częściej pojawia się właśnie w wypadku koleżanek, niż kolegów.

Od 2016 r. zastanawiałem się i nawet rozmawiałem o tym z pewnymi osobami, mianowicie czy nie jest tak, że mimo mojego bycia całe życie wśród widzących nie dochodzi właśnie do jakiegoś rozjechania się światów z tymi, którzy założyli swoje rodziny. To nie jest regułą, ale w wypadku znajomości o charakterze szkolnym lub studenckim często dochodzi do ich wykruszenia się i rzeczywiście trudno je utrzymać, bo to zależy od sytuacji widzących, co przytoczyłem, a w tym miejscu zilustruję to na kilku przykładach.

Pierwszym jest przykład wspomnianej poprzednio najbliższej koleżanki z roku i jej rodziny. Poznaliśmy się na drugim roku jak to było w większości innych osób wcześniej, wtedy i potem na papierosku na przerwie koleżanka podeszła do mnie i razem poszliśmy na dół, gdzie była palarnia i choć sama nie paliła, to chodziła do towarzystwa ja od ukończenia studiów też nie palę. Bliższy kontakt nawiązaliśmy dopiero w następnym roku, kiedy zaproponowała, że może mnie zabierać po drodze i odwozić po wykładach, bo głównie w niedziele miała do dyspozycji samochód rodziców i tak też było do końca.

Koleżanka była raczej na każdych wykładach nie miała daleko, bo jak wspomniałem była z gminy ościennej, konkretnie z Lubicza. Tak więc od trzeciego roku jeździłem zarówno z nią, jak też z osobami z Sekcji Do Spraw Studentów Niepełnosprawnych UMK.

Właśnie od tamtego czasu byliśmy blisko i nie będzie przesadą, jak powiem, że była to relacja przyjacielska do samego końca w istocie nie tylko z nią, ale częściowo też z jej rodziną, bo tak właśnie było. Miała już wtedy chłopaka, potem i pewnie obecnie męża na Śląsku, gdzie zresztą zamieszkali po ślubie w domu jego rodziców. Jego też trochę poznałem, kiedy przyjeżdżał i koleżanka zabierała go na nasz wydział.

U schyłku naszych studiów młodzi pobrali się ślub akurat był u nas, a nie tam i zarówno ja od młodej pary, a mama od rodziców panny młodej otrzymaliśmy zaproszenie i byliśmy na ich ślubie w kościele. Jej rodzice od początku wiedzieli o moim istnieniu, ale osobiście poznaliśmy się właśnie wtedy i jak mówię z jej mamą miałem pewien bliższy kontakt w kolejnych latach.

Wiele złożyło się na to, że na naszym wydziale koleżanka miała najbliższe relacje tylko ze mną i na ślubie byłem jedyną osobą ze studiów. Oni nie wyprawili jakiegoś wielkiego weseliska, więc tam nie byłem to było jakieś przyjęcie w lokalu gdzieś w mieście dla najbliższych i znajomych wiem, że z otoczenia panny młodej były jej koleżanki z liceum.

Zarówno ja i koleżanka chcieliśmy dalej utrzymywać kontakt i nawet właśnie jej rodzice podeszli do mnie wtedy wychodząc z kościoła i jej mama mówiła, że zawsze mogę na nich liczyć i przez kolejne lata tak było. Po dwóch latach koleżanka odwiedziła mnie, potem pół roku później, a z jej mamą spotykałem się i rozmawiałem telefonicznie w 2013 i 2015 r. Z koleżanką miałem kontakt co kilka miesięcy głównie mailowy i sms.

Młodzi założyli rodzinę najpierw w 2012 r. na świat przyszedł syn, a córka 3 lata później, czyli powiększyli rodzinę. Wszystko było fajnie i nawet na początku 2016 r. koleżanka poznała mnie, a właściwie bliżej poznałem zeszły się nasze drogi jak się okazało z naszą wspólną koleżanką w naszym wieku. One były najbliższymi przyjaciółkami z klasy w liceum tworzyły jeszcze z innymi zgraną paczkę, a mnie nasza wspólna znajoma znała w sumie bardziej z widzenia i słyszenia z naszej podstawówki i gimnazjum raz wystąpiła w kółku teatralnym, gdzie też krótko byłem ona była z klasy równoległej. Tu też wszystko było fajnie na miarę możliwości, choć ta koleżanka też miała już rodzinę wtedy dwoje dzieci zaczynających szkołę.

Wracając do głównej bohaterki nigdy nie było jakichkolwiek symptomów, by nasz wspólny język zanikł, ale właśnie we wrześniu 2016 ta nasza wspólna znajoma napisała mi sms o tym, żebym nie kontaktował się z naszą wspólną koleżanką, a ona nie jest upoważniona do przekazywania mi informacji. Ja owszem przyjąłem i uszanowałem to, ale po kilku miesiącach zacząłem drążyć temat na ile to możliwe i średnio co pół roku aż do czerwca 2018 podejmowałem próby kontaktu drogą mailową za każdym razem bez odpowiedzi, a koleżanka i jej mama zmieniły numery telefonu po drodze właśnie po prawie roku w czerwcu 2017 próbowałem dodzwonić się również do jej mamy i tym sposobem wiedziałem o tym, bo do koleżanki próbowałem kilka miesięcy wcześniej i w obu przypadkach było nie ma takiego numeru.

Co do koleżanki uważam, że będąc tak blisko miałem prawo oczekiwać wyjaśnień o to w tym chodziło, bo to, że nie była w stanie dalej utrzymywać kontaktu, że miała jakiś powód przyjąłbym, gdyby powiedziała to albo sama, albo poprzez swoją mamę, albo właśnie przez naszą znajomą rówieśniczkę. Jej mamie może mogło być niezręcznie nie miała odwagi mi tego powiedzieć, a dla naszej znajomej też mogła to być niezręczna sytuacja.

Uważam jednak, że powinna była wziąć poprawkę na to, że to byli również moi najbliżsi znajomi. Mi udało się w tym wszystkim trochę wyciągnąć od owej wspólnej znajomej w 2017 r. na ile to było możliwe pociągnąłem ją za język i powiedziała mi, że naszej koleżance zachorował ojciec, a potem zmarł, ale nie to było istotą tego wszystkiego. Ja zapytałem naszą wspólną znajomą, czy mogę złożyć kondolencje koleżance mailowo odpowiedziała mi, że jak uważam.

Po latach mam pewien punkt odniesienia, co mogło się stać, o co tak naprawdę szło, zresztą wokół mnie ta myśl towarzyszyła kilku osobom i choć to tylko domniemanie, to bardzo silne, bo coś innego nie byłoby możliwe. W tym miejscu powiem tyle, że nie podjęła tej decyzji sama z siebie.

Wiem też jednak na pewno to odkąd mam swojego Facebooka, czyli od zeszłego roku, że koleżanka zerwała kontakt nie tylko ze mną, ale także z całą tą swoją paczką z ogólniaka, w tym właśnie z naszą wspólną znajomą, bo ona nie ma jej w swojej liście.
Spróbowałem również tą drogą odnowić kontakt z koleżanką po tych pięciu latach, ale nie wyszło, czyli trudno.

Mimo wszystko jak mówię spotkało mnie wiele dobrego od nich przez cały ten czas i za to jestem i będę im wdzięczny, jak też uważam, że po 2010 r. warto było wspólnie pielęgnować tę znajomość. Z naszą znajomą po trzech latach odnowiłem kontakt, ale nie nawiązałem głębszej relacji, bo w sumie komunikowała się ze mną przez emotikonki, choć nigdy nie poruszałem tematu naszej koleżanki ona ma swoje życie też mówi się trudno nie wiem, czy tamta sytuacja z 2016 nadal mogła być dla niej niezręczna.

W 2018 r. przypadkowo spotkałem pewną moją koleżankę właśnie z klasy w podstawówce i gimnazjum, z którą byłem blisko i odnowiliśmy kontakt na ile to możliwe i było fajnie, nawet odwiedziła mnie 2 razy, w tym po mojej przeprowadzce, jak też pisaliśmy co kilka miesięcy, ale potem też się wykruszyła.
Te przykłady pokazują to, że tego typu znajomości mogą nie przetrwać, nawet przy dobrych chęciach, bo często brakuje wspólnego współczesnego punktu odniesienia i dochodzi do pewnego rozpłynięcia rozmycia. Jednocześnie warto kontynuować takie znajomości nie należy skreślać ich z góry.

Osobiście cieszę się, że rok temu odnowiłem te znajomości, które chciałem i nawet nie ma tego złego, że dopiero wtedy, bo dwie koleżanki mają już dzieci bardziej odchowane i nawet mając swoje obowiązki mogą bardziej utrzymywać kontakt.

Przejdźmy teraz do szerszego wymiaru tego zagadnienia pokazując pozytywne przykłady włączenia społecznego. Pozytywnym przykładem jest właśnie nasze dzieło w postaci Pressmania.pl i jestem bardzo dumny z tego, że je współtworzę, bo dzięki temu faktycznie czuję się osobą włączoną społecznie.
Mogę jedynie żałować, że nie przystąpiłem wcześniej do naszego grona, a nawet do współtworzenia wcześniejszego dzieła, jakim był Pressmix, albowiem również byłem jego czytelnikiem.

Z kolei mój przywoływany młodszy znajomy bynajmniej kiedy go poznałem, czyli jeszcze przed koronapierdolcem udzielał się w e-sporcie i to głównie razem z widzącymi w mniejszym stopniu w środowisku. Mówił, że na te turnieje, na których bywał przyjeżdżały całe rodziny i tam nie było bariery we właściwym budowaniu relacji międzyludzkich.

Podsumowując włączenie społeczne dorosłych niepełnosprawnych ma miejsce tam, gdzie razem z pełnosprawnymi istnieje silny wspólny fundament i co za tym idzie wspólna pozytywna energia.

Fot. portal Niepełnosprawni.pl