Poprzedniego dnia zapowiadali w telewizji, że nad Polskę nadejdzie orkan. I rzeczywiście, w sobotę, od samego rana zaczęło silnie wiać. Drzewa za oknami uginały się pod naporem wiatru. Z kominka wydobywał się głuchy dźwięk przypominający start samolotu odrzutowego. W powietrzu fruwały liście, gałązki, strzępy papieru. Ołowiane, ciężkie niebo przygniatało wszystko do ziemi. Nawet kot, Tymek, który na ogół nie przejmuje się deszczem, schował się w wykuszu okna. I tak trwał. Skulony, przestraszony.
Napełniłem wiadra wodą. Opróżniłem lodówkę, a jej zawartość przeniosłem do schowka na narzędzia. Na zewnątrz domu około południa straciliśmy prąd. Próbowałem dodzwonić się do pogotowia energetycznego, ale bezskutecznie. Albo słyszałem komunikat, że nie mam do tej sieci dostępu, albo było głucho.
Mijała godzina za godziną. Po piątej po południu zrobiło się już ciemno. Napaliłem w kominku by chociaż było ciepło i przytulnie. Jak mawiała moja babcia był taki cug, że grube polana spalały się niczym zapałki. Płonąc, śpiewały razem z hulającym w kominku wiatrem. Dojmująco, przenikliwie. Na szybach okien tarasowych radośnie migotały odbicia płomieni.
Żona zapaliła świece by można było poczytać książkę. Światło jakie dawały było jednak zbyt słabe. Wyciągnęła latarki, którymi próbowaliśmy oświetlać kartki. Jak w dzieciństwie, pod kołdrą, czytało się w tajemnicy przed rodzicami. Nie coś zakazanego, ale „Hrabiego Monte Christo”. Z lektury w takich warunkach była dodatkowa frajda. Jej tajemniczość tylko dodawała smaczku śledzeniu losów dzielnego arystokraty. Wróciły wspomnienia.
Po godzinie jednak stwierdziliśmy, że wzrok się bardzo męczy. Odłożyliśmy książki i leżeliśmy wpatrzeni w czerwony żar, który raz to ciemniał, raz rubinowo jaśniał. Wiatr za oknem powoli słabł. Wyszliśmy przed dom. W oknach sąsiednich domów migotały światełka świec przywołujące ducha zapomnianych epok i ludzi, którzy już odeszli. Ulice były jak wymarłe. Żadnych samochodów, ludzi, sobotniego nawoływania się sąsiadów na wieczorną imprezę. Jedynie z oddali dochodził ryk strażackich syren.
Pomyślałem sobie, w sumie z powodu braku prądu nic nie straciłem. Nie obejrzałem gadających głów w telewizji tokujących jak baby na targu na dowolny, zadany przez prowadzącego, temat. Było dziwnie bo już się przyzwyczailiśmy do elektryczności i jej dobrodziejstw, ale zdecydowanie przyjemnie.
Jedna myśl jednak nie pozwalała mi zasnąć, jak nie przywrócą prądu, gdzie rano pójdę za potrzebą?
Autor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl
Zostaw komentarz