Dyskusja nad postawą Wyklętych czyli Niezłomnych ujawnia wielką skalę społecznej niewiedzy o polskiej historii, ale także olbrzymiego zakłamania obrońców minionego systemu. Do komentowania stanęli bowiem funkcjonariusze słusznie minionego reżimu i resortu, dla których całkowita i bezrefleksyjna negacja polskości, oparta na wierze w komunistyczną propagandę i akceptacji rosyjsko-sowieckiej polityki wobec Polski i Polaków, była kamieniem węgielnym ich egzystencji. Ich główną bronią jest furia i nienawiść.

Są także relatywiści rozmaitej miary, którzy zamiast poszukiwania wiedzy sprowadzają dyskusję do ogólników o prawdzie leżącej pośrodku, lub opierają krytykę na swoim stosunku do autora tekstu, zamiast na argumentach merytorycznych. A przecież meritum jest dyskusja nad bilansem strat Polski i Polaków z rąk sowiecko-komunistycznych okupantów i o sukcesie Żołnierzy Niezłomnych, dzięki którym niemożliwym stało się i włączenie Polski do Związku Sowieckiego czy „tylko” całkowite jej podporządkowanie bolszewickim planom.

POLSKA JAKO PONURY SERIAL, ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI JAKO OFIARY STRESU POURAZOWEGO

Jeden z komentatorów wysilił swój intelekt i żądając z jednej strony zakończenia ponurego serialu o Niezłomnych, stwierdził iż „znacząca część „Wyklętych” mogła cierpieć na PTSD” (!?) sugerując, że „historycy mogliby rzucić na ten element nieco światła, ale mam wrażenie że nikomu to po prostu do głowy nie przyszło”.

Zacznijmy od PTSD. Zespół stresu pourazowego albo inaczej zaburzenie stresowe pourazowe – czyli z angielskiego posttraumatic stress disorder (acz nie wiem po co ów komentator silił się na snobizm z anglojęzycznym skrótowcem) – to zaburzenie badane nie przez historyków, a przez psychiatrów i psychologów. Nie dotyczy tylko stresu bojowego czy wojennego, ale wszelkich zjawisk w życiu danego człowieka „wstrząsowych” i mogących wywołać lub już wywołujących dodatkowe skutki lękowe tudzież potrzeby odreagowania.

Zjawisko stresu wojennego i bojowego istnieje równie długo jak ludzkość, jednak nowoczesne czyli szeroko zakrojone badania nad nim – i definiowanie rozmaitych elementów – rozpoczęły się w latach wojny w Wietnamie, a zatem długo po II wojnie światowej i po okresie walki Niezłomnych z okupantem. Jakie zatem kryteria należałoby przyjąć dla badania Niezłomnych? I na jakiej podstawie źródłowej? Takie ustawienie dyskusji to propozycja kompletnie ahistoryczna.

Historycy mogliby się wypowiedzieć w materii stresu pourazowego jedynie w wypadku, gdyby ktoś – lekarz, klinika – w tamtej epoce prowadził w badania wśród Żołnierzy Wyklętych w zakresie ich doznań i pozostawił bądź swoje wnioski z materiałem dokumentacyjnym, bądź samą dokumentację badań. W tym drugim przypadku historyk przed wyciągnięciem wniosków natury ogólnej musiałby się wcześniej skonsultować z fachowcem leczącym stres pourazowy, aby nie popełnić jakiegoś błędu interpretacyjnego.

Wiemy, że takiej dokumentacji nie ma, zatem dziwi stawianie tezy, że „znacząca część” Niezłomnych miałaby na owo zaburzenie cierpieć. Wszak Niezłomni byli jedynie patriotami walczącymi o swoją ojczyznę, okupowaną przez zbrodniczych najeźdźców. Czyżby zatem ów komentator uważał, że patriotyzm to zaburzenie psychiczne? Znany jest przypadek polityka, który w swej dysertacji quasi historyczno-społecznej twierdził, że „polskość to nienormalność”, acz przecież nie zarzucał Polakom, że wynika to ze stresu pourazowego. Jak widać, rozpatrywanie walki o niepodległość Polski jako następstwa stresu czy urazu jest historycznie absurdalne a dokumentacyjnie vel źródłowo niemożliwe.

Niewątpliwie natomiast nadal walkę Żołnierzy Niezłomnych rozpatrywać należy na płaszczyźnie historycznej, m.in. dlatego, że przez kilkadziesiąt lat była przemilczana, zafałszowywana, marginalizowana czy relatywizowana. Pokazanie prawdy jest konieczne, także dlatego, aby zwrócić uwagę na podstawowe dla każdego obywatela pytanie, o rodowód Polski dzisiejszej i zastanowić się nad tkwiącym w nim dziedzictwem PRL. Polacy nie będą narodem nowoczesnym i demokratycznym a społeczeństwem obywatelskim tak długo, jak długo nie będą dumni ze swojego patriotyzmu. Na sfałszowanej i zafałszowanej przeszłości tego się zbudować nie da.

Dyskusja pokazała wyraźnie, że ci, którzy znają dokumenty i mają przygotowanie historyczne okres Polski Ludowej oceniają jednoznacznie. Wspomniany komentator na własne życzenie wyszedł na wyjątkowego dziadu-r-nia wywołując do tablicy (zresztą w sposób parweniuszowsko nietaktowny) jednego ze znanych w środowisku historyków, być może licząc na poparcie swoich tez. Tymczasem profesor elegancko w kilku punktach wykazał komentatorowi błędy myślenia i interpretacji tudzież odesłał go do pogłębiającej wiedzę literatury. Także inny komentator wskazał na błędy rozumowania owego obrońcy ubeków. Bowiem dyskusja powinna być merytoryczna, oparta na obecnym stanie wiedzy i… czytaniu ze zrozumieniem. Niezbyt logiczne są komentarze i wtręty kogoś, kto notorycznie myli pojęcia metodyki i metodologii, oraz pojęcie dokonywania oceny i bycia ocenianym, używając w dodatku niezbyt fortunnie określenia ocenny. Nie mówiąc już o tworzeniu językowych potworków-słowonowotworków typu „rozkazy ewentualnościowe”.

Gdyby nie opór Polaków, nie byłoby Litwy, Łotwy, Estonii, a granica imperium rosyjskiego, wtedy sowieckiego byłaby co najmniej na Odrze, a może nawet na Renie? To pewne. I nikt nie dyskutował by nad tym problemem na żadnych międzynarodowych konferencjach. Przyczyn jest kilka. Pierwszą jest fakt, że obszar i ludność państw bałtyckich przez wiele lat stanowił część składową imperium rosyjskiego, zatem Rosjanie bezwzględnie wykorzystywali by swoje „prawo historyczne”. Podobnie zresztą, gdyby nie było oporu, realizowali by tę politykę na ziemiach polskich, wykorzystując fakt, że część z nich należała do imperium Romanowów. A że zaborca niemiecki legł w gruzach, to istniał pretekst do podporządkowania także ziem pozostałych zaborów.

Państwa Litwinów, Łotyszów i Estów zawdzięczały swoje powstanie korzystnym przekształceniom Europy po zakończeniu I wojny światowej, ale przede wszystkim odparciu bolszewików spod Warszawy w 1920 r. przez Polaków. Polska padła pod najazdem dwóch wrogów w 1939 r., a w czerwcu 1940 r. przestały istnieć państwa bałtyckie, w imię „podziału stref wpływów” pomiędzy Rosją sowiecką a III Rzeszą. Gdzie znajdowała by się granica sowieckiej strefy wpływów w wyniku likwidacji III Rzeszy? Co najmniej na granicy III Rzeszy – pytanie, wschodniej czy zachodniej?

Uwzględniając jednak opór Polaków (jak wiadomo, samo istnienie rządu na wychodźstwie oraz Polskich Sił Zbrojnych nie wystarczało nawet aliantom zachodnim dla skutecznego upomnienia się o prawa Polaków) i konieczność upchnięcia gdzieś żywiołu polskiego expatriowanego (bo repatriacja jest powrotem do ojczyzny, a oni zostali z tej ojczyzny wyrzuceni) z ziem bezpośrednio wcielonych do ZSRS, przeznaczono dla Polaków tereny do Odry i Nysy (długo się Stalin zastanawiał, czy Kłodzkiej, czy Łużyckiej), wcześniej kompletnie zniszczone i zrabowane przez Sowietów. I gdyby nie było oporu Polaków, to nawet Stanisław Mikołajczyk – błędny rycerz naiwnego realizmu – nie wróciłby do kraju, bo by go nie wpuszczono, a ludzi niebezpiecznych dla Sowietów wywieziono by spokojnie do obozów gułagu.

Wtedy, gdyby nawet odrodziły się Niemcy i chciały odebrać zajęty przez komunistów obszar znany jako NRD, to… może by go odkupili za jakieś spore korzyści dla ZSRS. Ale granica Rosji pozostałaby na Odrze. Na Renie byłaby zapewne, gdyby Armia Czerwona zdążyła zająć większą część Niemiec, zanim weszli tam alianci zachodni. A Litwa, Łotwa, Estonia? No cóż, ich narody dotknięte tylko krótkotrwałą okupacją sowiecką, tak ją odczuły, że zaangażowały się po stronie III Rzeszy. Zdaniem ustalających porządek powojenny w Europie kara niebytu była dla nich słuszna. I była wygodnym dla Zachodu spełnieniem „roszczeń historycznych” Rosji. Społeczeństwa tych krajów, nawet łącznie, były znacznie słabsze w oporze wobec komunistów niż Polacy, a na poparcie wolnego świata nie mogły liczyć, bo przedstawiano je jako sojuszników Hitlera. Ale w Polsce gdzie nie było sojuszników Hitlera, był opór i nie było zgody na Rosję, ani na komunizm. Dzięki temu Polacy przetrwali. Dzięki temu przetrwała idea Polski niepodległej. Dzięki odzyskaniu niepodległości przez Polaków mogły odrodzić się państwowości Bałtów oraz obudzić nowoczesne państwowości innych narodów ZSRS.

Cieszy, że społeczeństwo polskie dojrzewa. Że obrońcy Niezłomnych nie przyjmują postawy „ przedtem oni, teraz my” ale pragną opierać się na faktach i dokumentach. Bo akta leżące w archiwach są jednoznacznym i bezdyskusyjnym pomnikiem Żołnierzy Wyklętych. Najbardziej prawdziwym, bowiem powstały w epoce, gdy walczyli z okupantami, najbardziej zaskakującym, bowiem wytworzyli ową dokumentację wrogowie Polski i Polaków, chociaż polskojęzyczni, ale wiernie wykonujący dyrektywy obcego mocarstwa i najbardziej nieludzkiego systemu.

I dlatego warte podkreślenie jest, że nie ma podstaw do zarzucania Żołnierzom Niezłomnym na Ziemi Wadowickiej czynów natury kryminalnej i pospolitych zbrodni. Komuniści zbierali przeciwko podziemiu wszelkie tzw. „haki” i w ten sposób udokumentowali wysiłek zbrojny swoich przeciwników, a także ekonomiczny całego społeczeństwa, które poza jednostkami zdegenerowanymi i służącymi systemowi sowieckiemu jednoznacznie opowiadało się po stronie Wyklętych. Oczywiście tych akt przeciętny Polak nigdy nie miał zobaczyć. Były dostępne tylko dla funkcjonariuszy bezpieki , a z czasem miały zostać zniszczone.

Na szczęście ocalały. Dzięki nim wiemy, kto był kim i kto jest kim. Nie trzeba zatem być Panem Bogiem, jak chce komentator, aby móc ocenić postawy zajmowane ówcześnie przez różnych ludzi. Wystarczy przeczytać dokumenty. Podstawą oceny postaw Żołnierzy Niezłomnych powinien być ich stosunek do najeźdźcy i prawa. Wobec najeźdźcy byli wrogami i takoż najeźdźca traktował ich jak wrogów. Wobec Polski byli lojalni i wierni jej prawom. Nie prawom okupanta. I wobec Polaków nie popełnili żadnych karygodnych czynów. Czyż to nie jest oczywiste?

NIE KAŻDY KTO ZABIŁ MILICJANTA…

Próbą relatywizacji tematu jest przyjęcie, że każdy „kto zabił kogoś z MO bywa uznawany za „żołnierza wyklętego””. Tymczasem nie ma żadnych dowodów na istnienie takiego zjawiska. Podstawowym kryterium uznania za Żołnierza Niezłomnego są materialne czyli archiwalne dowody na jego walkę z reżimem komunistycznym. Skrupulatnie badane są dokumenty karne, pozwalające ustalić, czy skazany lub represjonowany był za działalność polityczną czy kryminalną. Zatem nie ma wśród Wyklętych pospolitych przestępców, a lansowanie takich tez to kolejna bezpiekowska wrzutka zafałszowująca rzeczywisty obraz.
Funkcjonariusze MO ginęli w różnych okolicznościach i w różnych działaniach.

Służba ta powołana została do kontroli przestrzegania ładu i porządku publicznego, ale maksymalnie wykorzystywana była prze resort bezpieczeństwa także do celów politycznych. Niemniej jednak milicjanci zwalczali także przestępczość pospolitą i ponosili straty również z przyczyn niepolitycznych. I chociaż niejednokrotnie ich śmierć posłużyła do liczebnego wzmocnienia szeregów poległych obrońców władzy ludowej, to także możliwa jest weryfikacja okoliczności owych zdarzeń.

Dla pokazania skali zakłamania zjawiska śmierci funkcjonariuszy MO przydatna jest publikacja przygotowana w 1987 r. przez partię (Komitet Krakowski PZPR) i bezpiekę (Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych) w Krakowie pod dość wymownym tytułem „Oddali życie w walce o nową Polskę”. Już sam tytuł pokazuje, że ludzie opowiadający się przeciwko podziemiu nie walczyli o Polskę, ale o jakiś twór, którzy sami nazywali „nową Polską”, a więc równie dobrze mogliby nazywać quasi-Polską, niby-Polską czy wręcz anty-Polską. Bo Niezłomni walczyli Polskę. Po prostu i bez przymiotników.

Udział w powstaniu wspomnianej publikacji mieli ówcześni dyspozycyjni historycy partyjni oraz najbardziej zasłużeni funkcjonariusze krakowskiej bezpieki: prof. Andrzej Pilch, Czesław Brzoza, Zygmunt Rygiel, Stanisław Wałach, Stanisław Paryła, Stefan Głąb i Władysław Paryła. Prawda, że niektóre nazwiska brzmią dziwnie znajomo dla obrońców bezpieki? Mimo zmienionego w 1975 r. podziału administracyjnego kraju autorzy owi nie skupili się wyłącznie na istniejącym wtedy województwie miejskim krakowskim, ale omówili zagadnienie „ofiar band” z terenu całego dawnego woj. krakowskiego. Wprowadzili system oznaczeń, mający rzekomo rozróżnić ofiary przypadkowe oraz poległych w rzeczywistej walce o władzę ludową. Niestety, w wielu wypadkach służy on zaciemnieniu czy wręcz zafałszowaniu prawdy. Warto zatem przyjrzeć się niektórym zdarzeniom z terenu Ziemi Wadowickiej.

Na str. 104 wymieniony został Cieślik Leonard, funkcjonariusz MO, który rzekomo poległ 3 stycznia 1947 w Marcówce w walce z bojówką „Mściciela”. Z zachowanych akt wynika, że rzeczywiście pluton operacyjny KPMO Wadowice wyjechał na akcję w rejon Zembrzyc. Z akt nie wynika, przeciwko któremu oddziałowi podziemia wymierzona była akcja, ale sądząc z terenu prowadzenia mogła być skierowana nie tylko przeciw „Burzy” ale także przeciwko żołnierzom „Błyskawicy”. Do akcji nie doszło, natomiast w trakcie wycofywania się z zasadzki szer. Cieślik przewrócił się i w wyniku tego eksplodował posiadany przez niego granat, który spowodował śmierć milicjanta. Sam wybuch z kolei sprowokował ogólną paniczną strzelaninę funkcjonariuszy, zatem cudem jest, że więcej ofiar nie było. Pozostaje pytanie, czy L. Cieślik poległ w walce, czy wskutek nieszczęśliwego wypadku? Ale do statystyki był jeden więcej.

Z kolei na str. 113 wymieniono plut. Ludwika Odrowąża, komendanta posterunku MO w Brzeźnicy, poległego 21 sierpnia 1951 r. w pościgu za nie ustalonym bandytą. W tymże samym dniu zginął „z rąk nieustalonej bandy podziemia” komendant Posterunku MO w Spytkowicach kpr. Józef Skórzak. W świetle akt wydarzenia owego tragicznego dnia mają ze sobą związek i przedstawiały się następująco. J Skórzak usiłował wylegitymować nieznanych mężczyzn na drodze Ryczów-Spytkowice i został przez nich zastrzelony.

Weryfikacji wymaga, czy sprawcy mieli jakikolwiek związek z podziemiem, czy byli przestępcami. Po otrzymaniu informacji o śmierci kpr. Skórzaka komenda Powiatowa w Wadowicach powiadomiła PUBP i zarządziła patrolowanie przepraw przez Wisłę m.in. przez milicjantów posterunku w Brzeźnicy. Na przeprawę promową przez Wisłę udał się plut. Odrowąż wraz z dwoma ormowcami. PUBP wysłał „grupę operacyjną”, która miała prowadzić działania pościgowe za sprawcami. Funkcjonariusze owej grupy dojeżdżając samochodem ciężarowym do Wisły i widząc stojącego na promie człowieka rozpoczęli strzelanie jeszcze zanim zeskoczyli z paki samochodu. Spanikowani ormowcy wskoczyli do Wisły natomiast Odrowąż został zabity na miejscu. Jak ustaliło śledztwo, śmiertelne pociski wystrzelone zostały przez dowodzącego grupą PUBP sierż. Mieczysława Rosę, który jednak „działał zgodnie z regulaminem”. Ukarano go dyscyplinarną karą dwóch tygodni aresztu. Czy pościg był? Był. Za nieustalonymi bandytami? Tak. Czy Odrowąż zginął? Zginął. Niby wszystko się zgadza, ale… Czyżby mianem „nieustalonego bandyty” określono w publikacji zasłużonego funkcjonariusza PUBP? Nieważne. Ważne, że dzięki takim zabiegom redakcyjno-propagandowym rosły pośmiertne szeregi bohaterów „walk o utrwalenie władzy ludowej”. Na pewno jednak sierż. Rosa – mimo, że zabił kogoś z MO – nie był i nie zostanie Żołnierzem Niezłomnym. Zaś wyklęty zapewne został przez żonę Odrowąża i jego 5 dzieci.

Znany falsyfikator opisu wydarzeń powojennych w wadowickiem Stanisław Wałach zamieścił w swojej publikacji „Świadectwo tamtym dniom…” na wklejce pomiedzy stronami 32 i 33 zdjęcia „st. sierż. MO Stanisława Dudki zamordowanego 30 października 1945 r. w Wysokiej przez podkomendnych „Mściciela”” – portretowe i wystawionych zwłok w trumnie wokół której stoi grupa innych funkcjonariuszy. Próżno szukać w jego książce opisu wydarzeń, o których tak wydawało by się jednoznacznie mówi podpis pod zdjęciem.

Według publikacji „Oddali życie…” na str. 105, to nie Stanisław Dudka, ale Augustyn Dudka (Dutka), który „zmarł 4 listopada 1945 r. z ran odniesionych 30 września 1945 r. w Wysokiej w pościgu za zgrupowaniem „Mściciela””. Pozorne między owymi dwoma zapisami są tylko nieznaczne rozbieżności, błąd w imieniu czy określeniu miesiąca. Może to tylko niedokładność? Kiedy sprawdzi się akta, rozbieżności czy niedokładność staj ą się mało istotne, na jaw wychodzi fałszerstwo informacji. Według akt dowódca plutonu operacyjnego KPMO st. sierż. Augustyn vel August Dudka od dłuższego czasu prowadził tzw. rozpracowanie „bandy Grabysy i Sarapaty” powiązanej z tzw. grupą braci Struzików. Były to zorganizowane jeszcze w czasie okupacji organizacje przestępcze, mające powiązania z konfidentami gestapo, a po wojnie wykorzystywane przez PUBP Wadowice.

Przestępcy ci dokonywali napadów na domy i mieszkania ludzi związanych z podziemiem niepodległościowym (np. na dom Serwinów w Kleczy Dolnej, z których jeden był w oddziale „Mściciela”) oraz na bogatszych mieszkańców wielu miejscowości w okolicach Wadowic, a łupami dzielili się z mocodawcami. Po uzyskaniu informacji o miejscu pobytu szefów bandy sierż. Dudka postanowił przygotować zasadzkę. Wiedząc, że przestępcy obserwują okolicę, a zatem ruch większej grupy ludzi ich zaalarmuje, na akcję udał się tylko z jednym z najbliższych kolegów. Poinformował jednak o swoim planie PUBP Wadowice. W efekcie, podczas próby ujęcia szefów bandy został postrzelony i ciężko ranny zmarł w wadowickim szpitalu po kilku dniach. Zatem nie zginął przez podkomendnych „Mściciela” ale w czasie wykonywania obowiązków służbowych, z rąk bandytów na usługach PUBP. Jego zabójcy na pewno nie byli Żołnierzami Wyklętymi.

Wszystkie trzy przedstawione przypadki śmierci podane zostały przez autorów „Oddali życie…” bez dodatkowych oznaczeń, jako oczywiste ofiary walk z reakcyjnym podziemiem. Jak widać, weryfikacja oczywistości tych twierdzeń przeczy. A takiej weryfikacji wymagają wszystkie nazwiska podane w owej książce i każdy opis czy sugestia towarzysza pułkownika Wałacha w jego publikacjach. Bo w przeciwnym razie pozostaniemy w ciemnych oparach komunistycznego kłamstwa.

CZYM BYŁA POLSKA LUDOWA?

Pozostaje zatem podstawowe pytanie: czym była Polska Ludowa? Czy krajem Polaków, czy okupacyjną strefą sowiecką dla jeszcze istniejących Polaków? Nie była bowiem państwem polskim, państwem niepodległym i suwerennym, nie była organizmem w żadnej mierze demokratycznym. Akceptacja owej „Polszy” bez oporu w oczywisty sposób spychała Polaków do łagrów albo do roli bezwolnego motłochu roboczego dla okupantów. I niewątpliwie takie były sowieckie plany i tak zostałyby zrealizowane, gdyby nie powszechny opór Polaków.

Zdrajcy byli tak mało liczni, że Stalin powiedział wprost do Bieruta „gdyby nie obecność Armii Czerwonej, wystrzelaliby was jak kaczki”. Dlatego na ziemiach polskich potrzeba było działań aż trzech dywizji NKWD, bo sama „polska” bezpieka nie radziła sobie z oporem narodu. Toteż nad uległością Polaków do końca 1946 r. czuwały 62. i 63. Dywizje Strzeleckie Wojsk Wewnętrznych NKWD oraz 64. Zbiorcza Dywizja Wojsk Wewnętrznych NKWD. Pierwotnie utworzono tylko pojedyncze pułki NKWD, mające ochraniać tyły sowieckich frontów przechodzących prze ziemie polskie. Ale wobec ogromnej i praktycznie powszechnej skali nieakceptacji społeczeństwa polskiego dla komunistycznej władzy koniecznym stało się rozwinięcie organów NKWD do sił kilku dywizji.

Gdyby istniała szansa na polskość Polski w wykonaniu komunistów, to PKWN, a później tzw. Rząd Tymczasowy RP i Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej nie byłyby ochraniane przez organa bezpieczeństwa obcego mocarstwa. Bo żadnego z owych „rządów Polski Ludowej” nie ochraniały jednostki ludowego Wojska Polskiego, ani nawet Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. PKWN ochraniał batalion specjalny NKWD zaś późniejsze instytucje rzekomego „państwa polskiego” wydzielony ze składu 64. Dywizji NKWD i wzmocniony 2. Pułk Pograniczny.

Decyzję o likwidacji wymienionych dywizji NKWD podjął Stalin pod koniec 1946 r., ale na prośbę „prawdziwego Polaka” i „Prezydenta Polski Ludowej” Bolesława Bieruta wojska 64. Dywizji pozostały w Polsce aż do oficjalnego ogłoszenia wyników sfałszowanych wyborów do Sejmu Ustawodawczego, czyli do wiosny 1947 r. Zatem walka Żołnierzy Niezłomnych nie była ponurym serialem, ale koniecznością. Dzięki tej walce Polacy przetrwali najgroźniejszą próbę, zamieniania Polski na „Polszę” przy stwarzaniu pozorów istnienia Polski. A najcenniejszym efektem walki Niezłomnych jest – mimo, że dopiero po latach – odzyskanie przez Polskę niepodległości.

MICHAŁ SIWIEC – CIELEBON

Źródło: portal Wadowice24.pl