Te „wycieknięte” numery telefonów naszych dzielnych sztabowców w mundurach, przypomniały mi dwie sprawy. Jedna miała miejsce kilka lat temu w instytucji tak tajnej, że aż strach wymieniać jej nazwę, bo samo wymienienie grozi śmiercią lub kalectwem lub, w najlepszym przypadku, poranna wizytą towarzyską, połączoną z demolowaniem drzwi.

Otóż, jeden z pomniejszych szefów w tym szacownym urzędzie pojechał był w delegację do jednego z krajów, który, mówiąc oględnie, nie pała do nas miłością, a i my do niego też nie. Nie wiem po co pojechał, gdyż oddalony był mocno od pracy operacyjnej, ale widocznie powód był. Nasz przedstawiciel szeroko rozumianego kierownictwa pozwolił się gospodarzom zabrać na imprezę. Gospodarze, jak powszechnie wiadomo lubią i potrafią polewać różne płyny ze zboża lub ziemniaków. Tak też było tym razem.

Na drugi dzień rano, nasz szef obudził się obolały i chciał, jak zwykł był to robić o poranku, zadzwonić do szanownej małżonki i do biura. Połączenia międzynarodowe kosztują, szczególnie stamtąd, więc odrzucił telefon prywatny i sięgnął po służbowy. Co za pech! Telefon zniknął, a z nim cała książka telefoniczna z nazwiskami numerami służbowymi, prywatnymi oraz do rodziny oczywiście. Nieważne, jak dalej przebiegały poszukiwania i kogo nasz PT Kierownik o pomoc poprosił, w każdym bądź razie do kraju wrócił bez aparatu. Nic się jednak nie stało, bo jeśli wywoła się skandal, to i instytucja na swej pilnie strzeżonej tajności straci. Błyskawicznie, z szybkością niespotykaną, gdy chodzi o zatwierdzanie czegokolwiek, wymieniono numery telefoniczne i aparaty wszystkim posiadającym je pracownikom. Nie znam kosztów tej operacji, ale sądzę, że operator swoje zarobił. Kierownik zaś, dalej pełnił swą funkcję. Telefon, natomiast, znalazł się cudownie. Jedni mówią, że miejscowy mundurowy dostarczył go do hotelu na chwile przed powrotem szefa do domu, a inni, że jakiś tydzień później odesłano go na tajny adres tajnej instytucji, której nazwy wciąż boję się wymieniać.

Na marginesie mała uwaga: gorzki jest los prowokatora. Usiłowałem tą historią zainteresować różne „instancje”, narażając się nawet na sankcje prokuratorskie, oficjalne lub nie, ale wszyscy mówili mi „Precz, prowoku!” i nikogo nie interesowało zagrożenie. Przecież nie jest ważne, że złapano złodzieja na gorącym uczynku, ale to kto tego złodzieja złapał. Teraz mam tak samo. Niech będzie. Przyzwyczaiłem się do bycia wielbłądem.

Druga historia nie jest tak fascynująca. W połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku (ach jak to brzmi!) pracowałem w kontrwywiadzie. „Miałem” malutki zespolik do spraw „dziwnych i niekonwencjonalnych”. Uzyskaliśmy informacje o młodym Rosjaninie, który podawał się za specjalistę od informatyki, miał KSP, dzięki małżeństwu z kobieta starszą od niego o jakieś 30 lat i oferował instytucjom państwowym systemy baz danych, programy biurowe, sieci, itd., itp. Sugerował też pomoc we wprowadzaniu rodzącej się wówczas w naszym kraju telefonii komórkowej. Dotarł do KGP, próbował do SG i udało mu się dotrzeć do MSW. Nie mogę opisywać szczegółowo naszych działań, ale ustaliliśmy, iż jest synem jednego z dyrektorów SWR. Nie byliśmy w stanie udowodnić mu szpiegostwa (innym razem opiszę, jakie to jest trudne wszędzie na świecie), więc postanowiliśmy go „zneutralizować”, czyli odciąć go od wszystkich polskich kontaktów. Znów, niestety, tajemnica działań. Wystarczy, że powiem, iż udało się nam doprowadzić do sytuacji, w której nasz Rosjanin wyszedł z domu, zostawiając wszystko w mieszkaniu, wsiadł w pociąg i wyjechał do swojego rodzinnego kraju. Nigdy więcej nie wrócił.

Przytoczyłem obie historie z dwóch powodów. Po pierwsze, służby rosyjskie od samego początku tzw. III RP interesowały się naszymi sieciami komputerowymi, systemami łączności oraz telefonią komórkową. Jest to oczywiste, gdyż telefony i bazy danych są kopalnią informacji o ludziach, a w tym o pracownikach administracji. Tej tajnej też, jeśli uzyska się dostęp do NFZ. Po drugie, tylko sprawny kontrwywiad, bez zbytniej biurokracji i związanych rąk, może przeciwdziałać takim wypadkom, ponieważ tylko kontrwywiad potrafi zbudować właściwą ochronę kontrwywiadowczą, systemową i skuteczną oraz działać prewencyjnie. Specyfika wywiadu jest inna. Nie chodzi mi też o „najlepsze na świecie” ustawy o ochronie informacji niejawnych, danych osobowych, czy w ogóle wszystkiego. Jak widać, żadna ustawa nie zadziała, gdy ludzie nie mają świadomości zagrożeń, a warunki ustawowe spełnione są tylko na papierze.

Jakież, więc są te nasze służby? Tajne czy zdekonspirowane?