Wiersze Zewa

Ja, Syn Ryszarda co wystawy ze smalcem cegłą rozbijał i kradł kwiaty na klombach
Ja, Syn Natalii co roześmiana pruła do Krakowa w pyle dróg otwartą ciężarówką pełną facetów

Pytam – kiedy wreszcie być sobą?

Czy na podwórku gdzie rządziła siła i kamienie?
Czy w szkole gdzie trzeba tarczami oczy zaklejono?
Zbuntowałem się wreszcie poezją

Winem aż po świt, nocnymi marszami, kobietami bez imienia
Ale przecież to nie wypada!
W dzień byłem Dulskim, a w nocy Wojaczkiem

Zakuty w zbroję marynarki przytakiwałem prezesom
Co Jeden z 10 by nie wygrali
Ja, Redaktor, Syn Koryntu…
Ciągle słyszałem – Co Ludzie Powiedzą?

Nie garb się, jeździ się prawą stroną, idź po kartofle do piwnicy, tej koszuli nie zakładaj, tak się nie robi, nie myśl, kierat skrzypi, ale jest bezpieczny,

Czemu rowerem jak można autem?

Buzię masz niewyparzoną, lepiej nic nie mów i nie pisz nie pytany
Szaleństwo wybuchło na późne lata
Na progu demencji
Rozpominanej z Matką
A więc jeszcze coś z tego zapamiętam
I Inni może też

Zbigniew Zew Wieczorek

Foto Marta