Trzecia fabularna modlitwa

(Pierwsza fabularna modlitwa: http://pressmania.pl/?p=29082
Druga fabularna modlitwa: http://pressmania.pl/?p=29106 )

Życie śpiewa, brzmi na każdym kroku,

Wiosna Ducha wieczności głoszeniem,

Nie uniknie, nie omija wzroku

Życie, co jest Górnym zaproszeniem.

Życie dniem, wieczorem, w nocnej ciszy,

W uśmiechu, we łzach, w oczach kochanej…

Życie nad wszystkiego wiecznie wyżej

Nie zna przerwy, zawsze bez przegranej

Życie nie wie, co jest ból cmentarzy

Śmierć zwycięża w sercach tylko pewnych…

Nic na ziemi życiu nie zagraża,

A na Niebie życie karmi Wiernych.

Życie żyje w grzechach i świętości –

Choć w tych pierwszych nie jest ono wiecznym…

Nigdy w życiu nie bywa przeszłości,

Tylko przyszłość szlakiem bezkoniecznym.

Śmierć istnieje tylko w bredniach z Czerskiej,

W tewuenu wypocinach marnych –

Ale z całej mocy swej zwycięskiej

Tępi życie hien tych cmentarnych.

A po czyjej stronie jednak żyjesz –

Nie ma odpowiedzi bardziej znanej,

Choć przynajmniej dla mnie: się nie mylisz:

Jam po stronie życia. Tej świetlanej.

Tak naprawdę, historię tworzą nieznani.

Podręczniki historii, książki, artykuły, spektakle i filmy proponują nam generalnie znane imiona tych, kogo gdzieś tam postanowili uważać za stwórców historii.

Historyczne postaci. Czyli imiona dla imion.

Pomimo że wśród tych zaproponowanych nam są tacy, którzy naprawdę tworzyli dzieje świata. Ale większość tych to tylko rzekomi mocarze tego świata.

Królowie, cesarze, prezydenci, papieże.

Lecz bez czynów choćby jednego nieznanego oni wszyscy nic nie warci.

Nawet święci.

Bo święci drugiego obiegu też są nieznani. W sensie, nieznani na ziemi.

Jest coś wspólnego dla wszystkich rzeczywiście wpływających na historię i realnie budujących świat.

Ich świadomość tego.

Oraz do tego przygotowanie.

A to sprawa czasu.

NIEBO

– Czy jesteś gotowy?

Oni stoją naprzeciwko siebie.

Biała postać, długie srebrne włosy. Mężna i fantastycznie piękna twarz….

– Jestem gotowy, Hetmanko.

…Niewielka wątła Dziewczyna, niemal Dziewczynka. Na ramionach nie mający wagi srebrny płaszczyk. Na główce promieniująca korona. Czysty srebrny głos…

– Czy żeście gotowi, zastępy Pańskie?

…Za białą potężną postacią niepoliczalny tłum innych postaci, też białych, również pięknych, także potężnych i groźnych. Wśród białych są też o innym wyglądzie. W kolorowych kaskach budowlanych, rowerowych, z drewnianymi tarczami, ktoś w żołnierskim uniformie, z lat trzydziestych, też w kamuflażu. Są także ubrani w sutanny i protokolarne garnitury…

– Gotowi, Matko Nasza!

…Odezwali się niby niezbyt głośno. Ale na ziemi pomyśleli: skąd ten grom, gdyż na niebie żadnej chmurki.

– Czas na spełnienie obietnic. Osłona dobrych. Zemsta na wroga. Pan z wami. Naprzód, Michale!

W ręku białej postaci stojącej naprzeciwko Maryji Panny ukazała się olbrzymia błyskawica białego ognia na całe niebo.

Żeby ukazać się na ziemi.

ZIEMIA I NIEBO

Na Placu Trzech Krzyży niosą się słowa pieśni Pierwsza Brygada.

Wielka orkiestra reprezentacyjna i potężny chór żołnierzy wznosi znaną Pieśń Legionów ku niebiosom z taką mocą, doskonałością i serdecznością że ciary przechodzą po plecach nie tylko obecnych na Placu. Każdy, kto śledzi obchody Dnia Wojska Polskiego przed telewizorem czy w komputerze, ma odczucie czegoś nieprawdopodobnego.

Na ogromnym telebimie ukazała się twarz Prezydenta. To jego pierwsza defilada, przecież urząd należy do niego tylko dziewięć dni. Prezydent śpiewa z żołnierzami muzyczny emblemat Cudu nad Wisłą oraz całej walecznej polskości. Wśród obecnych na tym Placu śpiewa nie on jeden. „Za wolność waszą i naszą” – powiedział przed chwilą.

Są zresztą na Placu i tacy, którzy za zuchwałymi i pogardliwymi minami sytych pysków chowają lęk bydląt przed ubojem. Każda nuta Pieśni Legionów jest siekierą, rozwalającą ich mózg, pełny ponurych myśli o bliskiej i fatalnej przyszłości.

Na komendę do defilady czekają pododdziały, czołgi, pojazdy opancerzone, mobilne wyrzutnie. Z lotniska wystartowały samoloty i śmigłowce z szachownicami na pokładzie. Las sztandarów, biało-czerwonych, we wszystkich wariantach.

Wśród nich sztandar z gwiazdami i pasami.

Goście, jak na razie silniejszymi od gospodarzy.

Pieśń się zakończyła na ziemi.

Oby się przedłużyć na Niebie.

Ten śpiew niebiański huczniejszym od potężnej orkiestry, jaka zagrzmiała znowu, kiedy wyruszył pierwszy pododdział.

Na ziemi, więc, słyszą tylko orkiestrę, żołnierski krok na bruku zabytkowego Placu, huk samolotów i grzmot gąsienic.
ZIEMIA

Ich rozmowa wygląda na dialog wariatów dla zdecydowanej większości ziemskich mieszkańców.

Nawet dla tych od fartuchów.

I to jest wyśmienicie.

Dwóch chłopaków gadających przez skype, polski i ukraiński.

Ten pierwszy robi swoją sprawę wśród moskali

A drugi w Holandii.

Pierwszy ma informacje. Ogrom informacji.

Drugi ma umiejętności, bardzo ciekawe.

– …pomścimy Lecha Kaczyńskiego.

Polak słyszy te słowa Ukraińca.

ZIEMIA I PIEKŁO

Mało kto z żyjących na tej ziemi wie: ziemskie zło zaczyna się nie od polityków i ich czarnych dzieł.

Nawet nie od tych, czyimi marionetkami są politycy. Nie od bankierów, multi-miliarderów czy mistrzów i wielkich magistrów wszelkich lóż.

Jest coś, bez czego ich władza i potęga jest niczym, jak i oni sami.

To czarny ryt.

Ryt śmierci.

Bez czarnego rytu nie można rozpętać wojny. Niemożliwym jest popełnić masakrę, także ludobójstwa. Akt terroru ma poprzedzać ten sam ryt.

Tak zdecydowano przez ojca śmierci – i tegoż rytu – szatana.

A Ojciec Życia nie potrzebuje rytów.

On woli Tajemnice.

Zwalczać zło znaczy przede wszystkim zwalczać czarny ryt siłą Tajemnic.

Byłoby jednak błędem uważać że to jest sprawą wyłącznie kapłanów egzorcystów, specjalnie wyuczonych.

Pomimo że rola kapłanów jest główną oraz niepodważalną.

Ale nauka Kościoła o kapłaństwie świeckich nie jest bez znaczenia także w tym przypadku.

Takim „świeckim kapłanem” może być każdy chrześcijanin, niezależnie od zawodu.

Chociaż czasem właśnie zawodowy obowiązek staje się głównym powodem.

PULSA DENURA

Ich jest dwunastu.

Dla wspólnej modlitwy dosyć dziesięciu, „minian” po hebrajsku. Mniej nie można, tylko więcej.

Dwanastu mężczyzn.

Według liczby klanów Izraela.

W różnym wieku (najmłodszy ma 41) ale jednego wyznania.

Stopień wtajemniczenia też jest jeden.

„Haham”.

Czyli „mędrzec”.

W hierarchii rabinistycznej to najwyższy stopień.

Polega na głębokiej i doskonałej wiedzy. Tora, Talmud, Miszna, Halacha, Szulchan Aruch, chasydzka Tania, ogrom innych ksiąg. Przede wszystkim Tora niepisana, ją trzeba znać na pamięć.

Również Kabbala.

I koniecznie doświadczenie praktyczne.

Oni stoją na chrześcijańskim Łukjanowskim Cywilnym Cmentarzu.

Cicho szumią cmentarne topole, stare, zielone, już są i żółte liście.

To Kijów.

Dwa kroki stąd miejsce o nazwie Babin Jar. Po rosyjsku Babij Jar.

Tam rozstrzeliwują. Nie pierwszy rok. Na razie NKWD.

Na kalendarzu początek września 1939 roku. Jeszcze walczy Westerplatte. A Warszawa: „domy popalone, szpitale zburzone”. Ruska horda wkrótce wkroczy na teren Polski zza Buga. Także stąd, z Sowieckiej Ukrainy.

Mężczyżni na Cmentarzu ubrani także różnorako. Marynarki, tradycyjne kapoty-łapserdaki, spodnie, nawet galife z wojennymi buciorami. Wszyscy na czarno, koszuli jednak białe. Na głowach czarne wielkie kartuzy i tradycyjne kapelusze.

Pejsy są nie u wszystkich, ale każdy ma brodę. Małą, podstrzyżoną starannie, czy wielką jak miotła.

Na każdym biały modlitewny pokrów z czarnymi poprzecznymi szerokimi pasami na marginesie, „talit” w hebrajskim. A w gwarze „aszkenazów”, europejskich Żydów, „tales”.

Kapoty i marynarki wiszą na prawym ramieniu, lewe otwarte, rękaw białej koszuli bez krawatu podwinięty. Na bicepsie długim rzemieniem z czarnej skóry w siedem obrotów przykręcono czarne także skórzane pudełka z modlitwą wewnątrz. Takie same pudełko podtrzymuje okrągły rzemień na czole, wystające jak róg jednorożca. To „tefilin”, rytualna przynależność wyznania Mojżeszowego.

Wszyscy są gotowi do obrzędu.

„Pulsa Denura”.

W języku aramejskim „bicz ognia”.

Niektórzy mówia: „cios pioruna”.

Nie pozazdrościć temu, w kogo uderzy ten „bicz”, trafi ten „piorun”. W pojedynczego osobnika, w grupę czy w cały naród.

Obojętnie, w goja czy w kogoś z wybranych.

W 1995 roku „piorun” trafi w premiera Izraela Itzhaka Rabina, w 2006 w innego premiera tego kraju, Ariela Szarona.

Pierwszego zamordowano publicznie, w wielotysięcznym tłumie, w Tel Awiwie, na Placu Królów Izraela. Drugi doznał najcięższego udaru, 8 lat był „warzywem”, po czym zmarł nie wracając do przytomności.

W 2010 roku, zanim 10 kwietnia na pokładzie TU154M 36 pułku Lotnictwa WP wybuchł rosyjski termobaryczny ładunek nad lotniskiem Siewierny, w ten samolot z biało-czerwoną szachownicą uderzy taki sam rytualny „bicz” i „piorun”.

Stary to obrzęd, starożytny. Sięga korzeniami do czasów odległych od wydarzeń w Betlejemskiej Stajence, na tej samej ziemi Palestyńskiej.

Ale powstał nie tam, tylko w Ziemi Egipskiej.

Na Łukjanowskim Cmentarzu w stolicy Sowieckiej Ukrainy już noc.

Chudy staruszek z siwymi rzadkimi włoskami spod czarnego kartuza i o wielkiej siwej brodzie, patrzy na ogromny ręczny zegar, przerobiony z kieszonkowego Aeglera.

Dziesiąta wieczór.

Bardzo daleko stąd, w Galilei, na cmentarzu miasteczka Cfat, w górach blisko granicy z Libanem, stoi taka sama grupa dwunastu. Ubrani na czarno, jak ci w Kijowie, takie same brody, „tefilini”, pejsy są u wszystkich. Tylko „talici” nie z czarnymi, a sinymi pasami. Bo są nie w „galucie”, czyli poza granicami Palestyny, tylko w samej ziemi obiecanej. Pod białymi koszulami „talit katan”, mały talit z pęzlikiem „cycyt” na każdym kącie. W Sowieckiej Ukrainie takie nosić się nie da, – komunistyczna partia i NKWD nie lubią konkurentów.

Cmentarz w Cfatu to światowe centrum takich, ot, obrzędów.

Pora.

Staruszek mówi cichuteńko, ale słyszy każdy z dwunastu.

– Shoa, hewre.

Czyli: czas, przyjaciele.

Zaczyna odczytywać modlitwy w hebrajskim, w gwarze europejskich Żydów. W tym Szema Israel. Wszyscy mówią we właściwym czasie: omejn.

Wreszcie pauza.

Ot, teraz główne.

Aramejski tekst wszyscy odmawiają wraz, cichym chórem. Patrzą nie na wschód, jak zwykłe. Stoją krągiem, twarzami do środku kręgu, w którym jakiś grób.

Brzmią słowa w hebrajskim:

…Am ha-polani weam ukraini…

Hebrajskie nazwy polskiego narodu i ukraińskiego narodu oznaczają cel dla kolejnego „pioruna”.

W chórze hahamów aramejski tekst z hebrajskimi nazwami powtarza mały człowieczek z okrągłym brzuszkiem, w czarnej kapocie i takim samym eleganckim kapeluszu ręcznej pracy lwowskich kapeluszników.

Po wypowiedzeniu nazw dwóch narodów gojów, on jak wszyscy obecni tego wrześniowego wieczoru na Łukjanowskim Cywilnym Cmentarzu, wyraźne wymawiają straszne słowa niszczącego przeklęcia unicestwienia, w języku aramejskim, według starożytnego rytu śmierci.

Lecz w sobie kilka razy mówi najsilniejszym w przyrodzie głosem myśli:

BĄDŹCIE POZDROWIENI I BŁOGOSŁAWIENI.

Ten głos dobrej myśli będzie miał ogromne konsekwencje za dwa lata.

PIWNICA

Willa przypomina sobą budę dla wielkiego psa, jaką ktoś uporczywie przebudowywał na królewski pałac. Od dawna, ale bezskutecznie.

Najdroższe materiały budowlane, linie fasady z pretensjami do stylu modern, zaciemnione szyby na wzór supermarketu w skojarzeniu z niemal greckimi rudymi kolumnami ganku, brudno-brązowy dach jak na zamku feudalnego władcy, to wszystko sprawiało wrażenie nie tylko braku rozumu i smaku, ale jeszcze i taniej pychy.

Tak samo wewnątrz. Fantastycznie kosztowny, nie mniej fantastyczny brak smaku i dizajnerski bajzel.

Prawdziwy second hand z najdroższych i najdoskonalszych rzeczy, wyprodukowanych we Francji, we Włoszech, Niemczech, Stanach. Misz-masz od najlepszych firm, od dywanika w olbrzymim przedpokoju do mebli i schodów z karelskiej brzozy.

Nic dziwnego gdy gospodarz zamożny ale głupi.

Jeśliby nie jeden mały szczegół.

Gospodarze tej budy z pretensjami do pałac napisali tony papierowej makulatury i gigabajty elektronicznej na temat walki z Zachodem i niepodważalnej doskonałości wszystkiego co jest rosyjskim.

A sam pałacyk stał na Nikolinej Górze, a to żaden Zachód, tylko Rosja.

Odincowski rejon Moskiewskiego obwodu, 22 kilometer Rublowsko-Uspieńskiej trasy.

Starą daczę, jeszcze z 1932 roku, jednego z sowieckich nomenklaturowych profesorów jego syn i wnuczka przebudowali na taki niepojęty pałacyk.

Tym razem wnuczki nie było w domu, popędziła już do własnych wnusiów. A jej mąż dziadek przyjmował trzech swych przyjaciół. Siedzieli jednak nie w ogromnej sali, a w piwnicznym pokoiku. Perskim dywanem, wielkim stołem z karelskiej brzozy, takimi samymi krzesłami i kulą ziemskiej z biura jakiegoś hitlerowskiego generała, pokoik przypominał bunker w Wolfschanze głównego szefa tego generała.

Przyjaciele siedzieli przy stole z butelkami whisky Teacher’s i obfitą zakąską. Czerwone stare twarze ze śladami chorób i bezsenności. Ubranie drogie, ale niechlujne nawet dla takich staruchów. Jedną z trzech butelek szkockiego whisky już skutecznie obalono.

– …a tobie nic się nie poplątało, Kolia?!

Jeden z staruchów w czerwonym swetrze, poplamionym jakimś tłuszczem, wychylił porządną dawkę firmowego szkockiego napoju, nie zakąszając, oddychając ciężko po dawnych kardiologicznych problemach zdrowotnych, wytrzeszczył nalane krwią oczy zza zaczerwienionych powiek w kierunku łysego, ubranego w czarną marynarkę ze złoconymi guzikami.

– Uspokój się, Sasza. Jeszcze ci zawału brakowało. I pij mniej, proszę.

Staruch w czerwonym swetrze gniewnie potrząsnął nieumytymi siwymi długimi włosami nad talerzem z beefstack’em i zielonym groszkiem.

– Dziękuję za troskę! Nie uchylaj mi się od odpowiedzi!

Tłusty dziadek o starannie podstrzyżonych wąsikach wtrącił się:

– No, no, Sasza, spokojnie. Tak jest niestety, cóż zrobimy…

Gospodarz, a raczej mąż gospodyni, dziad o niepogolonych obwisłych policzkach w wielkich okularach, odpił ze szklanki z czeskiego kryształu, zjadł oliwkę, wypluł pesteczkę w pusty talerz na środku stołu i cicho mruknął:

– Nie możesz być szczerym z nami, starymi twymi przyjaciółmi? A, towarzyszu generale? U mnie nie ma pluskiew, czyż nie wiesz? Czyż nie sam sprawdzałeś? Siedzimy w piwnicy, a ona jest w mym domu. No?..

Łysy w czarnym głucho powiedział:

– Nie mów głupot, Mitia. Wytłumaczyłem się dosyć szczerze. Jeżeli chcesz, powiem jeszcze szczerzej: nie mamy żadnej szansy. Tym razem Rosji koniec…

Włochaty w czerwonym uderzył pięścią w stół tak że najbliższa butelka Teacher’sa podskoczyła na centymetr i ledwie nie spadła na podłogę z terakoty.

– Słyszeliście?! Co to kurwa znaczy?!! Koniec?! A wy co na to, czy żeście nie KGB?!!! Gdzie jest armia?! Gdzie GRU, milicja…

Łysy Kolia skorygował.

– …FSB, policja, Sasza. Wszyscy o kogo ci chodzi, są na Donbasie. Wielu z nich już pod Donbasem. Czy pod Rostowem. Czy tutaj, niedaleko, na Odincowskim cmentarzu. Kogoś spalili w mobilnych krematoriach, ot, tych jest większość. Oddziału Wympel, gdzie rozpoczynałem moją karierę, już faktycznie nie ma. Lepsi pozostali pod lotniskiem w Doniecku. Czego ci jeszcze trzeba?..

Siwe nieumyte włosy Saszy miotały się nad stołem.

– Tak lekko o tym mówisz !!! Jak dwa palce osikać!! „Koniec”?! A co nagle?! Lotnisko w Doniecku jest nasze!..

Łysy Kolia powiedział:

– Hm… Tak uważasz? Nasze… Pojedz tam, wymienimy się wrażeniami. Dwa dni temu stamtąd wróciłem.

Włochaty Sasza nie oponował.

– Pojadę, nie martw się! Sam chcę zobaczyć Noworosję i jej bohaterów! Taka armia! Taka siła! Łubianka, GRU, Choroszewska trasa, takie służby, jakich nie ma nigdzie! Kosmiczne wojska! Rakiety balistyczne! NATO się osrało, nie lezie w wojnę! Hakierzy, hejterzy, dywersje organizacyjne, informacyjne! A kiedy ukatrupiliśmy w Smoleńsku tych pszeków pierdolonych?! Nikt ani mru!! Wiedzą palanty: zetrzemy ich w pył atomówkami!! Najnowszą naszą bronią!! A ten co biadoli?! „Koniec”, kurwa mać!!!

Mąż gospodyni skinął okularami, w soczewkach błysnąło białe światło neonowej lampki na jednej ze ścian.

Drogi Sasza… Utkwiłeś w czasach naszej młodości… Tam zostałeś, biedny. Nie, przyjacielu. Nie klnij na Kolię i nie przeklinaj. Nie on winnym. Czas. Nadszedł czas, Sasza, i to bardzo zły, okropny. Dożyliśmy tych czasów. Cóż robić…

Wyjął papierosa Marlboro Light i zapalił zapatrzony w stół. Mądra sentencja nie uspokoiła jednak emocji zacofanego Saszy, który znów podniósł pięść, aby obudzić patriotyczną świadomość. Ale na podniesioną pięść miękko opadła dłoń tłustego z wąsikami.

– …No, cóż ty, bracie. Tym już nie pomożesz. Posłuchamy lepiej Kolię. A propos! Gdzie to twój uczeń, Kolia? Jakie wieści od niego?

Łysy jeszcze bardziej zmarszczył i tak pomarszczone czoło.

– Jaki uczeń?

Tłusty dziadek zdziwiony poruszył wąsikami.

– No, jak to, jaki. Lionia Kutiejnikow, a jaki by inny. Twój uczeń, czyż nie?

Kolia opuścił mocną łysą głowę.

– Leonid zniknął.

Cisza zapanowała nad stołem. Nawet gniewny Sasza zapomniał języka w gębie. Małżonek gospodyni zdjął francuskie okulary „Lektor”.

– Czyli… Jak to: zniknął?

Kolia nalał sobie pół wielkiej kryształowej szklanki Teacher’su z nowej butelki i wypił jednym łykiem.

– Wrócił z Londynu i zniknął. Już tydzień szukamy. Ale myślę że na próżno. Ostatnio widzieli go na lotnisku Wnukowo. A potem…

Wzburzony Sasza krzyknął:

– Mało im polonu było, londyńskim kurwom! Jeszcze chcą! Nie ma co latać do nich na próżno z atomówkami! Zbombardować ścierw!!!

Łysy Kolia spojrzał znacząco na pozostałych. Wszyscy zrozumieli że trzeba jakoś cicho wyprowadzić włochatego zadymiarza, inaczej rozmowa się nie odbędzie. Zresztą Sasza sam podpowiedział wyjście z trudnej sytuacji. Po długim, soczystym przekleństwie krzyknął.

– Kurwa mać! Byłbym zapomniał! Artykuł mam napisać, a czasu pozostało mało!

Wszyscy jak umówieni ochoczo przytaknęli.

– Nie, nie, jeszcze brakowało żeby gazeta Zawtra wyszła bez artykułu redaktora Prochanowa! Co powiedzą czytelnicy? A jesteś przyzwyczajony pisać w swym biurze, natychmiast każę kierowcy zawieźć cię do domu.

Propozycję generała Koli było przyjęto z wdzięcznością, a reszta odetchnęła z ulgą. Sasza na miękkich nogach, chwiejnym krokiem wyszedł w towarzystwie łysego Koli. Wkrótce Kola wrócił do „bunkra” i machnął dłonią w nieokreślonym kierunku. Usiadł się przy stole i wypił zawartość szklanki.

– Odjechał, Bogu dzięki. Ech, biedak z tego Saszki… Dzięcioł stary, jak my wszyscy.

Małżonek gospodyni odparł:

– No, dlaczegoż… Co prawda, nasz Sasza uparcie fruwa w czasach, kiedy bycie słowikiem sztabu generalnego było bardzo lekkim, nawet dawało niemały zysk… Pisze książki, artykuły. O potędze, jakiej już nie ma, o ruskim patriotyzmie, który mają w dupie nie tylko gówniarze i smarkacze. O armii, jaką widzi najpotężniejszą, a tak naprawdę, to leży i kwiczy. O triumfach naszej nauki, jaka przestała istnieć już ćwierć wieku temu. O Chinach, naszym „strategicznym sojuszniku”, jaki połknął Zabajkale, a połknie wszystko do Uralu. O „Izborskich klubach”, jakichś szopkach przygłupów na Pskowszczyźnie, gdzie na tle odwiecznego żebractwa, bandytyzmu i narkomanii rozważa się świetlaną przyszłość Rosji, kuli ziemskiej, księżyca i reszty planet systemu słonecznego. O „piątym imperium”, jakiego nigdy nie będzie. Poluje na widma, a wszystkich upolował. Wiecie? Nawet mu zazdroszczę.

Tłusty zarechotał.

– A ja Duginowi zazdroszczę, ten to dopiero oszołom!

Rechot tłustego zmieszał się z rechotem trzech pozostałych.

– Jak was z Mitką odstawię do Lefortowskiego więzienia, wy zdrajcy narodu, to tam dopiero będzie oszołomstwo, wy starzy zasrańcy!

Małżonek Mitka wycierał łzy pod okularami.

– A ty Kolia, to zasraniec młodziutki, sam Pussy Riot, ahahaha.

Śmiech wybuchnął z nową siła, ale nagle ucichł. Przypomnieli sobie Leonida, którego przecież znali nie jeden rok. Tłusty ponownie napełnił szklanki elitarnym whisky.

– To co? Wypijemy za Lionię, oby się odnalazł cały i żywy…

Łysy znowu machnął ręką.

– Raczej za spokój duszy.

Wypili milcząc. Po chwili grobowej ciszy małżonek krótko zapytał:

– Loża?

Odpowiedz Koli odpowiadała wspólnemu nastrojowi.

– Na razie nie wiemy. Ale też tak uważam. Styl na to wskazuje.

Tłusty złośliwie poruszył cienkimi siwymi wąsikami.

– Ale przecież i w Londynie mogli to zrobić, lekko. Lecz nie, w Moskwie trzeba było… Trzeba było pokazać ile my na tym świecie warci…

Złocone guziki na czarnej generalskiej klubowej marynarce wyglądały jak epitafium na nagrobku.

– Gówno warci, taka prawda, chłopcy. Widzielibyście, jak śmiali się z nas na tym spotkaniu… Siedzimy przy tym stole, my, stare szpicle, z naszej kontory, a też z GRU. A z drugiej strony ich pierdziele starzy, z CIA, z NSA, a jeszcze i z wojennego wywiadu. To co, straszymy jeża gołą dupą, – głowice, iskandery, zbombardowanie Charkowa, Kijowa, Lwowa, Żytomierza, Odessy… A oni co na to? Uśmiechają się, mać ich kurwa. Nic nie mówią, nic nie odpowiadają, tylko uśmiechają się. Liczyliśmy na lęk, napięcie, – a guzik. Obserwują nas jak małpy w zoo, tyle z nas. Ciary przechodziły z tych kurewskich uśmiechów. Tak nic i nie powiedzieli, a co z małpami gadać będą, choć małpy z granatami. Kiedy już wychodziliśmy, jeden z CIA, jakiego znam jeszcze z sowieckich czasów, szepcze mi na ucho: w Rumunii wszystko gotowe, w Polsce F22 Raptor, a zdjęcia satelitarne ze Smoleńska czekają, uważajcie lepiej i mniej straszcie bo się zesracie.

Tłusty podskoczył w krześle.

– W Rumunii? Czyli pierwszy pas tarczy? Jezu… Teraz rozumiem, dlaczego nie tak bardzo spieszą się z tym w Polsce… Cała nasza broń atomowa na nic… Raptory przecież, ale nie tylko … A te zdjęcia… Boże, Boże… No właśnie, jak z tymi w Norymberdze. Oprawcy są znani, bydło się cieszy ze szczegółów i okoliczności. O klientach zapomniano…

Małżonek Mitia wytarł pot z niedogolonych policzków i niskiego czoła pod rzadkim siwym czubem.

– Nie panikuj, Żenia. A wy też, jeszcze jak winni! Czy nie można było wyizolować tych kretów na Kremlu? Tego starego pedała Dugina? Przekonać szefa że te pszeki i chochoły nam kiszkami wyjdą? Czy żeś pierwszy dzień na Starym Placu? W Kremlu? Czyżbyś nowicjuszem w doradztwie prezydenta?

Żenia rozłożył wielkie i tłuste jak u morsa łapy.

– Ciekawe, jak? Nowicjuszem? Ale jaja. I jak ty sobie to wyobrażasz? Przekonać, a jakże? Kiedy ten brodaty śmieć Dugin całodobowo mu doradzał……

Jedną łapą dotknął stylizowanego na kulę ziemską globusa, wykonanego w Niemczech.

– …Botoks! Alloplant! Pedał parchaty, udający kapłana boga Odyna! Stado tłustodupych walkirii! I kula ziemska, jaką on ma rządzić według stukniętego proroka! No? Jakbyś to wszystko pokonał? Z wróżkami? Czarownikami? I tak tego nie brakuje. Cały Kreml pełen tych zasranych astrodupologów! Propaganda to pałka o dwóch pierdolonych końcach! Myśleliśmy żeśmy uderzyli w bydło – a trafiliśmy w siebie! Nawet tacy jak Liońka Kutiejnikow, nabrali się. I zapłacili, oj, jak drogo! A co teraz? Liońkę załatwili. My? czekamy na najgorsze. Dobrze takim jak Sasza Prochanow! Fruwa w obłoczkach, dożera, dopija, dożywa. A dalej co?

Okularnik odpowiedział:

– A dalej ta piwnica, może przed Tomahowkami i Tridentami uratuje, jak ratuje przed moją starą krową.

Taka wizja przeszłości jednak mało zadowoliła autora pytania, Żenię.

– A czy nie ostrzegałem cię wówczas ? Powtarzałem jeszcze na uniwersytecie: powinienieś się ożenić z Katią, chociaż nie miała takiego wpływowego ojca, ale przystojna, i kochała ciebie jak cholera! Przed nią nie chowałbyś się po piwnicach, nawet wyposażonych w karelską brzozę!

Mitię te słowa rozgniewały.

– Niestety, nie miałem ojca w Politbiurze, jak niektórzy! A jakbym miał, pozwoliłbym sobie na rozkosz ożenku z żebraczką!

Żenia zripostował potokiem słów, z których najmilszymi były „dureń”, także „kirgiski baran” (niegrzeczny Mitia pochodził akurat z Kirgizji, miasto Frunze, obecnie Biszkiek). Wartki strumień pięknej mowy, choć nie kirgiskiej, tylko mongolskiej, przerwał jednak Kolia, odrywając się od beefstake’a.

– Skończcie już! Lepiej powiedz mi, towarzyszu doradco, czy nie za dużo jest tych czarowników na Kremlu?

Gniew Żeni z powodu dawno zmarłego ojca z Politbiura od razu ustał. Pozostał z miną mroczną, jak gradowa chmura.

– A u was czyżby ich jest mniej? A gdzie ich u nas nie ma, powiedz? Może to od wczoraj? przedwczoraj? Nie? Rżę jak koń Przewalskiego, kiedy słyszę: Rosja to kraj prawosławny, Rosja jest duchową nadzieją świata. Do kurwy nędzy, co za oszołomstwo! Pełna utrata kontaktu z rzeczywistością. Cały Zachód tonie w tym łajnie okultystycznym, ale do nas im daleko! Nawet nie śniło się im takie! Ot, gdzie królestwo czarnoksięskie! Jeden Cyryl, ten „pedałarcha”, ile warty… Boże dobry, czyżby tak było za ZRSR…

Kolia uspokoił przyjaciół.

– Było, było. Jak nie Gundiajew, nasz tewu „Michajłow”, to nie bardzo świętej pamięci Dżuna. A babcia Wanga, a reszta? Również nasi a propo. Co prawda, teraz naprawdę mamy prawdziwy wysyp czarnej magii. Dlatego tak zajebiście czujemy się. O cholera… I już nic nie można zmienić.

Po chwili milczenia dorzucił:

– Choćby pochować po ludzku Leonida…

Za parę tygodni dotrze wiadomość: to też jest niemożliwe.

ZIEMIA I PIEKŁO

– Nie wiem, czy to było rozsądne, Alister…

W jednym z biur Westminsterskiego Pałacu trwa rozmowa. Cztery skromnie ale bardzo drogo ubrane osoby, siedzą przy stole z mahoniowego drzewa inkrustowanego złotem i kością słoniową. Wśród nich mężczyzna z ostrzyżoną krótko siwą głową. Na nim taki sam, jak na współrozmówcach, czarny garnitur od jednego z najlepszych londyńskich krawców. Zdanie starszego dżentelmena w małych srebrnych okularach na starannie ogolonej różowej twarzy nie bardzo go zadowoliło.

– To ma być ostrzeżeniem i stymulacją dla reszty, drogi Oliver.

Drogi Oliver poprawił okulary na chudym, bladym, rasowym nosie, potem czarny krawat z platynową szpilką buławką z czarną perełką.

– …Jednak nie uważam żeby taki pośpiech był potrzebny, Alister. Kto teraz zrobi za niego to co on miał uczynić?

Siedzący w sąsiednim fotelu z czerwonego drzewa i zielonej skóry zacny wujek z czarną bródką odparł:

– A pan sądzi że on potrafiłby coś zrobić, Oliver? Nie sądzę. Ruscy to kłamcy, nieroby, oszuści, choćby ich generalicja. Nie, drogi sir Oliver, nasz Alister ma rację. Załatwić jednego, żeby reszta zaczęła wreszcie coś robić. Kiedy chodzi o ruskich, pałka mieczem Damoklesa.

Jeszcze jeden z obecnych, rudy, z wielkimi uszami pod fryzurą w stylu lat 70-ch, przytaknął.

– O, tak, zgadzam się, panowie. No, niech pan sam pomyśli, drogi Oliverze. Czy pan pamięta, co powiedział do nas staruch Arl po rozmowie z tym nieszczęsnym durniem? Nie? Zatem przypomnę za pana pozwoleniem. „Ta złośliwa kreatura będzie grała w swoją grę”. No? Czyż nie? A nam trzeba dowieść tym niegodziwcom: gra w swoją grę ma się zle zakończyć dla gracza. Bardzo proszę.

Oliver wzruszył ramionami pod wyszukaną czarną marynarką.

– Dobrze. W takim razie, jak sobie sądzicie państwo: czy stać w ogóle kogoś z nich na przewrót pałacowy? Nie mówiąc już o zmianie całej tępej junty na coś właściwszego? James?

Rudy od razu powiedział:

– Tchórzliwi są. Będą siedzieli na tyłkach, rozważali jak przy kupnie kurki czy kaczki na wiejskim bazarze. Słowiańska mentalność jest nikczemną…

Czarnobrody odparł:

– No, no, James, jakaż słowiańska, raczej mongolska. Nawet nie Hordą są, prawdziwi hordyńcy obrażają się, kiedy tak traktujemy ruskich. Ale nasza sprawiedliwa pogarda do takich, jak będący już w krainie wiecznego polowania Kutiejnikow, nie powinna nam przeszkadzać w samej sprawie. Jeśli ich nie stać na nic, kolej na nas, panowie.

Oliver poprawił platynową spinkę na lewym mankiecie.

– O, tak, Charles. Tylko… Czy nie odstraszy bardziej posłusznych TAM takie nasze zdeterminowanie? Ta ich niewolnicza mentalność, bądź ona przeklęta! Widzieliście, co zrobili z tym głupim Niemcowem? Na niczym nie znają się, Rany Boskie! Także na rytach…

Alister nie krył irytacji.

– To jest najgorsze. Po prostu fatalne. Katastrofa! Jeszcze sobie pomyślą przez wielki rozum żeśmy i na tym Kutiejnikowie popełnili mord rytualny. A nie zwykłą karę loży za nieposłuszeństwo przełożonym i braciom. Nieprawdopodobne zacofanie. A ten Niemcow był po prostu osłem. Znalazł, komu ufać, własnym prowadzącym. Fruwał po Moskwie z damami lekkiego prowadzenia, no, to i został kozłem ofiarnym. Proszę, bohater dla stada. Taki sam był Kutiejnikow, chociaż
nie nadużywał z uciech z takimi damami. W trakcie ostatniej kijowskiej rozmowy z nim czułem się jak kaznodzieja wobec byka. Boże, jacyż oni są podobni, potwornie nudni… Każdy z nich, czy to czekista, czy opozycjonista.

Rudy James zdziwiono uniósł rzadkie niemal białe brwi.

– O, Alister? A pan widzi różnicę między tymi i tamtymi? Dotychczas uważałem że tam nawet psy i koty służą czy donoszą w KGB, obecnie FSB, – także pchły, jakie na nich mieszkają. Zresztą do pewnego czasu nas to nie bardzo martwiło.

Wszyscy roześmiali się, ale cicho, w ramach przyzwoitego zachowania. Charles pogłaskał czarną bródkę i w zadumie powiedział:

…Ryty… A przecież to problem, panowie. To co robiliśmy z nimi w ciągu niemal stulecia, dało także owoce nie zawsze wygodne dla nas. Jeżeli każdej owcy w chlewie wbić w owczy łeb że ona należy do stada mesjaszów, – nie zastanowi się, czy może być mesjaszem baran. Niemcow i mord na nim wyraźnym przykładem. Zikkurat na Czerwonym Placu, mauzoleum czcigodnego brata, profesora Kammerera, istnieje. Także działa, jak zawsze, na zbydlęcenie tych nikczemnych ruskich. Ale pastuchy w Kremlu obecnie nie są w stanie sterować tak łatwo, jak nawet dziesięć lat temu. Ci zacofańcy popełnili, jak w latach 20-ch zeszłego wieku, rytualny – tak uważają – mord blisko zikkuratu. Zbierają tłum, 50 000 głów stada, przemarsz stada niedaleko zikkuratu, taka sobie powtórka z manify pierwsze-majowej. „Egipski ryt” według profanów i głupców, więc, się odbył. Miał być według nich taki sam efekt, jak wówczas, – skuteczne sterowanie. A co naprawdę? Zbydlęcenie maksymalne, sterowanie niemal równe zeru. Ot, tak tam teraz wygląda „wtajemniczenie”, a raczej profanizm i zacofanie. I nowego Kammerera coś nie widać…

Alister skinął siwą krótką fryzurą.

– Jeszcze jeden argument na to że z nimi pora skończyć. Tylko psują, cały ich pożytek w przeszłości.

W oczach Olivera ukazała się diabelska iskierka.

– Cóż, drogi Alister, obecnie z panem się zgadza też Jej Królewski Majestat, co widać z królewskiego przemówienia w Izbie Lordów. „Mamy cisnąć na Rosję”, czyż nie prawda?..

Wszyscy znowu się roześmiali, tym razem nieco głośniej.

– Ale… Nie wiem, czy w rzeczywistości stymulacją będzie to co stało się z Kutiejnikowym, czy kurs dolara, czy ceny na ropę. Myśmy nie tą nasza marionetką, niedołęgą murzynkiem w Washingtonie, ani niemiecką głupią, która chciała panować w Europie razem z naszą BYŁĄ – sic – moskiewską filią. Smoleńsk, panowie. To stymulator wydarzeń.

Charles zaprotestował.

– Pan jest przekonany, Oliverze, że nigdy i nikt nie zapyta o klientów?

Oliver dotknął zapinki, teraz już na prawym mankiecie.

– To co? A Żydzi? Kto nas zna? Nas nie ma, przyjacielu mój, lordzie Charles. Nawet ryt. Czy to nasz, – Pulsa Denura? „Wszystkiemu winni Żydzi”. Stara dobra formuła. I niezawodna, zauważcie państwo. Potrzebni klienci? Bardzo prosimy. I co do rytu, żadne kłamstwa. A któż tam wie, że ci to tylko nasze bulteriery. Że i ryt ten był popełniony na nasze zlecenie. Spójrzcie: kto spiskował w Warszawie? A Żyd Turowski, to sam oprawca, tam, na miejscu, prosto w Smoleńsku. Stary kapuś, agent SB, jeszcze w Watykanie figlował. No, idealnie. Tłumowi potrzebni winowajcy. Ot, są, żryjcie ich pod białym sosem, a choćby i na surowo. Na nasze szczęście jest odwieczny ofiarny koziołek, panowie. A teraz nawet dwa: ruski oprawca, żydowscy klienci. Jak nie da się – poświecimy jeszcze czarnego kozła, niemiecką kozę. Po prostu mistrzowski utwór, arcydzieło, wprost do żabojadzkiego Louvre’u. Jak sobie chcecie, a przeciętny John Smith będzie oklaskiwał. Nawet rzekomi „intelektualiści”.

Na twarzach wszystkich czterech lordów Anglii nareszcie zapanował spokój.

ZIEMIA I PIEKŁO

– Mistrzu! Co z nami będzie?..

Na drewnianej podłodze porzucono ubranie, jakieś dywaniki, po prostu szmaty. W małym pokoiku, w domku kijowskiego krawca blisko Złotej Bramy na szmatach i zwalonym ubraniu śpi trzech chłopców. Czwarty siedzi na podłodze naprzeciwko człowieczka z okrągłym brzuszkiem, w kapocie i eleganckim czarnym kapeluszu, dziełku zręcznych rąk lwowskiego kapelusznika. W ogromnych czarnych oczach chłopca łzy. Powoli płyną po policzkach, jakich nie dotykała brzytwa, białych w świetle księżyca z małego okienka z zerwanymi firankami.

Noc z 28 na 29 września 1941 roku.

19 września do Kijowa weszli Niemcy. 24 września dywersanci NKWD wysadzili w powietrze domy na Chreszczatyku. Nie tylko te, zajęte przez niemiecką okupacyjną administrację. Całą ulicę. Pięć dni gdy przestała istnieć wizytówka i dawny emblemat Kijowa, Ulica Chreszczatyk.

Na okienku w pokoiku krawca stoją jakieś kwiatki, zapach od nich ciężki, jak na cmentarzu.

– Obawiam się że coś nie bardzo dobrego, Motełe.

Człowieczek w czarnym kapeluszu uśmiecha się. Z za czarnej z pojedynczymi siwymi włoskami brody widać doskonały rząd białych zębów. Uśmiech wiele go kosztuje, ale jak ma się zachować prawdziwy mistrz wobec ucznia…

– Czemu nie odjechałeś razem z innymi, rebe Mejlach?..

Śnieżnobiały uśmiech rebego Mejlacha rozjaśnił jeszcze bardziej jego twarz.

– Gdzie ty widziałeś, żeby rebe porzucił swoich uczniów? Może czytałeś gdzieś? Nie mogłem was wywieźć, to co? A jakbym i mógł, wyjechalibyście bez mnie…

Motełe płakał, już głośno. Zakrył twarz dłońmi, na które opadał czarny kędzierzawy kosmyk. Przez łzy zapytał:

– Ale dlaczego bez ciebie?.. Rebe, nas zabiją! Wiem to…

Rebe Mejlach pogłaskał miękką dłonią czarną głowę ucznia.

– Wysłuchaj mnie, chłopczyku. Jesteś już nie tak mały jak ci…

Skinął kapeluszem na trzech śpiących na pstrych szmatach, prawie nastolatków.

– …cztery lata po Bar Mitzwie, to jest niemało. A musisz wiedzieć: bez zezwolenia Boga nikt nikogo nie zabije. Przypomnij sobie: Awrom Awijnu (Ojciec nasz Awram) był gotów poświęcić Isaaka, swego rodzonego syna. I co? Anioł zatrzymał rękę Awroma Awijnu. A dlaczego tak się stało? Bo Bóg chciał sprawdzić, ale nie zabić. A kto wie, czy nie sprawdza nas teraz Bóg, niech będzie On pochwalony i błogosławiony? A może On chce się przekonać, jacy jesteśmy wobec Niego? A co na to Motełe? On płacze! On nie wierzy w Boga! Boi się śmierci, podczas gdy gospodarzem życia i śmierci jest kto? Niemiecki esesman? Policjant? Naczelnik NKWD? Czy nawet pan komendant lwowski? Nie! Gospodarzem naszego życia i śmierci jest Święty, niech będzie On pochwalony! A Motełe tego nie wie! Boże dobry! I to jest mój, rebego Mejlacha, uczeń? Cóż to za hańba! Wstyd! Fuj!

Spektakularny gniew rebego Mejlacha miał swój efekt. Motełe wytarł łzy szczupłymi dłońmi.

– Oj, rebeniu, co ty gadasz, co? Ja nie wierzę w Boga? Nie pamiętam nauki Tory? Nie jestem twym uczniem? Jak mogłeś tak sobie pomyśleć?..

…………………………………………………………

W ciągu dwóch lat przebywania rebego Mejlacha w Kijowie on zdążył niemało. Stworzyć i utrzymywać podziemną „jeszywę”, szkołę teologii wyznania Mojżeszowego, pod samym nosem u NKWD, to było czymś wyjątkowym, nawet nieprawdopodobnym. W NKWD było mnóstwo Żydów, ale innych. Oni od Boga woleli Karla Marksa i towarzysza Stalina. A ot, on, Mejlach, bardzo nie lubił towarzysza Stalina, zwłaszcza przez dziki ambaras, jaki ów towarzysz ze sprzymierzeńcami urządził w jego ojczystym Lwowie.

Stopień „haham” Mejlach otrzymał w Palestynie, a dokładnie w jednej z rabinistycznych szkół Jerozolimy. W trakcie swej trzechletniej podróży do Ziemi Świętej pobywał także w Cfacie, w Galilei. To był pierwszy raz jego udział w obrzędzie Pulsa Denura.

W sumie to dwa razy.

Ten dziwaczny rebe, rabin mistrz, będąc rdzennym Lwowiakiem,cieszył się w ojczystym mieście ogromnym szacunkiem nie tylko wśród Żydów. Mejlach, mając mocodawcę ojca chasydyzmu Baal Szem Towa, miał stosunek do gojów, Polaków, Ukraińców i każdego człowieka dość nietypowy jak dla rabina talmudysty. Do tego on bardzo szanował polskiego powstańczego dowódcę Berka Joselewicza i podobnych do niego Żydów, patriotów Polski. Sam był bowiem polskim patriotą, jeszcze i większym od niektórych Polaków, jacy szybciutko zmienili Boga, Honor i Ojczyznę na towarzysza Stalina i czerwoną szmatę.

Ojciec chasydyzmu Baal Szem Tow (Posiadacz Dobrego Imienia w hebrajskim) leczył wszystkich bez wyjątku, Żydów i gojów. Rebe Mejlach nie był posiadaczem lekarskich umiejętności, ale imię miał nie mniej dobre od swego mocodawcy. We Lwowie wiedzieli: zrobi wszystko możliwe przy pierwszej prośbie.

Czasem i niemożliwe. Stopień „haham” miał nie na marno.

Kiedy do Lwowa wkroczyli Sowieci, Mejlach wygnał tych swych uczniów, którzy witali okupantów. Co się dzieje w niemieckiej strefie okupacji, wiedział dokładnie.

Z żoną, pięciorgiem dzieci i czterema uczniami-sierotami uciekł do Kijowa.

Żonę z dziećmi po pierwszym zbombardowaniu Kijowa uprosił wyjechać z wiernymi ludźmi na wschód.

O jego podziemnej „jeszywie” wiedział mało kto. Z tych kto wiedział, nikt nie doniósł do NKWD. Mejlach nigdy się nie mylił w wyborze osób zaufanych. Oficjalnie był pomocnikiem jednego ze znanych miejskich krawców, tym zarabiał na życie – i na jeszywę. Do jego uczniów dołączyło jeszcze pięciu, po zbombardowaniach Kijowa uciekli na wschód z rodzicami.

Kiedy go zaprosili przez dawnie kontakty do Lukjanowskiego Cmentarzu, Mejlach nie odmówił.

Wiedział bowiem co mają na celu.

I poszedł takim samym wrześniowym wieczorem na ten cmentarz.

Oby naruszyć ryt, nie będąc w stanie i na siłach zapobiec.

Haham wiedział, w jaki sposób to się robi.

Bo kochał Polaków i Ukraińców tak jak swych rodaków.

Oraz wszystkich ludzi.

Nawet zbyt kochał, aby nie zainterweniować.

Nie tylko dlatego, że wyrósł wśród nich.

Znał ich duch sercem jasnowidza.

Dlatego miał wśród nich serdecznych przyjaciół, robił dla nich wiele dobra.

I wzajemnie.

A zbrodniarzy i wśród Żydów nie brakuje.

Jak najbardziej.

………………………………………..

Jeśliby teraz był dzień i dzienne światło, Motełe zobaczyłby że uśmiech jego rebego jest smutny.

Bardzo smutny.

Trzeba powiedzieć że Mejlacha polubili w Kijowie nie mniej niż w jego Lwowie. Miał, więc, oczy i uszy w mieście. Tego wieczoru powiadomili go że wczoraj, 27 września, w Babinym Jarze rozstrzelano wszystkich pacjentów kijowskiego szpitala psychiatrycznego im. Pawłowa. Oczywiście trzymał to w tajemnicy. Wszystko jedno uciec się nie da, gdy w mieście pełno Niemców i polizei’ów. Było jasne że na nich, Żydów, zebranych na kilku ulicach Kijowa, na niego, Mejlacha, na jego czterech uczniów, kolej przyjdzie już wkrótce.

On chciał jeszcze raz pogłaskać Motełego po głowie, ale powstrzymał się.

Boże kochany, wiem za co masz ukarać naród mój. Ale zlituj się nad tymi dziećmi, nad tymi ptaszkami niewinnymi. Są dobre, łaskawe, mądre, kochają Cię i Twoje stworzenia, nie mają nic złego na myśli. Nie przeszkadzają, nie szkodzą innym ludziom, nie chcą ich unicestwienia. Każdego bezdomnego kota karmią, ostatnim co mają. Ukaraj mnie, bom zasłużył, lecz uratuj ich, Święty i Sprawiedliwy. To bowiem Twoje dzieci.

Ciche skrzypienie drzwi.

Mejlach skończył modlitwę.

W czarnych oczach Motełego przerażenie. Zasycha w ustach z okropnego lęku.

Na progu stanął człowiek w szarej kurtce z wieloma kieszeniami. Na głowie brązowy góralski kapelusz z białym piórem. Na rękawie biała opaska z czarnym napisem:

POLIZEI.

W ręku karabin maszynowy Volmera.

Mejlach schwycił rękę oniemiałego ze śmiertelnego lęku Motelego.

Czas na modlitwę Szma Israel.

Czas iść do Sądu Świętego i Sprawiedliwego.

Polizei powiedział po ukraińsku:

– No, wreszcie, znalazłem…

… i za długą jak życie Awroma Awijnu chwilę:

– …witaj, Mejlach.

Zobaczył naprzeciw siebie milczącego rebego, trzymającego za rękę swego wiernego ucznia, drżącego jak jesienne liście przed tym jak przyjdzie spaść na ziemię.

– Nie rozpoznałeś mnie? Toż to ja, Lewko.

Grom z jasnego nieba i uderzenie pioruna, choćby nawet tego aramejskiego, wywarłyby mniejsze wrażenie.

– Lewko?! Ty?! Co ty tu robisz!!

Ten spojrzał w oczy rebemu.

– Przyszedłem po ciebie, Mejlach.

Rebe jeszcze mocniej ścisnął zimną z przerażenia doń ucznia.

– Ty… tyś polizei?.. Zabieraj mnie, a ich zostaw! Błagam cię, Maryczką twoją błagam!

Człowiek z opaską machnął dłonią, w drugiej karabin Volmera.

– Ta tiu na ciebie… Jaki ze mnie polizei? Przecież jam OUNowiec. A opaskę tę chłopcy zdjęli z jednego takiego. Karabinek mu się też już nie przyda. Ja uratować cię przyszedłem, durniu jeden…

– Co?!!

Mejlach w tym momencie przypominał posąg. Czy słup soli, w jaki zmieniła się kiedyś żona Lota, która nie usłuchała Boga.

– Co, co, a to: uciekamy do cholery! Wiesz co będzie tego rana? W Babinym już wszystko gotowe. Pójdziecie za tymi z Pawłowa. No? szybko mi!

Mejlach powoli odpowiedział.

– Dziękuję ci, Lewko. Ale ja nie pójdę.

– Jak to nie pójdziesz, kurwa mać!!! Nie wierzysz mi?! Tam już rowy są!! Już wykopali!! A w rowach wariaci z Pawłowa!! Też tam chcesz?!!

Gniew Lewki mieszał się z rozpaczą. A twarz Mejlacha oświetliła się radosnym uśmiechem.

– Nie, nie, Lewko! Wierzę ci i ufam. Ja nie mogę pójść z tobą. A jeśli chcesz mi zapłacić dobrem za dobro – zabierz mych uczniów.

Lewko stał przerażony.

– Uczniów? Jakich uczniów?

Rebe Mejlach wskazał na Motełego i na podłogę.

– Zabierz ich. Nie mogę ci podziękować za ich ocalenie. Ale Bóg ci zapłaci obficie, dobry człowieku.

Lewko zastanowił się, głaskając czarne z siwymi wąsiki.

– W czterech… Mogą ścierwa coś skumać… Tam przecież są prawdziwi polizei’e, niemieccy janczarzy kurewscy… Powiedziałem do gnid że wezmę jednego parcha… wybacz, Żyda… na zabawę, jak tarczę… Dobre! Ty moją Maryczkę uratowałeś we Lwowie, lepszych lekarzy szukałeś, całe miasto obiegałeś dniem i nocą, tyle kasy oddałeś! Sam przy niej ze mną czuwałeś… Teraz już ja… Trzeba budzić chłopców!

Rebe Mejlach puścił wilgotną zimną dłoń Motełego i rzucił do uczniów.

– Budźcie się! Szybko, szybko!..

Chłopcy odrywali głowy od szmat na podłodze, tarli oczęta rączkami, cicho jękli zobaczywszy polizei’a z karabinem w ręku. Ale rebe natychmiast odezwał się.

– Cicho, dzieci. Słuchajcie mnie, waszego rebego. Ten człowiek to mój dobry przyjaciel. Powinniście pójść z nim. Natychmiast.

Mały chudy chłopczyk w białej brudnej koszuli zawołał:

– A ty, rebe Mejlach?!

Mejlach zamknął mu usta dłonią.

– Sza, Haimke. Ja zostaję tu. Czy nie zrozumieliście? Zapomnieliście, co to polecenie rebego? Gdzie wasze posłuszeństwo?!

Dzieci zrozumiały wszystko. Spuściły główki.

– Jeszcze chwilkę, Lewko. Dzieci, moi uczniowie. Zapamiętajcie te słowa moje, waszego mistrza. Nigdy przenigdy nie bierzcie udział w obrzędzie Pulsa Denura. Nigdy przenigdy nie idźcie po nauki do Lubawiczowskich chasydów, teraz tam jest szatan. Nigdy przenigdy nie miejcie do czynienia z tym kto mówi że goje to zwierzęta. I nie wierzcie temu nawet w naszych księgach, to napisane przez szatanów. Na całe życie zapamiętajcie! A teraz: niech was Bóg prowadzi.

I do Lewki:

– Prędko, bracie!.. Oj, wybacz…

Lewko powiedział:

– Żydzi mi nie bracia. A ty, Mejlach, to brat. Córeczka moja, Maryczka, nie chodziłaby po ziemi, jakby nie ty. A teraz w lesie jest, z naszymi. A jak te wróble to twoi uczniowie, chcesz obym ich ocalił? Wiedz, zrobię dla nich wszystko co tylko będę mógł, jak dla mych synów. Hej, chłopcy! Idziemy!

I dodał:

– Żegnaj, Mejlach…

Kiedy Lewko siłą wypchnął za drzwi wróble nie chcące wbrew przepisom posłuszeństwa porzucać swego mistrza, a kroki na drewnianych schodach ucichły, Mejlach założył talit, w gwarze europejskich Żydów tales.

I zaczął się modlić.

PIEKŁO

Takich gotyckich budynków jest wiele w Europie. Także w Holandii.

Ten budynek z czerwonej cegły stoi na brzegu kanału w cichym miasteczku Leiden.

Wszyscy go znają jako budynek studenckiego Bractwa.

A co się dzieje tam naprawdę, nie wiedzą nawet sami członkowie tego Bractwa.

Słuchają sobie różnych niepojętych lekcji o demokracji, o socjologii, także o scjentologii i jeszcze licho wie o czym. Także można po prostu spędzić tam czas, w tym także z piwkiem w stołówce. Pogadać z rówieśnikami, rówieśniczkami.

Jedzenie w tej stołówce, jednak, oddziałuje nieco dziwnie, po obiadku jakaś prostracja, obojętność, gotowość do odbioru wszystkiego co wmawiają.

Tak bywa, kiedy do jedzenia dodają narkotyki. Czy inne rzeczy, prezenty od farmaceutycznego przemysłu, jednego z trzech słoni Unii Europejskiej.

Dwa innych to handel narkotykami oraz to, czym naprawdę zajmują się w tym cichym budynku.

Nikt z członków Bractwa nie wie dokładnie, co to za napisy sinym na białej ścianie stołówki.

YOU CAN HIDE, BUT YOU CAN’T RUN.

MOŻESZ SIĘ SCHOWAĆ, ALE NIE MOŻESZ UCIEC.

Takie sobie ostrzeżenie. A cały jego sens – kogo obchodzi…

Jak i imiona, z prawej, od ich prawdziwych właścicieli pochodzące, jedno pod drugim.

Niewybaczalnym błędem jest, nie zrozumienie o co w tym wszystkim chodzi.

Lista demonów z najniższej hierarchii piekieł. Najniższa tam to najwyższa, główny szef bowiem na samym dnie, jak zaświadcza teologia.

LILIAN vel Lilit, także NAOMI. Pierwsza żona praojca Adama. Piekielna patronka prostytucji, aborcji, morderczyni pożerająca niemowlęta.

DANNY vel Danel, jeden z upadłych aniołów, „obserwator” szatana na ziemi, patron szpiegostwa.

MARIT vel Marbas, duch choroby, niszczenia ciała i duszy.

VEERLE vel Verrie, demonka anarchii, nieposłuszeństwa, pychy, pogardy do człowieka.

ASARI vel Astarta, demonka rozpusty, pożądliwości, hedonizmu, także śmierci. Jedna z najbardziej nienawidzących Matkę Boską.

MANOUK vel Mammon, ten sam, komu według Pisma Świętego nie służą jednocześnie z Bogiem, demon niewolnictwa przez bogactwo.

Kogoż z beztroskich studentów zaciekawi ta niepojęta dla profana lista…

Troski powstaną póżniej, głównie medycznego charakteru. Zresztą medycyna może nie poradzić, wtedy niektórzy sięgają po egzorcystów.

Komuż z konsumujących dziwne obiadki przyjdzie do otumianionych główek pomysł, aby zaciekawić się obrazkiem na innej białej ścianie, u samych schodów.

Niejaki wujek w szatach biskupich i mitrą na głowie siedzi w fotelu, w lewym ręku coś w rodzaju pastorała, w prawym serduszko. Łaciński napis naokoło:

NON VINCIT VERITAS.

PRAWDA NIE ZWYCIĘŻA.

Tyle samo bezczelnie, co kłamliwie.

A w krążkach między słowami kłamstwa literki.

A – Asmodej vel Aszmadaj, od hebrajskiego „aszmada”, niszczenie. Demon niszczenia rodziny, miłości i przyjażni.

S – Samael, główny pomocnik Lucyfera. Patron śmierci, kłamstw, oszustwa. Tym samym wężem, jaki wlazł do Raju i oszukał Ewę, był właśnie on.

B – Belzebub vel Baal, demon wszystkich grzechów, bałwochwałstwa, ludzkich ofiar, wojny i masakr. Kult Baala jest najkrwawym z kultów szatana.

I dalej według listy najbliższych sługusów Lucyfera. To on siedzi w szatach z serduszkiem. Jego to „mądrość”, prawda nie zwycięża, ojciec kłamstw przecież.
A kogoż to ciekawi.

Wolność wielka rzecz.

Demokracja.

A przede wszystkim obojętność, masz wszystko w tyłku, jesteś dobry i wolny.

To znaczy: możesz, jako wolny, zjeść cudny obiadek z darmowymi, choć tak naprawdę dość drogimi dodatkami. Dużo droższymi od samego obiadku.

Po paru takich obiadkach w zacnym towarzystwie tych z listy piekieł, kwitnący młodzieniec wkrótce zostaje wyssaną cytryną, wygląda na starca, jak starzec choruje.

Przede wszystkim na nowotwory.

Trafi do psychiatryka z symptomami schizofrenii.

Wielu z takich popełniają samobójstwa, niby bez przyczyny.

A główne, nieświadomie zachęcają do tak cudnego losu wszystkich z kim obcują się.

Epidemia śmierci.

Takie czarowne metamorfozy można zobaczyć w starożytnym wielkim lustrze w rozkosznej złoconej oprawie rococo, nad marmurowym kominkiem.

Gdy spojrzeć na także starożytny czekanny barelief trzech chłopaczków, jacy coś tam mają wykuć, coś ciekawego.

Taka, ot, kuźnia, alegoryczna.

Ale nie te to niemowlęta, jakich zabójczynią i ludożercą jest Lilit-Lilian-Naomi.

I kogo zainteresuje, że kują tam kajdany dla serca i duszy, obroże dla pomysłów.

A za czerwonymi starymi drzwiami młot i kowadło tej kuźni.

Terafim.

To samo także za rozkosznym lustrem rococo.

Jak w moskiewskim mauzoleum.

Terafim, zabalsamowane ciało dawno zmarłego człowieka, znanego nie z świętego życia.

Tajemnica śmierci niczym dla takich rytów i ich adeptów.

Władza nad ciałem i pomysłami to władza nad światem.

Ich hasło.

Przede wszystkim loży Memfis Mitzraim.

To loża najstarszego rytu.

Egipskiego bowiem.

„Memfis Mitzraim” w hebrajskim to Memfis Egipt. Czyli miasto Memfis w Egipcie.

Od starożytności jest matką wszystkich lóż, wszystkich Wielkich Wschodów.

Nawet lóż elitarnych, iluminackich, wewnętrznych czyli żydowskich, jak naprzykład Bnei Brit’h.

Ich emblematy wiszą na ścianie u wejścia do tego ciekawego budynku.

Jak łupy myśliwskie.

Loża Gorgona, Wielki Wschód Anglii, ryt szkocki, zielone włosy na drewnianej tarczy. Do niej należy wielu tych, kogo szeroka publika zna jako polityków. A w rzeczywistości doświadczalne króliki i świnki morskie tych z listy i obrazku na innej ścianie budynku.

Loża Faust, złota maska z parawanem na sinio-czerwonej tarczy. Wielki Wschód Francji, członkowie niby artyści, a tak naprawdę, sztukmistrze.

Fioletowa tarcza, białym róża wiatrów z literą J w środku. J to Judasz. Loża Judasz, szkocki ryt. Wśród członków wielu naukowców, judaszologia jakaś.

Tu, w gotyckim budynku na brzegu cichego kanału w Leiden, siedziba głównej europejskiej loży Egipskiego rytu.

Bez nazwy, tylko Wielka Loża. Krótko i jasno.

Większości studentów dalej stołówki z „obiadkami zdrowia” droga zamknięta. Główne odbywa się w innych pokojach i sali ceremoniałów.

Tam jednak trafiają niektórzy z członków Bractwa, kogo wybierają przełożeni Wielkiej Loży. Kto ma takie „powodzenie”, okazują się w poręce tego z serduszkiem w ręku. Zdrowia i szczęścia to też jakoś nie dodaje, ale nie do porównania z tymi w stołówce. Ci ostatni służą biomateriałem, żywiołem czarnemu rytowi, jaki zabiera im rozum, siły, zdrowie, młodość, życie.

Ażeby zmienić to wszystko w energię zła.

I rozpowszechnić to zło, jako minimum na cały europejski kontynent.

Przeto i patronuje tej loży od setek lat nie ktokolwiek, a Królewski Dom Niderlandów.

Od 2013 roku patronem jest król Wilhlelm-Aleksander. Jego zdjęcie można zobaczyć w Wielkiej Loży, w pięknej księdze o rozkosznej skórzanej okładce z niedwuznacznym napisem, złotym:

666.

Wysoki patronat, bo i sama loża jest Wielka.

W tym cichym miejscu bywają ciekawi goście.

To już członkowie najbardziej interesujących Bractw, bynajmniej nie studenckich.

Są zewsząd w Europie.

Na przykład „studenci” z Warszawy, Bronisław Komorowski, Donald Tusk. Ten ostatni jest już brukselski, dobry student.

Z Kijowa też nie brakuje. Piotr Poroszenko „Peca”, jakiego złe jęzory dlaczegoś uporczywie nazywają Waltzmanem. Aleksander Turczynow „Czarny Pastor”, Wladimir Grojsman „Wowa”, Arsenij Jaceniuk „Kulawlob”, Julia Tymoszenko „Żulka”, Witali Kliczko „Jęzor Z Dupy”. Taka, ot, studencka młodzież.

Często widzieli tutaj i tego, za kim do końca czasów (także i po nim) zrósł się szlachetny i honorowy tytuł w jego ojczystej mowie: „chujło”. Nawet bliskość Hagi z resortami tego „studenta” piekielnego uniwerka nie odstrasza.

Bywają „studenci” i z USA. Zaczynając z tego afroamerykańskiego, prosto z Białego Domu. Bill Clinton, jego małżonka Hillary. Incognito. Czyli siusiu. Czyli pst…

I tak, a propos, wszyscy.

…………………………………………………………….

A tym razem gościem został nieznany chłopak z Ukrainy, ale też w przeszłości student. Co prawda nie tak dalekiej jak u tych pierwszych.

Dotarł tu dziwnym, ale słusznym trafem.

Chodzi sobie po budynku, fotografuje starym iphonem4s.

I od razu wysyła przez internet zdjęcia do drugiego nieznanego, ten to już Polak.

Polak rozgląda zdjęcia i odpisuje Ukraińcowi. Też przez internet, w czacie.

„Tu jest to, a tam jest tamto”.

Z krótkim wyjaśnieniem.

Ukrainiec robi swoją sprawę, Polak swoją.

Zrobili to co trzeba, Ukrainiec wyszedł z budynku w towarzystwie przyjaciela, jaki żyje tu.

Przeszli obok jakichś ludzi u wejścia do gotyckiego budynku.

– Wiesz co powiedzieli? „Egzorcysta idzie, a po cholerę”.

Słowa przyjaciela, znającego holenderski, Ukrainiec wieczorem przekazał Polakowi.

Za trzy dni po tym nieznanym, w budynku na kanale znowu ukazał się znany – jako burak, analfabeta, niedołęga, także zdrajca i zamachowiec – Komorowski B. Odjechał z absolutną pewnością o drugiej prezydenckiej kadencji.

A historię tworzą jednak nieznani.

PIWNICA

Oni siedzą w pomieszczeniu pod Westminsterskim Pałacem.

Ogromny stół w wiktoriańskim stylu. Na ścianie z czerwonego dębu ogromny ekran, zdecydowanie nie wiktoriański. Przed każdym z nich – tablet.

Komitet Cobra.

Najważniejsze osoby Wielkiej Brytanii, za wyjątkiem Jej Majestatu i Książąt.

Komitet zbiera się w najtrudniejszych dla państwa brytyjskiego sytuacjach. Ostatnio to się odbywa nie rzadszej niż raz na tydzień.

Na ekranie zdjęcie satelitarne.

Na dole cyfry:

10.04.2010.

– …Pan uważa że mamy zacząć z tym już teraz? Panie generale?

Zasuszony, krótko ostrzyżony mężczyzna w mundurze z naramiennikami czterogwiazdkowego generała odezwał się w krótkich wojskowych słowach.

– Tak, sir.

Ten który zadał zapytanie, nie ukrywa zdziwienia. Na rasowym wysokim czele ze śladami kontynentalnej opalenizny zarysowała się głęboka zmarszczka.

– Hm… A czy nie za wcześnie…

Dżentelmen w złoconych okularach na różowej twarzy, gniewnym tonem:

– A na co mamy czekać, panie premierze? Jakie jeszcze gierki potrzebne?! Mało tych małpich tańców w sprawie Litwinienki? I co to nam dało? Ten złom lata już u naszych granic, z nuklearnymi głowicami, pan przecież dobrze wie. Czego jeszcze trzeba? Pan widział raport Zwierzchnika Królewskich Sił Lotnictwa. I co? Poczekamy aż nas zbombardują te stare koryta z czasów stalinowskich? Czy nakarmią polonem? Jest komu, cały Londyn pełen szczurów z Moskwy, wielkich i małych! Dołączam się do Naczelnika Sztabu Generalnego. Panie premierze, jestem gotów podpisać raport do Jej Majestatu. Dosyć spektakli, one za drogo nas kosztują. A zakończyć mogą się ponuro.

Człowiek w mundurze wice-admirała potwierdził.

– Tak, panie premierze. Mam dokładne dane że ten wariat trzyma kopyto na czerwonym przycisku nie tylko w słowach. Nasz plan powstrzymania ich przez zamrożenie wojny na Donbasie przynosi efekty, ale nie aż takie jak zakładaliśmy. Czasu na koncentrację sił i zasobów na ewentualnym teatrze działań wojennych może nie wystarczyć. Tak, sankcje ich przygniatają, mobilizacyjna rezerwa u nich mizerna. Zasoby techniczne w 80% są stare, w złym technicznym stanie. W armii rośnie chaos, naruszenia dyscypliny, morale jest w upadku. Ale oni jeszcze mogą narobić głupot, zanim ich załatwimy. Potrzebne jest podjęcie twardych i skutecznych kroków. Przygotować opinię publiczną na ewentualne działania wojenne.

Wice-admirał wskazał na ekran z satelitarnym zdjęciem. Na nim biały obłok nad terenem oznaczonym jak lotnisko Siewiernyj.

Wybuch.

Premier wyglądał na wyraźnie zatroskanego. Opinie członków Komitetu Cobra były jednoznaczne. Zwrócił się się do wice-admirała.

– …W pana słowach jest racjonalne ziarnko, Alan. Jednak nie powinniśmy zapominać że przejście do planu „Smoleńsk” wymaga także wojennego etapu, niezwykle istotnego. Nie uważam aby był zakończony. Tarcza w Rumunii dopiero powstała, mało ćwiczono jej używanie. Koncentracja sił i zasobów na kontynentalnym teatrze działań wojennych nie jest wystarczająca. Tak naszych, jak i sojuszniczych. Zbytecznym jest przypominać, że słoń NATO to my i Stany, reszta to słonia ogonek. Nie warto powtarzać pomyłek Izraelitów w Libanie w 2006 roku. Nadmierna nadzieja na dystansową wysokoprecyzyjną broń bez aktywnego udziału Sił Lądowych i Sił Specjalnych jest marną. Sprawdziła się jeszcze w czasie Irackiej wojny. W Afganistanu – już nie. Naszą gotowość do miażdżącego uderzenia w Rosję na dzisiaj uważam za częściową. Dlatego!

Wszyscy zrozumieli że teraz zabrzmi ostateczna decyzja. Na dziś ostateczna.

– Przeciwpowietrzna obrona, Lotnictwo, Marynarka Wojenna i Siły Specjalne – czerwony poziom gotowości. Panie ministrze spraw zagranicznych, proszę powiadomić ekipę Obamy o zmianach terminu planu „Smoleńsk”. A z nim samym ja będę rozmawiał. Panie naczelniku Generalnego Sztabu, niech pan przygotuje raport do Jej Majestatu o zwiększeniu naszych Sił Lądowych, Sił Specjalnych, Lotnictwa i obrony przeciwpowietrznej na kontynencie, termin do południa jutro. W tym samym terminie czekam na raporty państwa zwierzchników wszystkich Sił o gotowości do działań na kontynencie. Alan, codziennie meldować mi stan na Donbasie, ruch rosyjskich oddziałów na Krymie, oraz wszystkich zasobów rakietowych Rosji.

Nacisnął przycisk na pulpicie. Wybuch nad lotniskiem Siewierny na wielkim ekranie zmienił się w mapę Rosji, otoczoną strzałkami, krążkami i liniami w różnych kolorach.

– Proszę wszystkich państwa nie zapominać że to pierwsze zdjęcie jest dla nas tylko jednym z precedensów ku temu, ot. Takie jest życzenie i polecenie Jej Majestatu Królowej.

Dorzucił:

– Także temat jutrzejszego posiedzenia w Aberdeen’u…

I po krótkiej chwili:

– …również szczegóły syryjskiej pułapki dla naszego przyjaciela od botoksu. Dziękuję państwu.

Potomek w linii prostej ostatniego króla Hannowerskiej dynastii Wilhelma IV, żonaty z lady Samanthą Gvendolin Sheffild, potomkinią w linii prostej króla Karola II, sir David William Donald Cameron, premier-minister Wielkiej Brytanii, nie był marionetką Komitetu 300.

Tylko jego członkiem.

Bardzo rzadki przypadek w światowej polityce.

ZIEMIA

Ukraiński pisarz Mikołaj Gogol, jakiego oszołomy i oszołomy nad oszołomami, czyli moskale, nazywają rosyjskim, kiedyś zadał pytanie, i sam sobie na nie odpowiedział:

„Czy znacie wy ukraińską noc? Nie, wy nie znacie ukraińskiej nocy”.

I rzeczywiście, znać ukraińską noc może tylko ten kto żyje czy chociaż raz w życiu był w Ukrainie.

Ukraina jest wielka i różna, a noc, tak naprawdę, nie wygląda tak samo na Połtawszczyźnie, Chmelniczczyźnie czy na Podkarpaciu i Zakarpaciu, na stepowej Donieczczyźnie, Mykolaiwszczyźnie czy Odesczyźnie.

Ale wszędzie jest ona piękna.

Jak, na przykład, tutaj, w małym miasteczku Odeskiego obwodu.

W Ukrainie nocą niebo czarne jak sama kosmiczna przestrzeń, księżyc i gwiazdy niby na wysokości sufitu w wiejskiej chatce. Pod tym światłem z góry każdy krajobraz wygląda wyraźnie harmonijnie, delikatnie zaznaczony, jakby pędzlem doskonałego mistrza palety.

„Ponad stepem nieprzejrzana mgła”, takie tu też bywają, ale nie tej nocy. Step jak mleczne jezioro pod białym delikatnym światłem księżyca, sztuczny lasek z innej strony od chat oddziela ciemnym, rzadko wybudowanym murkiem.

Dźwięki i zapachy.

Lot nocnego ptaka, sowy, polującej na myszy, czy kogoś jeszcze, słaby szum skrzydeł, czy cichy gwizd. Przebieg lisa, konkurenta sowy, jego łupem też myszy, choć woli zające. Te ostatnie przezornie chowają się w leśnych norkach. Trawy i kwiaty tworzą swój wonny bukiet, jedyny w swoim rodzaju, nieporównywalny z żadnym innym.

Step nie śpi, żyje swoim nocnym życiem.

Chatki w tym miejscu buduję się z żółtego kamienia, który miejscowi wydobywają w tutejszych kopalniach. Ale teraz one zdają się czarnym tłem dla rozświetlonych kwadratów okien, rozmaitych kolorów zależnie od firan. Kwiatki i inne rośliny tu na ścianach malują rzadko. A jeśliby malowali, byłyby tylko cieniami w białym świetle księżyca i ogromnych gwiazd.

W niektórych z tych chatek są obrazy Chrystusa i Matki Boskiej.

…………………………………………………….

A właśnie w niektórych, dlatego że większość w tych stronach zwraca się ku północnemu sąsiadowi, czyli jest bezbożną. Co prawda, po anschlussie Krymu i z początkiem wojny na Donbasie ilość takich maleje, choć w powolnym trybie. Trumny, jakie wiozą tu ponurzy chłopcy w kamuflażu z rozmaitymi szewronami, nie sprzyjają empatii do kraju, że wybrał sobie ryt śmierci i niszczenia niemal sto lat temu – dlatego niesie śmierć i zniszczenie innym narodom. Zresztą i wcześniej w tym kraju czarnych rytów nie brakowało. Czego również dowodzi obecnie przeniesienie się całej agentury rosyjskich służb w tym mieście do „świątyni” moskiewskiego patriarchatu. Jej proboszcz jest dawnym tewu KGB-FSB, a sama „świątynia” ma rozmaite funkcje, od magazynu broni i materiałów wybuchowych do siedziby miejscowych terrorystów i separatystów.

Niewtajemniczeni uważają że główną „świątynią” tego rytu jest moskiewska „cerkiew Chrystusa Zbawiciela”. To odpowiada rzeczywistości tylko częściowo. Naprawdę „główną świątynią” moskiewskiego patriarchatu jest mauzoleum Lenina na Czerwonym Placu. A prawdziwymi „świątyniami” pomniki stawiane wodzowi światowego proletariatu na granitowych postumentach. Chociaż w „cerkwi Chrystusa Zbawiciela” jest mnóstwo przedmiotów i pomieszczeń, nie ustępujących w „świętości” grobowcowi dziadzi Lenina i jego pomnikom.

…………………………………………….

A w innych chatach wiszą obrazy, a pod obrazem kłos.

Czy kilka kłosów.

Stary zwyczaj, jeszcze z kozackich czasów. Taki kłos umieszcza się pod obrazem Odkupiciela czy Matki Boskiej oby powrócił ktoś, kto odszedł stąd na wojnę.

Owoc ziemi w modlitwie do Tajemnicy.

PIEKŁO

Grobowiec dla tego, kto jeszcze żyje, szykują w dwóch przypadkach.

Jeśli przyszły lokator jest wschodnim despotą. Lub tym, kogo planuje się zabić.

Wladimir Iljicz Uljanow vel Lenin był jednym i drugim.

Szczerze mówiąc, jego następcy Stalin i Hitler byli przy nim wychowankami przedszkola, lub nawet żłobka. Jeśliby nie wczesna śmierć przez trucizny kolesiów i syfilis o czterech krzyżach według Wassermana, nabyty w życiu pederasty i zboczeńca jakich mało, – ofiary dziadka Lenina sięgałyby setek milionów. Uczniowie cieszyli się tylko dziesiątkami.

Takiego upiora, jak on, nie widział świat.

Oraz nie ujrzy.

Można zrozumieć tych „życzliwych” wobec Ruskich i reszty ludzkości, którzy wówczas wybrali go na rolę ewentualnego terafima – zmumifikowanego według rytualnych przepisów trupa. Nie kogokolwiek, tylko określoną osobę, wyróżniającą się wyjątkowo potwornymi cechami.

Ciała i ducha.

Po to żeby te nieludzkie jakości nabyła ogromna ludzka masa.

W licznych – a lepiej niezliczonych pokoleniach.

To jest bardzo starożytny ryt Egipcjan, Chaldejów, także Azteków (niektórzy uważają że ma on korzenie w słynnej Atlantydzie).

Ich piramidy mają różną architekturę, ale jeden sens oraz zadanie.

ZIKKURAT.

Rytualna budowla.

Jeden kształt – czteropoziomowa piramida.

Jeden materiał – granit, i to bardzo specjalny.

Jedna geometria – kąty, ich skojarzenie.

Na dolnym piętrze – terafim.

I to koniecznie.

Bez terafima zikkurat nie oddziaływa.

Rosja zawsze była krajem szatana.

Ale w latach 20-ch XX wieku po tysiącach lat w niej powstał zikkurat na wzór piramid Egiptu i Kraju Azteków. Na szczycie tych drugich były składane całodobowo ofiary z ludzi.

W taki sposób Rosja została światowym centrum czarnego rytu śmierci i niszczenia.

Jakim pozostaje po dziś dzień.

Do Pażdziernikowego Przewrotu 1917 roku Rosja poświęcała miliony swych obywateli i ludzi innych narodów.

Pod różnymi pozorami i płaszczykami. Na przykład, Trzeci Rzym. Lub: Prawosławie, Monarchia, Narodowość.

W Domu Romanowych, na wszystkich poziomach imperium kwitł okultyzm, nie ustawał szabat czarownictwa i magii.

I to wszystko pod maską „prawosławia”, czego kwintesencją został Grigory Rasputin.

Od 1917 roku obrzęd masowego poświęcenia ludzkich ofiar został w Rosji OFICJALNA IDEOLOGIĄ.

A czarna magia OFICJALNĄ RELIGIĄ.

Ze swymi antykapłanami i rzeżnikami.

Jak w Kraju Azteków.

Tym razem pod maską „nauki Karola Marksa”.

Owa powstała jak teoretyczne uzasadnienie kultu fizycznego oraz duchowego ludobójstwa, masowej zagłady.

Symbol zaś satanizmu i czarnej magii, pięcioramienna gwiazda czyli pentogram, zajęła miejsce na szczycie państwowego herbu. Oraz na wieżach Kremla, rządowej siedziby.

Wtajemniczeni spadkobiercy egipskich pomagierów szatana i piekła pobudowali w nowej starej stolicy Rosji zikkurat według postulatów ich ludożerczego kultu i rytu.

Położyli na jego dolnym piętrze terafima, jak najbardziej pasującego dla ich potwornych celów.

Przed tym ukatrupili najlepszego kandydata na rytualną mumię.

Uczynili z jego trupa terafima według klasyki czarnej magii.

ROSJA TO PRZYJĘŁA.

I to chętnie.

Z wielkim entuzjazmem.

Tym przypieczętowała swój czarny los.

Skazała siebie na zbydlęcenie, degradację i fatalną przyszłość na wzór niegdysiejszej Atlantydy.

Na wymazanie z mapy świata, jakie zaczęło się od ZRSR.

……………………………………….

Feliksa Dzierżyńskiego wszyscy znają jako założyciela i pierwszego naczelnika CzeKa-OGPU-NKWD-MGB-KGB-MB-FSK- FSB.

Jako terrorystę N1 XX wieku.

Jako wyjątkowego sadystę, ustępującego tylko dziadkowi Leninowi.

Jako nieludzkiego osobnika.

Upiora.

Potwora.

I to jest prawda.

Lecz tylko nieliczni na tym świecie wiedzą o głównej zbrodnie jednego z najokropniejszych przestępców wobec ludzkości w ciągu całych dziejów świata.

Właśnie on, potwór o ksywce „żelazny Feliks”, odpowiadał za ukatrupienie ukochanego wodza i następnie zmienienie w mumię-terafima, za wybudowanie zikkurata na Czerwonym Placu, za stworzenie systemu przechowywania i konserwacji „wiecznie żywego” idola religii śmierci i masowej degradacji.

Odpowiadał wobec Politbiura Centralnego Komitetu WKP(b), – po drugie.

Wobec przełożonych Wielkiej Loży Memfis Mitzraim, – po pierwsze.

Tej samej, z siedzibą w Leiden, w cichym gotyckim budynku przy kanale.

Zaciągnięli tam Feliksa Edmundowicza w 1902 roku, w Berlinie, kiedy został wybrany na sekretarza Zagranicznego Biura SDKPiL. Bo pokładali w gościu ogromne nadzieje, i jak się okazało – nie zawiódł oczekiwań.

Ponieważ w tym momencie dawno już wyrósł z wieku studenckiego, członkostwo w Bractwie i kielich czarownej stołówki „żelaznego” omijał.

Jak i Wladimira Iljicza, który poznał egipski ryt nieco wcześniej, w Szwajcarii.

Trudno powiedzieć, czy zobaczyłi w nim wówczas przyszłego terafima czcigodni przełożeni. Ale że wodza rewolucji szatana, to bez wątpienia.

Nie jest wiadomo także, czy nowicjusz loży towarzysz Lenin sugerował ideę własnego mauzoleum.

Ale dokładnie wiadomo, że ta idea powstała dużo wcześniej od ogłoszenia na antenie Radia im. Kominterna 27.01.1924 o 16.00 za Moskwą: „prosimy o wstawanie, towarzysze, Iljicza opuszczają w mogiłę”.

Jesienią 1923 roku na posiedzeniu Politbiura zapowiedziano zabalsamowanie trupa towarzysza Lenina.

Zapowiedziano przez towarzysza Stalina.

A towarzysz Lenin w tym momencie leżał nie w kostnicy, tylko we własnym łóżku w Gorkach, niedługo Leninowskich. Był czyli nie „wieczne żywy”, tylko jeszcze żył.

Widać że egipski ryt był znany przez tow. Stalina oraz tow. Dzierżyńskiego po prostu doskonałe.

Także przez jeszcze innego towarzysza, Borysa Zbarskiego, w przyszłości profesora biologicznej chemii.

Kiedy towarzysz Lenin nareszcie przeniósł się ku radości reszty towarzystwa (także nie bez ich uprzejmej pomocy) do kostnicy, nastrój nieco zepsuł znany patolog profesor Abrikosow. Nie można zabalsamować tak, oby jak ogórek wyglądał, nauka nie ma takiej możliwości, – zasugerował.

Lecz chyba jest coś ponad nauką.

A raczej pod.

Do pracy przystąpił towarzysz Zbarski Borys. Na osobiste polecenie towarzysza Dzierżyńskiego Feliksa. Jego asystentami był patolog profesor W.P. Worobiow z Charkowa i prosektor o nazwisku Szabadasz.

Worobiow był wtedy naukowcem-patologiem o światowej sławie. A przy Barskim tylko skromnym pomocnikiem.

Po pracy owych odbyło się coś ciekawego.

Młodszy brat Lenina Dmitri Uljanow wybiegł z sekcyjnej sali krzycząc: „Nic nie mogę teraz powiedzieć, jestem przerażony! On leży jakby zmarł przed chwilą!”.

A narodowy komisarz ochrony zdrowia towarzysz Semaszko ogłosił akt komisji rządowej: „Zewnętrzny wygląd znacznie lepszy od poprzedniego, bliski wyglądowi zmarłych niedawno”.

A przed tym był w stanie naturalnego po śmiercu rozkładu, zwłoki rozpadały się.

Ot, tak został „wiecznie żywym”.

A ze zwyczajnie żywymi działo się na odwrót.

Poczynając od brata Dmitriego. Po oglądaniu odnowionego bracha zaczął chorować, i to psychicznie. Schizofrenia. Niejednokrotnie próbował popełnić samobójstwo, choć do żadnych studenckich Bractw nie należał. Skończył życie na oddziale zamkniętym.

Główna osoba tego przedsięwzięcia, towarzysz Dzierżyński, przeżył wodza i sprzymierzeńca w egipskich sprawach tylko o dwa latka.

I to nie przypadkowo.

…………………………………………………………

Odczucia towarzysza Dzierżyńskiego względem Rosjan:

„W dzieciństwie marzyłem, aby zostać niewidzialnym, trafić do Moskwy i zabić wszystkich moskali”.

To dziecięce marzenie kata z powołania spełniło się tak, jak on sam nie mógł sobie wyobrazić w ojczystym Wilnie.

Rozstrzeliwania, katownie, zaścianki CzeKa, w jakich także osobiście „zelazny Feliks” katował i unicestwiał – to wszystko cienki pikuś przy tym co on naprawdę urządził znienawidzonym moskalom.

On po dziś dzień zabija ich i ich kraj za pomocą trupa swego piekielnego wodza i mistrza.

On został ojcem fundatorem i założycielem zakonu rytualnych rzeżników i stróżów ludożerczego kultu.

Ten jest czynny dotychczas.

Prawie tonie w krwi moskalów oraz większości narodów planety.

CzeKa-OGPU-NKWD-MGB-KGB-MB-FSK-FSB.

GUŁAG, oceany ofiar i nieprzestający terror – tylko konsekwencją.

Przyczyna leży w mauzoleum.

Je pilnuje świetnie wyposażone według ostatnich osiągnień światowej nauki i techniki laboratorium.

Nad nią czuwa zespół najlepszych rosyjskich naukowców i specjalistów od przechowywania i konserwacji mumii.

Kolejny od 27 stycznia 1924 roku.

A wszystkie bezprecedensowe w dziejach świata zbrodnie towarzysza Stalina są tylko wynikiem i konsekwencją tej głównej jego zbrodni.

ZIKKURAT ŚMIERCI.

Jednak niedouczony pop towarzysz Stalin, a także nieudany ksiądz towarzysz Dzierżyński nie byliby oczywiście w stanie samodzielnie wymyślić takiego arcydzieła ludożerczego kultu.

Ich zakulisowym konsultantem była bardzo wykształcona osoba.

Profesor Paul Kammerer z Wiednia.

Jeden z największych biologów owych czasów.

Jeden z teoretyków, faktycznie ojców inżynierii genetycznej.

Twórca teorii telegonii – przekazanie w czasie i przestrzeni, w tym na odległość, biologicznych jakości.

Ta teoria nie jest uznawana przez oficjalną naukę.

Natomiast szeroko używa się jej w praktyce okultyzmu.

Bo sam Kammerer był członkiem Wielkiej Loży Memfis Mitzraim o najwyższym 33 stopniu wtajemniczenia.

I jednocześnie bardzo czczonym w Sowieckiej Rosji naukowcem.

Nie patolog profesor Worobiow, a biolog i okultysta profesor Kammerer był prawdziwym mistrzem Borysa Zbarskiego.

Diabelską działalność takich, jak Kammerer, można i trzeba potępiać, gardzić nią.

Ale nie wolno ją negować.

Aby wiedzieć jak ją zwalczać.

Według teorii i praktyki Kammerera zabalsamowany trup i ludzka masa są skomunikowanymi naczyniami.

Skomunikowanymi przez materiał zikkurata: granit i metal.

Przez architekturę zikkurata: czworopoziomowa piramida.

Przez krew i DNA członków ludzkiej masy.

Krew jest ważnym płynem dla okultyzmu i satanizmu.

Nie na darmo ryty szatana związane z przelaniem krwi.

Materiał zikkurata jest swego rodzaju „kablem przekazu” między trupem – terafimem i krwią ludzie.

W ten sposób biologiczne jakości, genetyczny kod terafima przekazuje się masom.

Genetyczny kod zwyrodnialca, zboczeńca, syfilityka, mizantropa, sadysty, despoty Uljanowa vel Lenina.

Fizyczne i psychiczne zdrowie mas żywi terafima.

Masy są w tym przypadku materiałem biologicznym.

Dostają, więc, zamiast zdrowia zdegradowanie, zwariowanie, ciężkie zachorowania, wczesną śmierć.

Z DNA nie ma żartów.

Tak z tą żywą, jak z martwą.

Nie bez przyczyny banda towarzysza Stalina tak wściekłe zwalczała genetykę.

Aby degradacja, jaką raczy Wielka Loża Memfis Mitzraim przez zikkurat i terafima trwała w pokoleniach.

Od pokolenia do pokolenia, coraz gorzej.

Mogłoby to wyglądać na nienaukowe bzdury.

Mogłoby.

Jeśliby nie fakty z historii Rosji.

Zwłaszcza od 1924 roku po dziś dzień.

Jeśliby nie cały czas aktualne pytania.

Dlaczego Rosja jest imperium zła?

Dlaczego w niej tylu alkoholików?

Tylu narkomanów?

Tylu upiorów na czele z obowiązkowym kremlowskim?

Tyle niewolnictwa i pragnień zniewolenia innych?

Tyle miłości – ale do śmierci, rujnowania, zniszczenia, zagłady?

Tyle nienawiści do życia i wszystkiego co żyje?

Tyle wenerycznych chorób?

Tylu wariatów?

Tylu zboczeńców?

Samobójców?

Tyle sadyzmu?

Tyle mazochyzmu?

Tyle przemocy?

Tyle agresji?

Tyle kłamstw?

Tyle kryminału?

Tyle wojen, jakie Rosja rozpętała?

I jeszcze ma rozpętać?

Tyle pogardy do człowieka?

Do jego wolności?

Do jego godności?

Do jego zdrowia i życia?

Do całych krajów i narodów?

I TO WSZYSTKO JAK NIGDZIE.

Czemu każdy rosyjski resort jest gniazdem terroryzmu, a moskiewski patriarchiat okazał się w Ukrainie prawdziwie terrorystyczną organizacja?

Czemu takie okropne żebractwo na rosyjskich peryferiach?

A nad tym KULTOWYM żebractwem pomnik Leninowi, cały czy częściowo z granitu?

Czyje to okropne jakości, jakie rozpowszechniono w Rosji tak skutecznie i masowo?

I dlaczego taka histeria rozpocząła się w tych samych rosyjskich resortach, kiedy pomniki Lenina zaczęli rozwalać się w Ukrainie?

Nie ma sensu szukać odpowiedzi na te pytania w ramach zwykłej logiki.

Rosja nie istnieje według logiki nie z powodu swej rzekomej „zagadkowości” czy „szczególnego szlaku”.

Zresztą, jej zagadkowość polega na dobrowolnym wyborze rytu śmierci.

A szlak w pewnym sensie jest także szczególny.

Szczególnie katastroficzny szlak gniazda światowego okultyzmu, czarnego rytu Memfis Mitzraim.

Właśnie światowego.

Bo miasto Leiden nie jest rosyjskim.

ZIEMIA

„Dnia pierwszego września
Roku pamiętnego
Wróg napadł na Polskę
Z kraju sąsiedniego…”

To była dziwna impreza. Na warszawskiej Woli śpiewają nastolatki, zwyczajnie, na chodniku, część z nich w harcerskich mundurkach i czapeczkach. Gruby blondyn, chłopczysko w czarnych spodniach i białej koszuli z krótkimi rękawami przygrywa na skrzypcach. Dziewczyna w kolorowych szortach, z czerwonymi lilijkami na zielonym polu i napisem Diesel śpiewa, trzymając na smyczy czarnego jamnika, na szyjce wiszą białe słuchawki od iphona czy ipada.

Przechodnie zatrzymywali się, słuchając. Niektórzy, jak kobieta z ufarbowanymi na czarno włosami, w dżinsowym garniturku, na wysokich obcasach oby wydawać się wyższą przy małym wzroście, podśpiewywali. Jakiś facet w okularach, trzyma za rączkę małe dziecko, dziewczynkę, ta próbuje cienkim głosikiem śpiewać piosenkę, której na razie jeszcze nie zna.

Domy wzdłuż ulicy powstały dużo pózniej, niż wydarzenia będące treścią piosenek. Te z czasu wydarzeń „w gruzach pozostały”. Resztę zniszczyły bomby i pociski moskalskich bestii. Drzewa także nie pamiętają dnia pierwszego września tego samego roku. Słuchają jednak, razem z przechodniami, w zadumie szumiąc koronami, wśród których już coraz więcej żółknących liści.

On też zatrzymał się, też wtórował śpiewom harcerzy i nastolatków. W odróżnieniu od dziewczynki, na wygląd trzylatki, on znał większość tych piosenek. Pomimo że te dwa dni, pierwszego i siedemnastego września, doprowadziły do tego, iż on sam przyszedł na świat na obczyżnie, w jednym z tych dwóch przeklętych, wiecznie wrogich krajów.

Impreza trwała już jakieś pół godziny, gdy do śpiewającego tłumku podszedł rudy chłopak o okrągłej twarzy, w czarnych dżinsach, szarej koszuli z napisem „God bless beer” i z czerwono-szarym plecakiem House.

– …Kubuś? Witaj! Dlaczego nie zadzwoniłeś że jesteś w Warszawie?!

Po uściskach on odpowiedział.

– A skąd mogłem wiedzieć, że tu będziesz ? A, Jurku?

Na okrągłej twarzy rudego Jurka ukazał się uśmiech winnego.

– Ano, wybacz. Naprawdę zapomniałem. Wiesz co, sam nie oczekiwałem że się tu przeniosę. Pół roku jużem w Warszawie, ale jaja.

Odeszli na stronę, oddalając się nieco od śpiewającego i słuchającego tłumku.

– To ty do pracy?

Jurek pokręcił rudą głową.

– Nie, dzisiaj mam wolne, a tak to moje biuro tutaj na Woli, mieszkanko też. Tak sobie spacerowałem, a ty tutaj sobie śpiewasz! A propos, pięknie ci wychodzi!

Roześmiali się obaj. Jurek wskazał na sąsiedni dom.

– Zapraszam na kawę, ot, zobacz, w tej kawiarence jest prawdziwa kawa po warszawsku.

Znów się roześmiał.

– No, no, bez przesady. Prawdziwa kawa po warszawsku pozostała tam.

I skinął głową na tłumek śpiewających harcerzy i przypadkowych przechodniów. Teraz śpiewali Serce w plecaku.

Jurek odparł.

– Nic nigdzie nie pozostało. Znam właściciela, ten Olek jak maniak szukał receptę tej samej prawdziwej. Cztery lata szukał, czy wyobrażasz sobie? Nareszcie znalazł jakąś stuletnią babcię na Mokotowie, to nie odpieprzył się aż ta mu podała receptę. A jeszcze i nie jedną, trzy! Nie chciała wziąć pieniędzy, Olek niemal na siłę wymusił. Chodzimy więc, sam się przekonasz.

Oni doszli do kawiarni, usiedli przy białym okrągłym stoliku pod białym parasolem z pomarańczowym logotypem „CIeKAWA”. Jurek zamówił kawę z biskwitowymi ciasteczkami, kelnerka poszła wykonywać zamówienie, a Jurek powiedział:

– Cuda, cuda, Kubusiu!

On pomyślał że Jurek mówi o tej cudem zdobytej recepturze na prawdziwą kawkę po warszawsku.

– To i zobaczymy zaraz, co to za cuda.

Jurek zamachał prawą pulchną dłonią z pierścionkiem ozdobionym zielonym kamieniem.

– A gdzież tam o kawce! O innej knajpie, brachu. O tej w Leiden.

On poczuł napięcie.

– Leiden?..

Jurek potwierdził:

– Dokładnie. Leiden! Dupa tam, Kuba. Nieczynne już!

Ze strony tłumu doleciało „Chłopcy silni jak stal…”.

– Czyli jak? Jak to nieczynne? Sześćset lat było czynne, a teraz przestało?

To brzmiało nie do końca szczerze. Przecież w tablecie były kwietniowe zdjęcia tej samej gotyckiej knajpy w Leiden, całe wnętrze. Ze wszystkimi cudnymi napisami i obrazkiem piekielnego wujka z mitrą i z serduszkiem. Po tych zdjęciach on koordynował pracę tego kto miał doprowadzić do tego co powiedziano przed chwilą.

– Toteż powiedziałem – cuda! Wysłuchaj, Kuba…

Kelnerka przyniosła kawę w fajnych białych z fioletowym filiżankach i ciasteczki z wierszkowym kremem. Jurek nie pozwolił mu zapłacić:

Ja zaprosiłem, ja płacę! Jesteś mój gość!

On odpił z filiżanki. Smak był taki, jakiego on nie znał. Przysmak niepojętych dodatków wywołał w wyobrażni pewien widok pokoju z żółtą naftową lampką i gobelenami na ścianach. Dlaczegoś wieczorem.

– …A co, nie mówiłem? Nie pijałeś takiego, co? Ot, tak to jest, ze mną się spierać! Lecz słuchaj. Znasz przecież Adasia?

Pewnie, on znał Adasia, byłego drobnego urzędnika z Otwocka, który nagle zechciał zaliczyć studia na fakultecie historii, co i zrobił, pracując jednak jako prywatny detektyw.

– Czyli znasz. To ten oto Adaś pracował też dla mnie. Wiesz, w jaki sposób? On wlazł do sztabu bula. Co ty na to?

A co on na to, Adasia stać na to by wleźć do Białego Domu czy nawet do samego Komitetu 300. Mając takie życzenie, ten dziwaczny Adaś mógł przekonać kota że on jest wielbłąd. Posiadał nawet umiejętności hipnotyzerskie. Mały, łysy, krótkowidz,- a jak zacznie majstrować, tytan i tyle.

– A co powiem, nic dziwnego, wszystkiego się po nim można spodziewać. To jest cudem, Jureczku?

Jurek z naciskiem krzyknął:

– Ależ ty maruda! Nie dosłuchałeś, a tuż marudzisz!

I kontynuował szeptem:

– Adaś zapoznał się z pewnym doradcą bula. Nie zasranym chłopaczkiem od piaru, nie starym pierdzielem Nałęczem. A z tym od fartuchów. Rozumiesz, o co chodzi?

Jasne że on zrozumiał.

– Ot, jak?

Jurek zrobił straszne oczy.

– A ot, tak. Mason. I nie byle jaki. Prosto stamtąd gościu, z Leiden. Był przy bulu na TAMTYCH wyborach, w dziesiątym roku. Z rudym też był, począwszy od 2007-go. To co, bul i teraz jezdził do Leiden, a gdy wrócił, był przekonany że drugą kadencję ma już w kieszeni. Jak na pierwszych wyborach. Nawet bez kacapskiego serwera, przecież teraz to już na przesrane. Jak i druga kadencja! Ot, gdzie niespodzianka! Już po pierwszej turze bul był w szoku! A po drugiej na żyrandol zesrał się. Ale skąd to wszystko, ot, gdzie jest pies pogrzebany!..

Jeśli nie jesteś pewny zwycięstwa, nie zwyciężysz. Lecz ludzka natura: jesteś pewny, a gdy nadchodzi samo zwycięstwo, w pierwszej chwili nie wierzysz że właśnie nadeszło. Tym bardziej, takie zwycięstwo. Owszem on wiedział że w tym co się odbyło na prezydenckich wyborach, jest ich z Ukraińcem cząstka. Pytanie, jaka właśnie…

– …Kiedy ten gość odjeżdżał, był wkurwiony jak cholera. No, Adaś też jest majster, choć ten zajączek nie jest prostakiem, jeszcze i nie pije ani odrobinkę. To Adaś rozwiązał mu jęzorek swymi metodami. Ten gęgacz go za swojego bierze, wiesz przecież, jak ten historyk zasrany komu zechcesz potrafi mózg wyprać, manipulator cholerny, jeszcze i poczytał sobie coś w temacie, lubi smażone, no… I powiedział śledzik holenderski coś ciekawego, kiedy Adaś go na Okęcie przywiózł, prywatnym leciał skurwiel jeden…

Jurek dla większego efektu zrobił pauzę i powiedział :

– „Ktoś był w loży. Ten obcy. Ktoś zrobił z terafima bezużyteczną mumię. Obrzęd nie działa, nawet studenckie Bractwo się rozpada. Nie wiemy co się dzieje, co mamy robić”, – tak powiedział.

Znowu pomilczał i niespodziewanie krzyknął :

– Jasna cholera! oddałbym wszystko, żeby się dowiedzieć, któż to był!

On zapytał:

– Ale siedem lat ich rządów nawet kozie dadzą do zrozumienia, że coś nie teges?..

Jurek puknął dłonią w stolik

– Kozie! Lecz nie naszym capom! Czyżbyś nie wiedział, jak to wygląda, co?! Media, cała maszyna propagandy, kłamstwa, nagonki, szczucia, serial skandali, ściemy, – czym to wszystko, nie pomnożone na martwą DNA terafima, na tę diabelską transmisję?! Sto tysięcy Amber Goldów, milion Pro Civili, jeszcze jeden Smoleńsk, najdebilniejsze bzdury Agory z Lisami i tewuenami, a choć nawet ch.. wielki w lodówkach – miałby pecha Jędruś. A zagłosowaliby choć by na barana o jednym jaju! Internet? A co to, internet? Tam są internauci, a jakby byli pod tym pierdolonym terafimem? A tu… Wiesz co jeszcze powiedział? „Jak być teraz z innymi naszymi zikkuratami… Naruszony został cały związek, ten moskiewski też się nie słucha. Cóż to było, kto, kto nam to urządził…”. A naprawdę, kto!

Jurek był naelektryzowany jak sama elektrownia.

– Jak sądzisz? Kto to mógł być, ten srany Lancelot? Czy cała banda takich? Takiego smoka ukatrupić, no, kurwa mać!!

On wzruszył ramionami. A co można było powiedzieć. Jeszcze i Dzień Pierwszego Września. Tłumu już nie było widać, piosenki zamilkły. Impreza zakończyła się. A może poszli gdzie indziej śpiewać swoje piosenki.

– Czy to ważne, Jurku. Skutek jest, a reszta…

Jurek uważnie spojrzał na niego. Dopił prawdziwą kawę po warszawsku, ciasteczka już dawno nie było.

– Ciekawe… Reszta, mówisz? A reszta i jest najciekawszą. U kacapów pożar za pożarem, dziś nocą spłonął Moskwa City. Na Sybirze już po lecie chyba tylko rzeczki pozostały. O gospodarce i mowy nie ma. Na Donbasie u nich dupa zimna, tylko nasze ciule ich Iskanderów z lat 80-ch boją się. Zewsząd ich okrążono, jak bestie dzikie, ot, u nas już Raptory jankiesowskie fruwają, aż cztery. Festiwal nieszczęść u tych kacapów. Putinek też ponury, a ma powody. Aż do Syrii swych bohaterów od samogonki przerzuca z Krymu, z całym złomem, korytami i samolotami czasów Zygmusia Trzeciego Wazy. Będą z żydowskimi F16 i F18 rywalizować, a może i Raptorami ich będą raczyli jankiesi razem ze starszymi w wierze. No, i resztą pięknych wynalazków. Może naprawdę dziadzia Leninek zastrajkował?

On odparł.

– Dziadzia Leninek to same nieszczęścia.

To nie przekonało Jureczka.

– Dla stada to tak. Ale Putinka z hałastrą też ostatnio jakieś fatum prześladuje. A czyżby tylko ich? Wiesz już że Sąd Apelacyjny przyznał rację Gmyzowi? A co Gmyz sugeruje? Materiały wybuchowe na fotelach tutki, Kubusiu. Od oprawców zaczęli, klientami wystawią tuskowskie bydło. Może z czasem też czarnego szympansa z Merkelową, już teraz pod nimi się pali. No, jeszcze znajdą paru Żydów, starym zwyczajem. Poświęcą ich łatwo. A jak planowali? – „wszyscy wszystko zapomną”. Kuba, my, „sekta Smoleńska”, nie dawaliśmy im spokoju. Ale sam widziałeś, jak to było. A teraz jak lawina. I nie tylko przez Ukrainę, nie. Ukraina to taka sama konsekwencja. Jest jeszcze coś. Chcieli sobie Nowy Porządek urządzić, nas kacapom oddać, strefa wpływu. Lecha pochowali, myśleli że odszedł w przeszłość. A On wrócił. Nie, to nie tak jest po prostu, jak się wydaje. Jakiś miecz zadziałał, brachu. Już i loże rąbać zaczął. A ten Lancelot bez mieczu, kim jest? Zerem jest. I to obecne tylko kwiatkami świętego Franciszka. Przyjdzie i Komitetowi 300 dupami trząsnąć… Jednych Raptorów za mało będzie… Czyż nie mam rację?

On powiedział:

– Jasne, że masz. Dziękuję ci, Jurku, za kawę po warszawsku, naprawdę jest wspaniała, ta prawdziwa. A teraz muszę już jechać na dworzec, pora najwyższa.

Jurek uniósł brwi nad żółtymi jak u kota oczami.

– Już chcesz jechać? Pracować masz jutro?

On odparł.

– Nie, dlaczego, też mam wolny tydzień. Ale tylko dzień jeden miałem spędzić w Warszawie.

To wzbudziło entuzjazm Jurka.

– To co? Poczeka twoja fajniutka jeszcze dzionek! Do mnie! A jutro wieczorem do kochanej, hej! No? Co ty na to?

On zrozumiał, po co to jest potrzebne Jurkowi. Lancelot…

– Dziękuję ci, ale muszę jednak jechać.

Jurek oburzono zamachał pulchnymi dłońmi z rudymi włoskami.

– Kuba! Chcesz mnie obrazić?! U mnie kawalerka na poddaszu, ale wielka jest! Miejsca dla ciebie nie znajdę, co?! Szkoda ci czasu na mnie? Nic się nie stanie z twoją laleczką, jak u starego przyjaciela dzień spędzisz! Zadzwoń do niej! A ja potwierdzę żeś nie u warszawskiej dziewuchy zanocował, tylko u mnie, Jurka Stachowicza! A wieczorem ja ciebie najlepszym piwkiem poczęstuję. Z rakami! No? Co siedzisz jak król? Chodźmy!

Nie Adaś, ale umie przekonywać, pomyślał on.

EPILOG

X rejon Budapesztu, ulica Kozma.

Cmentarz Żydowski węgierskiej stolicy.

Zaistniał w 1893 roku. To nekropolia historyczna. Wiele pomników i grobowców tutaj należących do arcydzieł architektury i sztuki rzeźbiarskiej oraz malarskiej. Są pod ochroną węgierskiego państwa.
Wśród rodzinnych grobowców są takie, jakie wyglądają jak prawdziwe mauzoleum. Różne style architektury. Mozaiki, jakie ozdabiają ściany tych arcydzieł, są przedmiotem podziwu znawców i studiów w szkołach sztuki pięknej, nie tylko na Węgrzech. Tutaj są groby naukowców, lekarzy, inżynierów, malarzy, poetów, pisarzy, mundurowych, społecznych działaczy. Także tych znanych w całej Europie oraz na świecie. Cmentarz nie ucierpiał w dwóch światowych wojnach, więc, sam jest pomnikiem sztuki memorialnej.

Do wspaniałych bram Cmentarza podjechał szary samochód Renault Megan. Kierowca wyszedł i otworzył tylne drzwi. Przeciągnął rękę.

Pomógł wyjść z samochodu sędziwemu starcowi.

Bardzo chudy, w czarnym garniturze, takim samym czarnym kapeluszu. Blada twarz z plamami pigmentu na tej skórze, jaka nie jest zakryta wielką śnieżnobiałą brodą. Wielkie czarne oczy, podeszły wiek nie pozbawił ich żywego blasku.

Starzec powiedział do kierowcy w języku iddisz:

– Dzięki ci, Mojszełe. Poczekaj na mnie w samochodzie, proszę.

I bardzo powoli podszedł do bram.

Przeszedł przez nie. Powoli ruszył wzdłuż głównej alei, po obu stronach stuletnie lipy, a między nimi imponujące grobowce, same mauzolea.

Art-deko, neoklasycyzm, neobaroko, modern. Najwyszukańsze wzory tych stylów. Rozkosz, uczta fantazji stwórców, utalentowanych architektów, rzeźbiarzy, malarzy. Mozaiki porażające swym pięknem i doskonałością. Każdy mały szczegół kolumny, rzeźby, każda linia dekoru przepełniona smakiem, mistrzostwem, sama magia wyższej sztuki.

Białobrody starzec powoli przechodzi obok dwóch wielkich siedzących lwów szarego kamienia u wejścia w neoklasyczne mauzoleum z greckimi kolumnami. Ich twórcą był wielki rzeźbiarz Lajosz Sztrobl.

Idący nie patrzy na lwy, ani na inne arcydzieła. Bardzo powolnie kroczy na sam koniec alei wśród owoców sztuki nekropolii.

Rząd mauzoleów zakończył się. Tylko drzewa i trawa.

Na trawce stoi macewa, żydowski tradycyjny nagrobek.

Prosty, z czarnego marmuru. Sześcioramienna gwiazda, pod nią napis w języku hebrajskim:

MEJLACH GOLDFINGER

Na dole dwie hebrajskie literki, „zein” i „bet”, „zichrono lewracha”, „świętej pamięci”.

Starzec wyjął z kieszeni czarnej marynarki mały szary kamień. Z wysiłkiem schylił się i położył kamień na trawkę obok macewy.

Według zwyczaju. U Żydów nie noszą kwiatów na cmentarz. Tylko kamienie. Śmierci się nie ozdobia.

Po tym białobrody zaczął modlić się.

„Kadisz”.

„El male rachamim”, „Bóg pełen litości”.

Modlitwy za zmarłych w Wierze Mojżeszowej.

Po modlitwie starzec zaczął coś szeptać. Bardzo cicho. Szept słyszały tylko drzewa, wrześniowa trawa i macewa.

Oraz niebo.

– …Wiesz co, rebeniu?.. Żebyś wiedział: wy z Lewką ocaliliście mnie nie tylko przed zagładą ciała. Jeszcze przed śmiercią duszy. Podaliście mi lek przeciw nienawiści. Do Ukraińców, Polaków, Madziarów, do każdego człowieka. A przede wszystkim do Żydów…

Drzewa, trawka, macewa i niebo odpowiedziały starcowi ciszą. Stary Cmentarz nie lubi dźwięków wielkiego miasta, zaważają bowiem głównemu.

– …ciebie przecież nie ma pod tą macewą. I w rowach Babinego Jaru cię też nie ma. Jesteś na Niebie, przy Świętym i Sprawiedliwym, niech będzie On błogosławiony. Wiem to. Bardzo cię potrzebuję, rebe Mejlach. Twoją miłość, twe przebaczenie, twoją mądrość. A teraz jak nigdy…

Chudą bladą dłonią wytarł czarne oczy, pełne łez. Jedna przejrzysta łezka spłynęła na blady policzek z pigmentowymi plamami pod białą brodą. Jak tej ostatniej nocy z Mejlachem w domku krawca u Złotej Bramy, też we wrześniu. Co powie teraz mistrz? Znów się rozgniewa?

– …mam do cię sprawę, mistrzu mój Mejlach. Bardzo ważną sprawę. Raczej najważniejszą. Nigdy cię nie oszukałem. Nigdy przenigdy. A ty to wiesz. Ale wczorajszym wieczorem do mnie zadzwonili i zaprosili. Wiesz, gdzie. Wiesz po co. A muszę tam lecieć, rebeniu. Oby być twym dobrym uczniem. Mi potrzebna twa rada…

Ciszę nic nie naruszało. Jej ochroniarze, lwy na wejściu w neoklasyczne mauzoleum z greckimi kolumnami srogo patrzyły przed siebie, będąc przestrogą dla każdego niedorzecznego dźwięku.

– …może podasz jakikolwiek znak, rebe Mejlach? Żebym dokładnie wiedział, co sądzisz?..

Macewa stała pod bardzo starymi wielkimi lipami. Z gałęzi jednej z lip spadł liść, nie żółty, a zielony, jaki miał trzymać się jeszcze nie jeden dzień, a może nie jeden tydzień. Spadł i położył się dokładnie na chudym prawym ramieniu pod czarną marynarką.

Chudymi bladymi drżącymi palcami starzeć zdjął z prawego ramienia listek, ucałował i położył w lewą wewnętrzną kieszeń marynarki.

– …ja cię zrozumiałem. Dziękuję ci. Do zobaczenia, rebeniu.

I podreptał główną aleją z powrotem do bram Cmentarza.

Kiedy usiadł się na tylne siedzenie samochodu, poprosił kierowcę:

– A teraz, Mojszełe, pojedziemy na Kerepesi. Proszę…

Kierowca odpowiedział:

– Dobrze, dziadku Motełe.

I nacisnął nogą na gaz.

Cmentarz Kerepesi w samym centrum Budapeszta jest na dużo starszym od Starego Żydowskiego. Także jest historycznym. Także pełen arcydzieł memorialnej sztuki, architektury, rzeźbiarstwa, malarstwa.

Ale Motełe jechał tam nie oglądać owe arcydzieła.

Tylko położyć drugi mały kamień, jaki miał w kieszeni czarnej marynarki, pod prosty kozacki krzyż z czarnego marmuru za monumentalną budowlą Nekropolisa.

Na krzyżu napis cyrylicą:

ЩЕПАНЮК ЛЕВКО БОГДАНОВИЧ

1904 – 1945

Pod krzyżem, jak pod macewą, nie ma szczątków. Są gdzieś w lesie blisko Równa, gdzie mały zagon Lewki stoczył swój ostatni bój z oddziałem NKWD.

A sam Lewko jest w Niebie.

……………………………………………………….

Ich jest dwunastu.

Dwunastu mężczyzn.

Według liczby klanów Izraela.

W różnym wieku (najmłodszy ma 41, najstarszy 90), ale jednego wyznania.

Stopień wtajemniczenia też jest jeden.

Haham.

Czyli mędrzec.

Oni stoją na cmentarzu miasteczka Cfat, w górach Galilei blisko granicy z Libanem. Ubrani na czarno. Garnitury, kapoty-łapserdaki, czarne tradycyjne kapelusze. Koszule są białe, bez krawatów. Brody, pejsy, tefilini. Pęzliki-cycot z pod marynarek. Talici z sinimi pasami.

Bo ta ziemia jest obiecana.

Wszyscy są gotowi do obrzędu.

Pulsa Denura.

W języku aramejskim „bicz ognia”.

Niektórzy mówia: „cios pioruna”.

Potężny facet z gęstą czarną brodą na szerokiej sytej twarzy patrzy na platynowy chronograf Uliss Nardin.

Dziesiąta wieczoru.

Pora.

Czarnobrody wydaje polecenie:

– Shoa, hewre!

Czyli: czas, przyjaciele.

Zaczyna odczytywać modlitwy w hebrajskim, w gwarze sefardów, czyli wschodnich Żydów, państwowy hebrajski Izraela jest wyłącznie w tej gwarze. W tym Szema Israel. Wszyscy mówią czas od czasu: omejn.

Nareszcie pauza.

Ot, teraz główne.

Aramejski tekst wszyscy odmawiają razem, głośnym chórem. Stoją krągiem, twarzami do środka kręgu, w którym jakiś grób z macewą.

Wśród aramejskich słów brzmią imiona gojów.

Tych w kogo ma uderzyć „bicz ognia”, „cios pioruna”:

…Jarosław Kaczyński, Andrzej Duda….

W chórze hahamów aramejski tekst z hebrajskimi nazwami powtarza najstarszy z obecnych.

Sędziwy starzec, chudy, z ogromnymi czarnymi oczyma nad śnieżnobiałą brodą.

On, jak wszyscy obecni tego wrześniowego wieczoru na cmentarzu w Cfacie, wyraźnie wymawia straszne słowa niszczącego przekleństwa unicestwienia, w języku aramejskim, według starożytnego rytu śmierci.

Lecz w sobie kilka razy mówi najsilniejszym w przyrodzie głosem myśli:

BĄDŹCIE POZDROWIENI I BŁOGOSŁAWIENI.

02.09.2015

Redakcja: Roma Krzewska

Konsultant: Juri Ponomarenko