Szanowni Państwo, dorwałem się do Portalu i znowu mój zwój prosty obudził Jednoosobowy Oddział Partyzantki Miejskiej im. Bgejtsa/Sdżopsa, który grafomaństwem się zajmuje kpiącym, podczas gdy Specyficzne Instytucje Internistyczne oraz Eksternistyczne w wysiłkach specyficznych nie ustają, by go spacyfikować poprzez unicztożenie ostateczne. Na razie penetrują metro. Teraz jest trudniej, bo powstała druga linia. Tak więc, dorwałem się do Portalu, mając nadzieję że PT Administrator straci cierpliwość za czas jakiś i zdążę troszeczkę pografomanić. Dziś przedstawiam tekst starszy, z tajnego archiwum Oddziału wydobyty, bo cisza huczy wokoło i wszyscy są szczęśliwi, a taśmy i troczki tak poplątały się, że Wielki Internista znów może ironią wielką inwentarz traktować w trelewizyjnym lansie. „Prawdziwa cnota krytyk się nie boi”, twierdził pewien Biskup, lecz nie przewidział poprawności politycznej. Dlatego też, śmiech jest najlepszym lekarstwem na przeraźliwie kochającą nas władzę. Mam też nadzieję, że PT Czytelnicy oraz PT Redaktorzy i Nadredaktorzy wybaczą mi idiosynkrazje, nieobyczajne sugestie, a także treść i formę. Oto, na wszelki wypadek dozwolona od lat osiemnastu,

Kolacja meneli – monolog czteroosobowy

Wzieli my rozłożyli kocyk na trawniczku koło śmietnika i do kolacji zasiedli, by podyskutować trochę o sprawach nas nurtujących i dlaczego Robole nas olewają. Zebrali się przedstawiciele jelity naszej kulturowej. Ja zasiadłem w  końcu kocyka, bo ktoś musiał dyskursom przewodzić. Po mojej lewej ręce siadła skromnie, w sukience artystycznie pomiętej i przylepnej, Panna Żulia, wielokrotna dziewica, feministka i maskulistka, autorka sloganów naściennych na ogół w języku obcym, która tęczy bronić chciała na trawce obok, ale kołtuńska władza zawiozła ją w miejsce, gdzie mydłem potraktować ją próbowali, lecz nie dała się i teraz siedzi z nami. Po mej prawicy spał i chrapał Jasio, co przygrywał nam czasem, jak fleta jakiegoś przydybał i w dziurę górną dmuchał. Dobry to był dyskutant: poglądy obalał szybko i skutecznie. Naprzeciwko mnie usiadł ktoś dawno niewidziany, płci niewiadomej, chociaż suknie miał nie do końca pomięte i poplamione, dzięki długo przez nas wyczekiwanej Ustawie Segregacyjnej, która dobrze pojemniki oznaczyła i materię suchą mieszać przestała z zaświnioną. Nie wiem, jak się nazywał, bo za każdym razem inne imiona podawał. Podobno zajmował się specyfikanctwem i porubstwem, a rują czasami, gdyż w wieku był postrębnym. Na kocyku dóbr doczesnych mieli my w bród: picze i chlebek zdobyty w zażartej walce z gawronami, a także „Sauce Spéciale mit Hühnchen in Kräutersauce” niejakiej Sheby, pozyskanej w sposób specyficzny spod wybitego okienka piwnicy przez Ktosia naszego, którego żadne miauczenia i fukania nie przerażały .W dłoni zaś, każdy z nas dzierżył napitek ulubiony, w plastikowej butelce z kolorową etykietką, o mocy zależnej od chluśnięcia linii produkcyjnej. Trzy siedemdziesiąt sztuka! Miesiąc okoliczne sortownie przetrząsali my, by potrzebną sumę pozyskać.

– Czas zacząć. – powiedziałem, wznosząc łyk za pomyślność – Nie uważacie, szanowni państwo, że WIBOR jest obecnie wyjątkowo korzystny dla gospodarki? Wzmacnia to, niewątpliwie, naszą walutę. WIG również wskazuje, że kryzys mija, a ciągły wzrost gospodarczy pozwala na podjęcie prac, zmierzających do uporządkowania systemu fiskalnego oraz obniżenia kosztów pracy, co – z kolei – umożliwi skuteczniejszą walkę z bezrobociem. Niepokoi mnie tylko dług publiczny, który nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. Wierzę jednak, że rząd nasz koalicyjny upora się z tym problemem w przyszłej, albo jeszcze w następnej kadencji. Wpłynie na to przede wszystkim malejąca liczba emerytów oraz dzietność społeczeństwa, obciążająca obecnie budżet państwa. Słyszałem, że nowe inicjatywy ustawodawcze, likwidujące pojęcie wieku emerytalnego oraz bezdzietność, problem ten rozwiążą ostatecznie. Zaiste! Mądra jest nasza władza i przewidująca! Opozycja nie ma szans, ponieważ nie rozumie rewolucyjnej idei polityczno-gospodarczej trwania oraz spowolnionego rozwoju regresyjnego wraz z agresywną polityką powstrzymywania. Społeczeństwo winno szerzej spojrzeć na sprawę, nim krytykować zacznie, a nie tylko panem żądać i na circenses narzekać. – zakończyłem kolejnym łykiem czci i miłości.

– Igrzyska…- westchnęła Żulia – To przecież podstawa sztuki i hedonizmu, a także zapowiedź tabloidyzacji myśli twórczej ludzkości. Zauważmy, iż obecnie celebrytą staje się, nie przez osiągnięcia twórcze, ale poprzez wygląd, pieniądze i znajomości, czyli czynniki, które umożliwiają skróconą kreację medialną. Nie trzeba więc, tworzyć dzieła nieprzemijające, pełne treści, wyrażonej w odpowiedniej formie, lecz wystarczy beztreść  przedstawić w odpowiedniej ikonie. Ostatnio czytałam u pewnego Pana na przystanku autobusowym książkę zadziwiającą, acz starą. Zamykała się w jednym dniu życia Blooma – tak nazywał się bohater – , który poprzez cały Dublin usiłował wrócić do domu. Ach, co to była za proza! Synergia formy i treści. Narracja personalna, zwana czasami strumieniem świadomości, ilustrująca stan umysłu i podświadomych działań bohatera swoją składnią i syntaktyką. Gdy, pod wieczór, Bloom był już zmęczony, pijany i dopadła go rezygnacja, zdania rwą się, mieszają i wybuchają pijacką czkawką. Ileż treści i znaczeń pojawia się u czytelnika! Dziś nie jest to możliwe. Wystarczy wyłącznie forma, bullet points oraz „żółty pasek”, tabloidyzujący tragedię i wagę zdarzeń, pomiędzy reklamami szamponów i biustonoszy. Słyszałam o drugiej książce tego samego autora, przetłumaczonej jako „tren” bohatera, chociaż uważam, że trafniejsze byłoby użycie rzeczownika „stypa”, gdyż jest to rzeczywiście zapowiedź stypy nad umierającą kulturą cywilizacji Homera, Horacego, Shakespeara oraz Ionesco, bądź Bułhakowa czy Leśmiana, Griffitha, Terry Gilliama, Bunuela… Liczy się tylko ilość kliknięć na ikonkę „Like”, umieszczanej pod ruchomymi obrazkami, często bez podpisu. I trudno się temu dziwić – Żulia podniosła pojemnik z napojem – przecież to kosztuje 3, 70 i można go dostać praktycznie wszędzie i zawsze. Kolorowe pisemko, gazeta z obrazkami, to dwa złote, telewizja jest praktycznie za darmo. Ile kosztuje książka? Ile bilet do teatru, na koncert, do kina? Jeść jeszcze trzeba, mieszkać, dzieci wychować. Przetrwać. Do tego wystarczą tabloidy. Są też wygodne, gdyż rzeczywistość kreują, zgodną z zapotrzebowaniem: prostą z demokratycznym obiektywizmem, dostępnym dla każdego, bez względu na to czy chce mu się myśleć, czy właśnie od myślenia się odzwyczaja. Wygodnie rządzić taką masą. – Westchnęła ponownie Żulia i napoiła westchnienie małym łyczkiem.

– Bzdura – obudził się Jasio – nie istnieje nic takiego, jak subiektywna lub obiektywna rzeczywistość, gdyż sam akt obserwacji, którym przecież mierzymy i katalogujemy naszą teraźniejszość wpływa na jej zmianę. Policzcie ile obserwacji takowych dokonuje się jednocześnie, gdyż obserwatorów może być nieskończenie wiele, tak jak i punktów obserwacji. Gdzież jest więc obiektywizm lub subiektywizm świata? Dlatego też, człowiek, zawsze dążący do jednoznaczności, utworzył ontologiczną protezę, zwaną Absolutem, którego transcendencja nie może być rozpatrywana w kategoriach rozumu, dlatego jest transcendencją. I tu dochodzimy do Kanta oraz Bułhakowa, odnosząc się do perspektywy obserwatora. Solipsyzm zaś, uważa, że istnieje tylko jednostkowy podmiot poznający, a świat jest wyłącznie zbiorem subiektywnych wrażeń owego podmiotu. Innymi słowy, gdy zamknę oczy tego śmietnika nie ma. Nie istnieje póki go znowu nie zobaczę. Ja jednak, zwolennikiem jestem kota w pułapce, który istnieje i nie istnieje jednocześnie. Żyje i nie żyje. Jest i go nie ma zarazem. Podobnie jak ów sławny bezpłatny podręcznik dla sześciolatków, za który rodzice płacić będą, jeśli maluch go zniszczy. Nikt jednak nie określił granicy pomiędzy zużyciem, a zniszczeniem. Podobnie jak płyn w tej butelce. Jest w niej – do ust gwint przytknął i płyn wygulgotał – i go nie ma – czknął – i jest jednocześnie, bo  krąży we mnie – raz jeszcze czknął i zasnął.

– „Jam stary człowiek u progu posuchy” – popisał się Ktoś erudycją – „w głębi ciemnego znalazłem się lasu” –dobił- Chciałbym poruszyć kwestie dotyczące naszej polityki histerycznego miotania się między Wschodem i Zachodem, implikacjach geopolitycznych, naszym bezpieczeństwie, kondycji tych, którzy nas bronią, kondycji tych, którzy nas żywią, lecz już nie bronią i dlaczego…Podyskutowałbym, ale ból świata straszny mnie dopadł..-zamilkł smutno.

-Ależ…- zacząłem, lecz przerwał mi nagły pisk opon przepięknej lymuzyny zagramanicznej, hamującej ostro przed śmietnikiem. Jeszcze jechała, gdy drzwi przednie obok kierowcy rozwarły się błyskawicznie i wyskoczył z nich barczysty, ostrzyżony na zero mężczyzna w garniturze, oczy miał przesłonięte czarnymi jak smoła okularami, w których cały śmietnik odbijał się zagadkowo. Wyskoczył, po czym rzucił się w kierunku drzwi tylnych, a gdy lymuzyna uspokoiła się nieco, otworzył je uniżenie, aż mu słuchawka z ucha wypadła i dyndała na drucie. Z lymuzyny dostojnie wydobył się Pan, w eleganckim, markowym garniturze, ze sklepu, gdzie na sztuki sprzedają, a nie na kilogramy. Znaliśmy jego twarz z trelewizji, którą czasem oglądaliśmy w sklepie RTV, kiedy ochroniarz poszedł do toalety. Pan przeciągnął się dostojnie, miny potrenował i sprężystym krokiem poszedł w kierunku bocznego wejścia do ekskluzywnego lokalu „Akustyczny Nietoperz i Spółka”. Widocznie był inkoguto. Droga prowadziła koło naszego kocyka. Pan zatrzymał się, nos zmarszczył, spojrzał niewidząco na nas i wrzasnął do muskularnego faceta:

– Co to, k…wa jest! Ochuj…ście, popier…leńcy!. To ja się, k…wa, na prywatny, k…wa, obiad udaję, by, k…wa, służbowe sprawy omówić z jednym pop…lonym, k…wa, palantem, a tu mnie jakiś pop…dolony inwentarz śmierdzi, k…wa!. K…wa! Ogarnąć mi to i zmieść, bo wam, k…wa, potop zrobię! –

Zniknął w drzwiach bocznych, a ja zobaczyłem atletę, mówiącego do rękawa i jednocześnie, kątem oka, Ktosia, który w odpadach zmieszanych kamuflował się doskonale. W jednej sekundzie pojawili się koło nas Strażacy Miejscy, Strażacy Graniczni, Służba Więzienna, Strażacy Państwowi, którzy kiedyś byli obywatelscy, lecz państwo i obywatel platformy nie stanowią, a w końcu Strażacy Pożarni z wielką sikawą i jeden Cywil, który głową wciąż kręcił i sowę przypominał. Tak pohukiwał.

Minęło kilka miesięcy. Słyszałem, że pannę Żulię domyto, a ona pod wpływem tej traumy do czyjegoś ruchu wstąpiła, założyła Konserwatywną Sektę Wojujących Feministek Hedonistycznych i w wyborach startuje. Hasła muralne może teraz głosić bez obawy, bo immunitet ją dopadł. Jasio obudził się w końcu. Na schodach filharmonii. Wszedł do środka i wpadł w ekstazę, gdyż jest tam dużo fletów. Szczególnie w balecie. Ktosia wywieźli na wysypisko. Tak się zakamuflował. Podobno pojawia się wirtualnie lub osobiście, specyfikując ptactwo, koty i emerytów. Wkurza to Specyficzne Instytucje, Jedna , – ta, która udaje, że jej nie ma, bo taki ma kamuflaż – rozprawę z nim wszczęła na całego. Prawie Pierwszy wezwał Przędziorka z Żukiem i czytelnika zbiorowego, w skład którego weszli Stefan Karol Olo Nikodem Franek Urban Natalia Darek Onufry Wojtek Adam Narcyz Yjanek, mocno skonfundowanego nasłał na Ktosia. Dorwą go teraz. To tylko kwestia czasu.

A ja? Cóż…siedzę wśród peryferyjnych blokowisk, gdzie zsypy zabito, a pojemniki zamknięto za solidnymi kratami. Siedzę, patrzę przez kratę na dobra wszelakie i tęsknię za naszą ostatnią kolacją. Ale nic to! Grunt, że WIBOR jest korzystny, a WIG ciągle wzrasta.

Ceterum censeo Carthaginem delendam esse.

Piotr Wroński

Piotr Wroński - fot. Julita SzewczykPułkownik Piotr Wroński, pracownik I Departamentu SB, a w III RP oficer UOP i Agencji Wywiadu jest autorem powieści z kluczem „Spisek założycielski. Historia jednego morderstwa” odsłaniającej kulisy działalności bezpieki, w tym m.in. morderstwa bł. ks Jerzego Popiełuszki.