Wczesnym rankiem 11.06.2015 opuściliśmy Puno, aby udać się w kierunku granicy z Boliwią. Mieliśmy ją przekroczyć pieszo w miejscowości Desaquadero. W Puno zostawiliśmy w hotelu znaczną część swoich rzeczy, zabierając tylko niezbędne, ponieważ po trzech dniach pobytu w Boliwii mieliśmy tu wrócić. Miasto liczy sobie 180 tys. mieszkańców i nie jest zbyt ciekawe. Charakteryzuje go 300 dni słonecznych w ciągu roku. Jechaliśmy wzdłuż brzegów jeziora Titicaca, najwyżej położonego i największego, żeglownego jeziora na świecie. Widoki porażają swym pięknem, majestatem, niepowtarzalnym zapachem niesionym przez wiatr i magiczną atmosferą tego miejsca. Tego nie można opisać. Żadne nawet najbardziej profesjonalne zdjęcie tego nie odda. To trzeba obaczyć osobiście. Jego wody zasila 7 rzek, w którym żyje 5 gatunków małych rybek. Rybka karachi oczyszcza jezioro ze ścieków. Ponieważ w jeziorze nie ma dużych ryb, zarybia się pstrągiem, którego mięso jest różowe, kolorem zbliżone do mięsa łososia. Dane nam było kilkakrotnie go spróbować jest, przepyszne.
Duży wkład w rozwój regionu miał Polak Władysław Fakwierski. (o ile dobrze zapisałam to nazwisko) To on przyczynił się do powstania żeglugi na jeziorze Titicaca. W 1862 roku z Anglii sprowadzał statki w kawałkach do jednego z portów morskich Peru opłynąwszy Przylądek Horn. W porcie zostały one rozłożone na 2800 części, a następnie przy pomocy mułów, przetransportowane nad jezioro. W czasie tej podróży zmagał się z wieloma trudnościami logistycznymi, jednak najgorsza była choroba wysokościowa, na którą podobnie jak ludzie chorowały zwierzęta. Ten gigantyczny wysiłek stworzył podwaliny pod rozwoju handlu na tym terenie.1
Jadąc do granicy peruwiańsko-boliwijskiej mijaliśmy wsie i osady o specyficznej budowie domów. W zagrodzie nie ma mieszkań w naszym rozumieniu. Każdy pokój stoi, jako osobny budynek i jest otoczony murem z kamieni. Wśród zagród stoją ubikacje koloru niebieskiego lub zielonego w kształcie dawnych „sławojek”, jakie były na polskich wsiach przed laty. Mimo, że jeszcze około 30% ludności nie ma dostępu do prądu i kanalizacji, to w ciągu ostatnich 12 lat dokonał się olbrzymi skok cywilizacyjny.
Zanim dojechaliśmy do granicy zwiedziliśmy dwa bardzo ciekawe miejsca. Była to wizyta w wiosce Chucuito, znanej z posążków fallicznych umieszczonych w miejscowej świątyni zwanej potocznie „świątynią płodności”. Powstanie jej związane było to z małą płodnością w górach. Z powodu wysokości następuje zanik plemników u mężczyzn, a kobiety przestają miesiączkować. Nawet na wieży pobliskiego kościoła zamiast krzyża umieszczony jest posążek falliczny.2327
Następnym fascynującym miejscem była wioska Pomata, gdzie znajdował się kościół dominikanów z szybami wykonanymi z przezroczystego alabastru. Kościół powstał na miejscu dawnej indiańskiej świątyni pumy. Piękne położenie tego zabytku, nieopodal zatoki jeziora Titicaca nadawało mu niezwykłego uroku. W środku wszędzie były informacje, że fotografować wnętrza nie można, ale strażnik oświadczył, że za drobną sumę na ofiarę można fotografować do woli. Co też uczyniliśmy.2541
Jadąc i podziwiając przepiękne jezioro oraz położoną po drugiej stronie Kordylierę Królewską, dotarliśmy do granicy peruwiańsko-boliwijskiej w Desaquadero. Po stronie peruwiańskiej straciliśmy trochę czasu w kolejce do odprawy paszportowej z powodu zawieszania się komputerów. Następnie wymiana dolarów na boliviano i kolejna kolejka, tym razem do odprawy paszportowej po stronie boliwijskiej. Była dużo dłuższa niż po stronie peruwiańskiej. Następnie przesiadka do autokaru boliwijskiego, który nie był tak wygodny jak peruwiański, ponieważ nie miał tak doskonałej klimatyzacji, ale nie był najgorszy.3
Zanim dotarliśmy do La Paz zwiedzaliśmy jeszcze pozostałości tajemniczego miasta Tiahuanaco, największego ośrodka kultury andyjskiej z czasów prehistorycznych, z V w. p. n.e. Ale o tym już w następnym odcinku.5118