Dzień przed degradacją Latkowskiego, rozmawiałem na „fejsie” z Michałem Lisieckim oraz Matthew Tyrmandem. Ten pierwszy stwierdził, iż  idę w nieco złym kierunku, zaś ten drugi – że byłoby to najlepsze rozwiązanie, gdyby został redaktorem naczelnym. Niestety musiałby nauczyć się języka polskiego.

Dwa tygodnie po opublikowaniu przez „Wprost” stenogramów z podsłuchów kelnerów i węglarzy, spotkaliśmy się z Michałem Lisieckim w Szczecinie. Lisiecki znalazł się w sytuacji Hamleta: to be or not to be. Nikt nie mógł wtedy oszacować rozsądnie skutków afery taśmowej. Mogła ona grozić całkowitą destabilizacją państwa. Z drugiej strony, taśmy stanowiły skuteczne narzędzie pokazania społeczeństwu, że nastał najwyższy czas na odsunięcie od władzy skorumpowanych polityków ze wszystkich opcji partyjnych.

Rozwój afery uruchomił procesy publicznego kojarzenia Tygodnika z Prawem i Sprawiedliwością. Część społeczeństwa zinterpretowała działania „Wprost” jako próbę „dołożenia” Tuskowi i Komorowskiemu. Aby przerwać sedymentację w świadomości czytelników takiego wizerunku „Wprost”, Lisiecki musiał odsunąć Latkowskiego. Nie wybrał Tyrmanda (bo nie zna języka polskiego); postawił na Wróblewskiego.

Lisiecki w swoim komunikacie po zwolnieniu Latkowskiego ze stanowiska redaktora naczelnego miał śmiałość użyć wyklętego słowa „liberalizm”. Biskupi i Episkopat oskarżali liberałów o „walcowanie Europy”, porównywali ich z Szatanem. W porównaniu z Tomaszem Lisem, który czasami, jak  wydaje się,  boi nazwać siebie liberałem, ma tę odwagę, nie wstydząc się użycia tego słowa.

Media informują, że kilkunastu dziennikarzy „Wprost” zwróciło się z zapytaniem do wydawcy tego tygodnika  o to, czy podczas spotkań z funkcjonariuszem ABW przekazywał mu teksty prasowe przed ich publikacją. Powołując się na słowa nowego redaktora naczelnego Tomasza Wróblewskiego, portale branżowe upowszechniają plotkę, iż wielu dziennikarzy zamierza zerwać współpracę z grupą medialną Lisieckiego. O co w tym szumie informacyjnym chodzi?

Zmiany we wprost funkcją zmiany linii politycznej pisma

Po operacji wymiany redaktora naczelnego, Lisiecki oznajmił, że jest ona powodowana względami politycznymi i zmianą linii programowej pisma. Lisiecki chce, aby „Wprost” stało się najbardziej opiniotwórczym tygodnikiem w Polsce i najlepszym promotorem liberalizmu gospodarczego i przedsiębiorczości.

Przed zmianami na stanowisku redaktora naczelnego napisałem tu:

Tygodniki opinii w Polsce nie są obiektywne, gdyż reprezentują interesy polityczne określonych grup wpływu. Mamy więc pisma reprezentujące interes  partyjny PiS, ale także PO. Inne media balansują pomiędzy dwoma opozycyjnymi interesami. Na przykład, „Gazeta Wyborcza” chce „pieścić” zarówno Kopacz i Komorowskiego jak i Palikota i Hartmana, a nawet Millera. Kogo więc po zmianach personalnych  ma „pieścić” tygodnik Lisieckiego?  Wydaje się, że przedmiotem medialnych pieszczot będzie nowa formacja prawicowa. W obecnej sytuacji, niektóre „think-tanki” obstawiają katastrofę frekwencyjną jesiennych wyborów do Sejmu. Dlatego Lisiecki przygotowuje się z „produkcją nowego wyrobu medialno-politycznego”. Ma nim być treść reprezentująca „zdeklerykalizowany” kompleks liberalno-konserwatywnych wartości i interesów.

Nowy redaktor naczelny ma więc zająć się promowaniem wartości liberalno-gospodarczych. Czy tylko?

Kulisy motywacji Lisieckiego

Dzień przed degradacją Latkowskiego, rozmawiałem na „fejsie” z Michałem Lisieckim oraz Matthew Tyrmandem. Ten pierwszy stwierdził, iż  idę w nieco złym kierunku, zaś ten drugi – że byłoby to najlepsze rozwiązanie, gdyby został redaktorem naczelnym. Niestety musiałby nauczyć się języka polskiego.

Dwa tygodnie po opublikowaniu przez „Wprost” stenogramów z podsłuchów kelnerów i węglarzy, spotkaliśmy się z Michałem Lisieckim w Szczecinie. Rozmawialiśmy przez ponad dwie godziny, komentując ówczesną sytuacje polityczną w kraju. Lisiecki już wtedy był świadomy tego, że jeśli w 2015 r. PiS dojdzie do władzy, to większość liberalnych tygodników opinii zostanie pozbawionych lwiej części funduszy reklamowych pochodzących z budżetu i korporacji z udziałem skarbu państwa. Akcja „Wprost” nie miała więc charakteru politycznego w tym sensie, że była zamówiona przez Kaczyńskiego i jego akolitów. Celem upublicznienia podsłuchów było uświadomienie społeczeństwu „bagna politycznego”, w jakim znalazł się kraj i uwrażliwienie go na zwracanie uwagi na łamanie demokratycznych, liberalnych standardów.

Lisiecki nie wiedział, kto za podsłuchami stoi, jakie jest źródło wycieku (czytaj tutaj). Czy Latkowski jest agentem jakiejś grupy, która chce dokonać destabilizacji kraju, szczególnie w kontekście wojny Putina z Ukrainą? – padło takie pytanie. Pamiętam, iż wyraziłem wówczas przekonanie, że z pewnością warto mieć „jakiś kontakt z ABW”. Ostatecznie jest to instytucja, której zadaniem jest strzeżenie naszego bezpieczeństwa (czytaj więcej).

Lisiecki znalazł się w sytuacji Hamleta: to be or not to be. Nikt nie mógł wtedy oszacować rozsądnie skutków afery taśmowej. Mogła ona grozić całkowitą destabilizacją państwa. Z drugiej strony, taśmy stanowiły skuteczne narzędzie pokazania społeczeństwu, że nastał najwyższy czas na odsunięcie od władzy skorumpowanych polityków ze wszystkich opcji partyjnych.

Rozwój afery uruchomił procesy publicznego kojarzenia Tygodnika z Prawem i Sprawiedliwością. Część społeczeństwa zinterpretowała działania „Wprost” jako próbę „dołożenia” Tuskowi i Komorowskiemu. Aby przerwać sedymentację w świadomości czytelników takiego wizerunku „Wprost”, Lisiecki musiał odsunąć Latkowskiego. Nie wybrał Tyrmanda (bo nie zna języka polskiego); postawił na Wróblewskiego.

Lisiecki sygnalizuje mediom coś ważnego

Jeśli jesienne wybory do Sejmu wygra Kaczyński i Macierewicz, to jaki los czeka  „Newsweek”, „Gazetę Wyborczą”, „Politykę” i „Wprost”? Lisiecki jako pierwszy postawił sobie to pytanie. Wymienił redaktora, gdyż wie, że po dojściu do władzy brunatnej, ksenofobicznej, prorosyjskiej, narodowej prawicy, Latkowskiego i jego jako promotora tego pierwszego czekałby los słynnego Agenta Tomka. Po aferze Durczoka, media przypisały Latkowskiemu wizerunek „macho medialnego”, który nieestetycznie bawi się z ludźmi, zaglądając  im do alkowy. Lisiecki nie chciał skończyć jak Agent Tomek. Dokonał wolty, aby pokazać liberalnym środowiskom, że nadal jest liberałem.

Akcja wydawcy Tygodnika „Wprost” ma dodatkowy wymiar. Otóż, Lisiecki pokazuje, że liberalne media powinny w sposób zdecydowany zacząć promować wartości liberalne. Lisiecki apeluje zarówno do Tomasza Lisa jak i Adama Michnika. Jeśli kluczowe media opinii w Polsce zajmą się promocją właściwych ludzi w polityce, to być może  podczas jesiennych wyborów do Sejmu PiS nie osiągnie wyniku pozwalającego mu na zdobycie władzy politycznej.

Wydaje się, że środowiska liberalne całkowicie nie rozumieją obecnej sytuacji politycznej w kraju.  Ostatni felieton Cezarego Michalskiego o rozsypce lewicy jest wyraźnym przykładem braku umiejętności analizowania sceny politycznej w kraju. Michalski nawołuje do jednoczenia lewicy pod szyldem Nowackiej i Kalisza, a także Napieralskiego, Kwiatkowskiego i Siwca. Nie rozumie, że z wyborów na wybory spadkobiercy PZPR osiągają coraz gorsze wyniki. Polskie społeczeństwo nie lubi lewicy; nie lubi słowa „lewica”. Lisiecki pokazuje, że nastał czas na lansowanie liberałów i wartości liberalnych. Czy ma rację?

Liberalizm nie jedno ma imię

Wielu publicystów, z powodu swojego głębokiego niedouczenia, myli liberalizm z socjalizmem, wkładając do jednego worka wyznawców Karola Marksa i Karla Poppera. Róznice pomiędzy socjalistami a popperystami są głębsze, niż różnice pomiędzy popperystami i konserwatystami liberalnymi (neokonami).

Rzecz jasna, w polityce mamy dwa rodzaje liberalizmu: liberalizm woli oraz liberalizm rozumu. Zgodnie z pierwszym, najświętszą wartością jest prawo do ekspresji woli jednostki oraz prawo do implementacji jej potrzeb, wartości i interesów. Ten rodzaj liberalizmu ostatecznie prowadzi do konstatacji, iż silniejszy ma rację, bo lepiej wyraża i implementuje projekty swojej woli. Zgodnie z drugim liberalizmem, najświętszą wartością jest prawo do kreacji własnych narracji (opowieści na temat świata) i ich ekspresji, unikającej – według imperatywu kategorycznego Kanta – kolizji z innymi subiektywnymi narracjami (gdyż nikt nie posiada ostatecznej racji). Liberalizm rozumu promuje aktywność hermeneutyczną rozumu (a nie woli) jednostki, czyli jego kompetencję do kreowania najróżniejszych interpretacji świata życia społecznego.

Lisiecki apeluje do opiniotwórczych mediów o promocję liberalizmu rozumu, a nie woli. Tylko bowiem z wolności rozumu do stwarzania wiedzy społecznej (w najszerszym rozumieniu) i jej krytyki, rodzi się przedsiębiorczość.

Puenta

Lisiecki w swoim komunikacie po zwolnieniu Latkowskiego ze stanowiska redaktora naczelnego miał śmiałość użyć wyklętego słowa „liberalizm” (czytaj tutaj). Biskupi i Episkopat oskarżali liberałów o „walcowanie Europy”, porównywali ich z Szatanem. W porównaniu z Tomaszem Lisem, który czasami, jak  wydaje się,  boi nazwać siebie liberałem, ma tę odwagę, nie wstydząc się użycia tego słowa. Jestem liberałem (pisałem tutaj).

***

Znajdziesz mnie również tutaj:

1. Krzysztofiak: Blog Globalny

2. Ruch Racjonalny

3. Fanpaage Ruch Racjonalny na Facebook’u TUTAJ.

Wojciech KrzysztofiakWojciech Krysztofiak (autor prac naukowych w czasopismach Listy Filadelfijskiej: „Synthese”, „Husserl Studies”, „Axiomathes”, „Semiotica”, „Filozofia Nauki”, „History and Philosophy of Logic”, „Foundations  of Science”; uczestnik Seminarium filozoficznego w Paryżu, z okazji wstąpienia POLSKI do Unii Europejskiej; stypendysta: The Norwegian Research Council for Science and the Humanities, The Soros Foundation-Open Society Institute, od 2014 członek Honorary Associates Rationalist International).