Znowu fanfary, znowu triumfalne miny, znowu wielkie zwycięstwo na wykresach. „Zjednoczona Prawica wygrywa!” — ogłaszają jedni, a drudzy już widzą powrót do władzy.
Spokojnie. Zanim zaczniecie dzielić stanowiska, przypomnijcie sobie rok 2023.
PiS zdobyło wtedy najwięcej głosów spośród pojedynczych komitetów, ale nie zdołało utrzymać władzy. Dlaczego? Bo najlepszy wynik wyborczy nie oznacza automatycznie większości parlamentarnej.
I tu zaczyna się prawdziwy problem.
Bo polityka to nie konkurs na to, kto głośniej krzyknie „zwycięstwo”. To umiejętność liczenia głosów, prowadzenia rozmów i budowania porozumień. Można mieć wyborców, można mieć poparcie, można mieć nawet największy klub w Sejmie — ale jeśli nie ma się z kim rozmawiać, zostaje się z tym zwycięstwem… na ławach opozycji.
A jeśli zamiast szukać partnerów do współpracy, woli się ich obrażać, upokarzać i publicznie nazywać zdrajcami, to trudno oczekiwać, że ustawią się w kolejce do wspólnego rządzenia.
Koalicjant to nie wróg, którego trzeba pokonać. To partner, bez którego możesz nie zdobyć większości.
Dlatego zanim ktoś kolejny raz ogłosi polityczny triumf na podstawie sondażu, proponuję odrobinę matematyki i nieco mniej pychy.
Sondaż nie powołuje rządu. Telewizyjny wykres nie daje większości. A polityczne obrażanie się na wszystkich wokół nie jest strategią.
Władzy nie zdobywa się samym przekonaniem, że się na nią zasługuje. Trzeba jeszcze umieć ją zbudować.
Rok 2023 już to pokazał. Pytanie, kto wyciągnął z tej lekcji wnioski.
A może niektórzy wolą najpierw świętować, a dopiero później liczyć? 😉
Największym błędem jest narracja zdrady. Dlaczego? Bo polityka nie zawsze polega na tym, że wszyscy muszą iść jedną drogą.
Bywało przecież, że ludzie odchodzili z PiS, a później wracali do współpracy i dziś tworzą Zjednoczoną Prawicę. Czasem odejście, rozłam albo zbudowanie własnego środowiska jest konieczne, żeby coś zmienić, zwrócić uwagę na problemy i znaleźć nowe rozwiązania.
Dlatego nie każdą różnicę zdań należy od razu nazywać zdradą. Nie każdy, kto odchodzi, staje się wrogiem. Nie każda samodzielna decyzja oznacza działanie przeciwko wspólnemu celowi.
Bo taka narracja nie kończy się tylko na ostrych słowach polityków. Ona zaczyna żyć własnym życiem. Ludzie powtarzają oskarżenia, przenoszą je do codziennych rozmów i coraz bardziej dzielą się na „lojalnych” oraz „zdrajców”. Zamiast sporu o program pojawia się prawdziwa, nienawistna wrogość.
A to może się dla prawicy źle skończyć. Trudno budować silne środowisko polityczne, jeśli każdy, kto myśli inaczej albo wybiera własną drogę, jest natychmiast przedstawiany jako wróg. Taki język niszczy zaufanie, zamyka możliwość rozmowy i sprawia, że dawni współpracownicy zaczynają traktować się jak nieprzejednani przeciwnicy.
Polityka to także rozmowa, negocjacje i szukanie porozumienia. Jeśli ktoś dziś jest poza jednym ugrupowaniem, nie oznacza to, że jutro nie może współpracować z ludźmi, z którymi wcześniej działał.
Największym błędem jest zamykanie sobie drogi do współpracy przez obrażanie, upokarzanie i rzucanie oskarżeń o zdradę. Bo kiedy przychodzi czas budowania większości, może się okazać, że dawni współpracownicy są potrzebni bardziej, niż wcześniej się wydawało.
Czasem trzeba się różnić, żeby coś zmienić. Czasem trzeba odejść, żeby móc wrócić do rozmowy na nowych zasadach. A czasem właśnie dzięki takim decyzjom powstają szersze porozumienia.
Dlatego zamiast ciągle dzielić ludzi na lojalnych i zdrajców, warto patrzeć szerzej. W polityce liczy się nie tylko to, kto z kim był wczoraj, ale także kto potrafi współpracować jutro.
Nie każda różnica jest zdradą. Czasem jest początkiem zmiany. A jeśli prawica nie przestanie podsycać wzajemnej nienawiści, może przegrać nie z powodu braku poparcia, lecz dlatego, że sama zniszczy zdolność do współpracy.
Nie grzechem jest popełniać błędy, ale jeżeli z tych błędów nie wyciąga się wniosków…
Co o tym sądzicie?
Zostaw komentarz