Nadszedł nasz ostatni dzień pielgrzymowania po Armenii. Po noclegu w Erewaniu wyruszyliśmy zwiedzać miejsca i klasztory w niedalekim jego sąsiedztwie. Po raz kolejny podziwiamy zielone ulice tego pięknego miasta, i widzimy górujący nad miastem monumentalny pomnik Matki Armenii.

Po drodze słuchaliśmy opowiadań naszego przewodnika Tatula o sytuacji ekonomicznej kraju. Po upadku ZSRR wiele zakładów i fabryk przestało istnieć. Niektóre zostały przerobione na magazyny, inne na hotele. 90 tysięcy ludności wyemigrowało za pracą. Najczęściej do Rosji. Oficjalnie jest 17% bezrobotnych. Średnia krajowa zarobków w Armenii wynosi w przeliczeniu około 300 dolarów, emerytury zaś kształtują się w granicach 150-170 dolarów.

Przejeżdżaliśmy przez wioskę którą dotknęło zjawisko osuwania się ziemi. Widzieliśmy osunięte domy i płoty, ale ludzie którzy przeżyli tu całe życie nie chcą opuszczać swojej ziemi.

Dotarliśmy do trójkątnego płaskowyżu na którym znajduje się wioska Garni, położona około 30 km na wschód od Erywania. W II i III wieku znajdowała się tu twierdza i rezydencja królów, po której pozostała tylko jedna ściana. Archeologiczne badania ujawniły, że ten niewielki płaskowyż zamieszkany był już od IV tysiąclecia p.n.e. i jest jednym z najstarszych miejsc w Armenii zamieszkanych przez ludzi. Obecnie żyje tu około 9 tys. mieszkańców.

Podczas największego trzęsienie ziemi jakie nawiedziło wioskę w 1679 r. zniszczeniu uległo wiele budowli. Archeolodzy odkopali pozostałości twierdzy, pałacu królewskiego, sali kolumnowej, świątynia pogańskiego boga Słońca – Mitry z I w n.e. oraz chrześcijańskiego kościoła z VII w.17

Świątynia Mitry jest zbudowana z bazaltowych głazów metodą „suchego układania”, bez żadnego spoiwa, zastąpiono je żelaznymi klamrami zalewanymi w miejscach ich zagłębienia w bazaltowe skalne bloki i kolumny ołowiem.

Gdy weszliśmy na teren wykopalisk, zrobiła ona na wszystkich niesamowite wrażenie, ponieważ zamiast klasycznej ormiańskiej świątyni przed sobą zobaczyliśmy przepiękną antyczną świątynię grecko-rzymską z I wieku n.e. z czasów cesarza Nerona. Wyglądem przypomina ateński Partenon, z tą różnicą, że jest mniejsza i zamiast białego marmuru zbudowana jest z miejscowego bazaltu. Będąc w środku zastanawiałam się jak przebiegał ceremonia składania ofiar Mitrze, jak wyglądali kapłani sprawujący obrzędy i ludzie biorący w niej udział.
39

Po opuszczeniu świątyni zwiedzaliśmy zachowane jedynie na poziomie fundamentów pozostałości po pomieszczeniach pałacowych oraz innych budowlach. Między innymi widzieliśmy pozostałości królewskiej łaźni z mozaikową podłogą, która była zabezpieczona szybą.

Następnie udaliśmy się do powstałego w IV wieku klasztoru Gerhard, założonego przez św. Grzegorza Oświeciciela na miejscu przedchrześcijańskich miejsc kultu. Zachowane do dziś obiekty pochodzą z XIII wieku. Dokładna nazwa klasztoru, to Gehardawank czyli Klasztor Włóczni. Jest on miejscem, gdzie był przechowywany w okresie średniowiecza grot włóczni, którą podobno przebito bok Chrystusa na krzyżu. Ormianie wierzą, że został on przywieziony przez apostoła Judę Tadeusza. Obecnie grot ten jak i kawałeczek deski z Arki Noego znajdują się w małym przyklasztornym muzeum w Eczmiadzynie. Mieliśmy okazję oglądać te największe relikwie kościoła Ormiańskiego. 5132

Na tle surowych skał pięknie się prezentuje najstarszy, a równocześnie główny kościół wzniesiony w 1215 r. Klasztor jest wielopoziomowy, szczególną atrakcją są pomieszczenia kute przez 20 lat w litej skale. Możemy podziwiać tę koronkową, misterną robotę, ściany i chaczkary jakby wydziergane z włóczki.
496777

Podziwiamy kaplicę zwaną „basenem” z uwagi na będące w niej źródło wody. Następnie weszliśmy piętro wyżej, do grobowca księcia Papaka i księżniczki Ruzukan Znajduje się on w dużej sali wykutej w XIII wieku charakteryzującej się znakomitą akustyką. Sala jest tak zbudowana, że są w niej przebite otwory do dolnych pomieszczeń, tak żeby śpiew chóru był w nich dobrze słyszany. Współcześnie również występują w nim chóry. Mieliśmy okazję podziwiać występ jednego z nich. Słuchaliśmy wspaniałych pieśni, które jeszcze teraz brzmią w moich uszach.
100119
120

Po wyjściu na zewnątrz podziwialiśmy zabytkowe chaczkary, a przechodząc przez mostek nad przepływającym w pobliżu strumieniem zachwycaliśmy się skałami i niewielkimi jaskiniami. W jednej z nich byliśmy. Schodząc w dół do miejsca parkowania naszego autokaru zatrzymaliśmy się przy straganach, gdzie sprzedawano tradycyjne ormiańskie ciasto zwane gata. Jest ono okrągłe, podobne do kołacza, próbowaliśmy go, a niektórzy z naszej grupy go kupili.
140157

Wracając do Erewania prowadziliśmy luźne rozmowy. Przewodnik Tatul opowiadał nam różne ciekawostki okraszane dowcipami. Tak jak co dzień podczas jazdy był też czas na modlitwę i śpiewanie religijnych pieśni.

Latem w Armenii jest bardzo gorąco, często w Erewaniu temperatura przekracza +40 st. C. Ulgę przynosi to, że tonie on w zieleni, oraz, że znajduje się tam duża ilość basenów w których można się ochłodzić. Natomiast zimą na niektórych obszarach temperatura spada do -40 st. C.

Przejeżdżaliśmy przez dzielnicę, w której państwo wybudowało specjalnie domy dla nauczycieli i pracowników naukowych. Jest to dzielnica ekskluzywna, wyżej położona i dzięki temu latem upały tak nie doskwierają.

Jak opowiadał nam Tatul, dzieci ormiańskie uczą się obowiązkowo języka ormiańskiego, angielskiego i rosyjskiego. Inne języki mogą sobie wybrać nieobowiązkowo. W szkole jest również obowiązkowa nauka szachów do klasy IV szkoły podstawowej. To chyba jest przyczyną tego, że szachiści ormiańscy należą do ścisłej światowej czołówki, a Garri Kasparow i Tigran Petrosjan byli mistrzami świata.
949

Po przejechaniu przez ekskluzywną dzielnicę zatrzymaliśmy się przy fabryce koniaków „Ararat”. Będąc w Armenii nie sposób ominąć tego miejsca i nie spróbować tego wspaniałego, sławnego trunku, będącego wizytówką Armenii. Fabrykę założył w 1887 roku Mikołaj Tairian na miejscu dawnej Twierdzy Erewańskiej. Kolejny właściciel Mikołaj Szustow w roku 1900 prezentował na targach w Paryżu wyrób tej fabryki. Trunek ten dostał nie tylko Grand Prix ale również prawo do bycia określanym mianem koniaku. Na długiej liście wielbicieli koniaku „Ararat” był sir Winston Churchil jak i Józef Stalin. Po fabryce oprowadzała nas bardzo miła dziewczyna mówiąca biegle po polsku. Poznaliśmy historię fabryki. Opowiadała nam jak produkuje się ten koniak, zobaczyliśmy narzędzia do jego produkcji, sposób leżakowania. Mogliśmy podziwiać umieszczone w gablotach eksponaty sprzed wielu lat. No i na koniec degustacja.
66111

Koniak od wieków uchodzi za produkt luksusowy. Dojrzewa w beczkach, produkowanych tylko z jednego lub dwu gatunków dębu i to z jednego regionu. Oprócz tego dąb musi spełniać także inne warunki: mieć 100 lat, być zdrowy i prosty. Drewno takie cięte jest na kloce wysokości beczki, rąbane na kawałki i suszone przez kilka lat. Beczki wytwarzane i naprawiane są ręcznie, narzędziami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie.

Ponieważ jest specyficznym alkoholem, wymaga też odpowiedniego traktowania. Nie powinien służyć do wznoszenia toastów i wypijania kolejnych szybkich kolejek niczym tradycyjna „czysta”.

Najlepiej delektować się nim po obiedzie lub kolacji, w specjalnych kieliszkach o kształcie tulipana. Kiedyś trzymano je za czaszę, by ciepło dłoni podgrzało trochę trunek. Dziś panuje opinia, że koniak wcale nie potrzebuje takiej „pieszczoty”.

Pije się go małymi łyczkami, w temperaturze pokojowej bez lodu, oliwek czy cytryny, przegryzając kawałkami owoców lub gorzką czekoladą. Dowiedzieliśmy się, że o wieku tego trunku świadczy jego kolor. Im ciemniejszy tym starszy. Można również go ustalić potrząsając delikatnie kieliszkiem i przytrzymując go pod skosem tak by po ściance kieliszka spływały krople w dół. Im wolniej spływają, tym jest on starszy.149
133

Na jakość koniku wpływa przede wszystkim kupażowaniu, czyli mieszaniu destylatów pochodzących z różnych roczników. Ta umiejętność decyduje o smaku i aromacie napoju, a w efekcie – także jego cenie.
Jest świetną lokatą kapitału. Butelka Remy Martin Black Pearl, która w kwietniu 2012 roku została sprzedana na aukcji za równowartość 65,5 tys. zł. Miesiąc później jej cena wzrosła do 75 tys., a w listopadzie 2013 r. – do 85 tys. zł.
W galerii z koniakami widziałam butelkę za 275 tys. dramów armeńskich.
64

Przechowywanie alkoholu po otwarciu butelki również wymaga uwagi. Trunek dobrze znosi pozostawienie do „następnej okazji”, choć znawcy zalecają, żeby przelewać go do mniejszych butelek lub karafek (najlepiej z ciemnego szkła), ponieważ dostęp powietrza i światła może wpłynąć na właściwości napoju. Warto także zapewnić mu schronienie pozbawione dostępu słońca. 151153

Po zwiedzaniu fabryki i degustacji był czas na dokonanie zakupów. Wybór był szeroki ale i ceny astronomiczne, dużo wyższe niż w sklepach i marketach. Ale cóż produkt wprost od producenta ma swoją klasę i cenę.
48

Wróciliśmy na chwilę do hotelu, aby zostawić zakupione rzeczy i wyruszyliśmy na dalsze, ostatnie już przed wyjazdem zakupy, aby wydać pozostałe dramy. Mamy po raz ostatni możliwość zakupu świeżych i kandyzowanych owoców, serów i przypraw w krytym bazarze lub na ryneczku pod gołym niebem pamiątek z drewna i obsydianu.
8169

Wieczorem pojechaliśmy na uroczystą kolację pożegnalną. Przy stołach zastawionych ormiańskimi potrawami, winie i licznych toastach miło żegnaliśmy się z naszym przewodnikiem Tatulem i Armenią. Przyjemnie było spędzać te ostatnie chwile w gronie przyjaciół. Wszyscy żałowaliśmy, że czas naszego wspólnego pielgrzymowania tak szybko się skończył i czas wracać do kraju. Wszyscy mamy nadzieję, że w przyszłym roku znów gdzieś wspólnie wyruszymy. Nasz niezastąpiony ksiądz Józef na pewno coś wymyśli. A po kolacji krótki odpoczynek w hotelu, pakowanie rzeczy i około godz 02.00 po północy transfer na lotnisko. Około 3 godzin lotu i przybyliśmy na Okęcie. Do następnego spotkania przyjaciele.78
4041
23

Foto:Liliana Borodziuk,Zdzisław Borodziuk