Kiedyś poprosiłem ludzi o podzielenie się wspomnieniami. Niektórych historii nie da się jeszcze dziś opublikować. Może kiedyś doczekają się swojego czasu.

Na początku lat osiemdziesiątych dziadek trafił do szpitala. Po wielu perturbacjach trafił na północ polski i tam się osiedlił. Dolegliwości żołądkowe które mu dolegały nie były do wyleczenia w konwencjonalny sposób.
Przydzielono go do kilkuosobowej sali. Po udanym zabiegu miał problemy ze snem. Jednym z pacjentów był starszy, wychudzony mężczyzna. Od pierwszego dnia dziadek zwrócił uwagę nie na jego wygląd, lecz głos. Charakterystyczny sposób akcentowania, krótkie, urywane zdania, twarde „r” — coś, co natychmiast przywołało wspomnienia, których nie dało się wymazać z pamięci.
W 1944 roku dziadek ocalał jako z napadu na swoją rodzinną wieś. Ukryty w dole na ziemniaki, słyszał tamtej nocy krzyki, komendy, rozkazy. Nie widział twarzy, tylko sylwetki w świetle ognia. Ale głos jednego z napastników zapamiętał na zawsze.— zdecydowany, wyraźnie dominujący nad innymi.
Po latach, w szpitalnej sali, ten sam głos usłyszał ponownie.
I nie miał wątpliwości.
Przez pierwsze dni mężczyźni unikali rozmowy. Jednak nocami człowiek ten mówił przez sen. Padały nazwy wsi, krótkie polecenia, jakby prowadził rozmowę z kimś niewidocznym. Dla dziadka było to potwierdzenie jego podejrzeń — nazwy te zgadzały się z miejscami, które zniknęły w ogniu tamtej zimy.
Trzeciego dnia człowiek próbował nawiązać rozmowę.
— Skąd jesteś? — zapytał.
— Z Sanockiego — odpowiedział dziadek lakonicznie.
Reakcja człowieka była natychmiastowa.

— Człowiek nie śpi, kiedy za dużo pamięta. Ale lekko żeście tam nie mieli.
Dziadek nie odezwał się ani słowem.
Następnego ranka człowiek ten został przewieziony na intensywną terapię. Stan się pogorszył. Kilka dni później dziadek wychodził ze szpitala. Mijał na korytarzu przykryte ciało na wózku, zatrzymał się odkrył prześcieradło aby zobaczyć twarz. Tak to był on. Nie żył.
W rozmowie wiele lat później powiedział jedynie:
— Nie wybaczyłem mu. I nie miałem czego wybaczać. Że ja żyję? Że się schowałem, a inni nie zdążyli?
Dla dziadka tamten czas pozostał do końca nie zamkniętym rozdziałem. Leżał na sali z mordercą swojej rodziny. Zapytałem czy dziadek nie myślał o powiadomieniu milicji. Zadałam mu takie same pytanie. Odpowiedziała P. Bożena. Powiedział że większym cierpieniem było jego sumienie niż fizyczna sprawiedliwość. Dziadek nigdy już do tej historii nie wracał. Do końca życia nie zdradził też szczegółów tego co wydarzyło się tamtej zimy. Trauma była zbyt ogromna.

I może właśnie na tym polega najwieksza sprawiedliwość: że jedni muszą pamiętać, a drudzy — nie potrafią zapomnieć.

Autor: Jędruś Ciupaga