Oto MSZ rozstrzyga konkurs grantowy na 2017 rok. Największy grant w wysokości 600.000 PLN uzyskuje Karta97, przy czym wsparcie do Karty trafia nie tylko z MSZ (via „Polska Pomoc”), ale też z Fundacji Solidarności Międzynarodowej, którą kieruje b. zastępca Radosława Sikorskiego w MSZ Krzysztof Stanowski. Fakt, iż to Karta97 otrzymała największe środki jest tajemnicą poliszynela – wiedzę o tym ma cała opozycja (a tym samym – nie miejmy złudzeń – również władze w Mińsku). Karta to portal internetowy związany z Andriejem Sannikowem, który w odróżnieniu od innych przywódców opozycji odrzuca rozmowy z władzami w Mińsku i domaga się postawienia A. Łukaszenki przed sądem. Sama Karta97 od ponad tygodnia wzywa ludzi do wyjścia na ulice i obalenia reżimu. Redaktor Naczelna Karty97, skądinąd bohaterska i osobiście przeze mnie szanowana Natalia Radina, stwierdza, że A. Łukaszenka „stracił rozum”, a związany ze środowiskiem Karty Dmitrij Bondarenka ogłasza „początek rewolucji”. Co istotne w tym samym czasie, gdy Karta uzyskuje wsparcie, środki dla umiarkowanej opozycji zostały obcięte.

Twardo wypowiadała się też szefowa Biełsatu Agnieszka Romaszewska, której wywiad dla portalu wpolityce.pl pt „Ludzie mówią Łukaszence Basta” przedrukowywała Karta97. Szefowa Biełsatu w wywiadzie tym stwierdza „To, że my w Polsce mielibyśmy teraz stawiać na Łukaszenkę to jest wzięte z kosmosu /…/ jest pozbawione jakiejkolwiek logiki”. Zdecydowanie dalej niż A. Romaszewska szli dziennikarze Biełsatu. Na tyle daleko, że szefowa na zamkniętym spotkaniu zwracała im uwagę na konieczność zachowania minimalnego choćby stopnia obiektywizmu na antenie. Skądinąd jako dziennikarz szanuję takie podejście, ale też nie dziwię się młodym dziennikarzom Biełsatu, że przeczytawszy wywiady swojej szefowej uznali, że ich zadaniem jest, niczym dziennikarzy Al-Jazeery w Kairze, nie tylko mówić o protestach, ale też je inicjować. Z A. Romaszewską, którą skądinąd też szanuję, różnię się politycznie. Cieszyłbym się, gdybyśmy mogli te różnice kiedyś w końcu publicznie przedyskutować – czas, by polityka wobec Białorusi stała się przedmiotem realnej debaty. Skądinąd zakładam, że osią takiej debaty usiłowano by uczynić stwierdzenie, że zwolennicy real-politik są na bakier z moralnością.

Czym jest więc moralność w polityce zagranicznej? Na pewno nie wzywaniem do rewolucji, w sytuacji, gdy sytuacja do rewolucji nie dojrzała. A. Romaszewska i Karta 97 stwierdzają, że ludzie na Białorusi „przestali się bać”. Pamiętam 19 grudnia 2010 r, gdy jako szef polskiej placówki wspólnie z ambasadorami państw UE obserwowałem demonstrację opozycji. Na ulice stolicy Białorusi wyszło wówczas ca. 25 – 40 tysięcy ludzi. Wczoraj na ulice Mińska wyszło może 2 – 3 tysiące. Doprawdy nie wiem skąd wniosek, iż ludzie przestali się bać.

Z 19 grudnia 2010 r. pamiętam uczucie, że nawet gdy wkoło bito już ludzi ja byłem bezpieczny, bo chronił mnie immunitet dyplomatyczny i „tajniacy” udający demonstrantów, których przydzielono tego dnia każdemu dyplomacie, a którzy pełnili równocześnie dwie funkcje – kamerzystów (a nuż któryś dyplomata wyjdzie z roli i zacznie nawoływać do walki z OMON) i ochroniarzy (a nuż OMON bezmyślnie pobije dyplomatę). Wspomnienie bezsilności i owego poczucia bezpieczeństwa, gdy niedaleko ode mnie bito ludzi, spowodowało, że nigdy nie ośmieliłbym się – z powodów moralnych właśnie – będąc bezpiecznym, wzywać innych do podjęcia ryzyka utraty pracy, wyrzucenia ze studiów, czasem – uszczerbku na zdrowiu.

Wszystko to jednak mało istotne na tle tego, co najważniejsze. Interesów narodowych RP. Otóż nie jest moralnym działanie, którego istotą jest stwierdzenie, że nieważne kto będzie rządził na Białorusi „po Łukaszence”, czyli w sytuacji, gdy w istocie nie ma się żadnego planu politycznego ani też kandydata na nowego prezydenta (bo też i jak można go mieć, skoro utrzymuje się relacje wyłącznie z opozycją, a bardziej prawdopodobnym od rewolucji jest przewrót pałacowy). Jedynym realnym beneficjentem zamieszek w Mińsku był (to już historycznie dowiedzione) i jest Kreml, który zyska niezależnie od tego, czy uda się – w co szczerze wątpię – obalić reżim, czy też „tylko” doprowadzić do jego izolacji na Zachodzie. W pierwszym wypadku bowiem to Moskwa zainstaluje w Mińsku swojego człowieka, w drugim – wzmocni swoją pozycję kosztem Zachodu. Z rewolucją na Białorusi jest ten problem, że nawet jeśli nie jest wykluczona, to mało prawdopodobne jest, aby jej ew. beneficjentem była nie Rosja, a Zachód. Najważniejsze jest jednak to, że jeśli zwolennicy wyprowadzania ludzi na ulice publicznie mówili, że na ulice wyjdą dziesiątki tysięcy demonstrantów, a prywatnie, że pewnie kilka tysięcy to już samo to powinno uruchomić dzwonki alarmowe w Warszawie. Niestety nie uruchomiło.

Do więzienia na Białorusi trafił mój przyjaciel b. kandydat na prezydenta Białorusi Władimir Niekłajew. Władimira skądinąd bardzo szanuję. Za to, że pozostał realistą, bo nie wierzył by 25 marca na ulice wyszły jakieś większe tłumy. Za to, że czuł się odpowiedzialny za ludzi i wrócił na Białoruś, mimo, że zakładał, że zostanie aresztowany. I wreszcie za to, że zakładając, że trafi do aresztu bądź nawet więzienia wzywał, by – w razie takiego rozwoju wypadków – nie nakładać na Białoruś sankcji, bo te służą tylko Rosji.

Z Władimirem Niekłajewem na dwa dni przed Jego aresztowaniem przeprowadziłem wywiad na antenie Polsat News2, a w przeddzień wywiadu piłem wino, przy którym Władimir powiedział mi „i znów będziesz musiał grać rolę cynika bez serca”. Rzeczywiście trudno w obecnej sytuacji występować w roli adwokata dialogu. Każdy kto widzi sceny bicia ludzi czuje się tym oburzony. Tam, gdzie wchodzą jednak w grę interesy państwa, oburzenie musi ustąpić chłodnej analizie. Tak jak chłodna analiza każe Ojczyźnie Demokracji – Stanom Zjednoczonym robić interesy z dyktaturami stokroć gorszymi od tej z którą my sąsiadujemy.

Cóż możemy teraz zrobić? Ja proszę swoich znajomych w strukturach władzy w Mińsku, żeby zatrzymanych możliwie szybko wypuszczono. Tylko, czy głos z Polski, niezależnie od ew. osobistej sympatii, ma jakiekolwiek znaczenie? Moi znajomi we władzach w Mińsku z cała pewnością odnotowali fakt, iż w styczniu w Warszawie miała miejsce gra wojenna, którą kierował Naczelny Dowódca Sił Operacyjnych NATO (SACEUR) w latach 2013 – 2016 generał Philip M. Breedlove i że pomimo reżimu poufności w charakterze obserwatora wziął w nich udział – na zaproszenie strony amerykańskiej – ekspert z Białorusi. Po grze tej napisałem: „Fakt ten w połączeniu ze scenariuszem gry świadczyły o chęci wysłania sygnału do Mińska (a niewykluczone, że zarazem i do Moskwy) o tym, że Zachód nie planuje obalania reżimu w Mińsku i chce dialogu z władzami Białorusi”. Czy się myliłem? Dwa dni temu, 24 marca, w przeddzień spodziewanej przez wszystkich pacyfikacji demonstracji opozycji, ambasada USA w Mińsku ogłosiła, iż Aleksander Łukaszenko został zaproszony do złożenia wizyty w Stanach Zjednoczonych. To więcej niż gest. W języku dyplomacji to udzielenie wsparcia.

Władze w Mińsku odnotowują wstrzemięźliwą reakcję USA i UE. Oby i reakcja Polski taką pozostała. Tylko, czy dla Mińska będzie to miało znaczenie? Problem polega na tym, że nawet życzliwi Polsce ludzie w strukturach władzy, żyjąc w dobrze zorganizowanej dyktaturze, w taki bałagan, w którym nasz kraj z jednej strony realizuje reset z Białorusią, a z drugiej równocześnie finansuje ośrodki, które wzywają do obalenia władz w Mińsku i które otwarcie krytykują tych, którzy je finansują, po prostu nie uwierzą, albo nie podejmą się przekonywania prezydenta Łukaszenki, że coś takiego jest możliwe. A jeśli tak, to znaczy, że znów udało się nam przegrać. Nihil novi. Przegrywamy na Białousi od 20 lat.

Obawiam się, że znajdą się tacy, którzy zechcą przekonać rząd, iż reset z Białorusią nie ma sensu, a zamiast realnych korzyści Polska powinna walczyć o „moralne zwycięstwo”. To skądinąd zabawne, że w wypadku Białorusi jak w soczewce skupiają się nasze dwie tradycyjne narodowe przywary, które od lat czynią nas nieskutecznymi w polityce zagranicznej. Oto Biełsat, którego – jako ew. przeciwwagi dla moskiewskiej propagandy – broniłem, usiłuje się zamiast przeformatowania z antyreżimowego na prozachodni zamknąć, tradycyjnie „wylewając dziecko z kąpielą”, głosi – nie mniej tradycyjnie – moralne zwycięstwo tam, gdzie klęska aż bije po oczach.

No chyba, że zwycięży jednak realizm, do czego namawiam władze RP, które słusznie odważyły się, częściowo wbrew nawet własnemu zapleczu, rozmawiać z Mińskiem. Rzecz w tym, że już zaczął się chocholi taniec, a słuszna idea resetu z Mińskiem staje się przedmiotem walki politycznej na krajowym podwórku.

Autor: Witold Jurasz