Uważam, że wizja „Nowej Unii” została już zaklepana przez Francję i Niemcy ponad głowami pozostałych państw i wszelkie mówienie o wspólnym reformowaniu Unii to złudzenia naiwniaków. Gdyby było inaczej już dawno odbywałby się dialog partnerski podczas którego rozpatrywane byłyby propozycje Polski i Węgier.

W Polsce bez echa przeszły zarówno słowa francuskiego prezydenta Frankistko Hollandea, który w marcu 2017 r., mówił o konieczności powstania Stanów Zjednoczonych Europy. Filarem tego „ekskluzywnego klubu państw” mają być państwa posiadające wspólną walutą, a pozostałe kraje tworzące obecnie Unię współpracowałyby jedynie w wybranych obszarach jak i Martina Schulza przewodniczącego Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), który 7 grudnia 2017 r., ogłosił, że do roku 2025 powstanie w Europie nowy twór, posiadający swoją konstytucję, do powstania, której Schulz wezwał. Wspomniał również, że wszyscy ci, którzy tych warunków nie przyjmą, będą musieli opuścić UE.

Kanclerz A. Merkel w orędziu noworocznym powiedziała: „Przeprowadzimy razem z Francją, reformę UE”.

Również prezydent E. Macron w wygłoszonym z Pałacu Elizejskiego orędziu noworocznym zaapelował o „bardziej suwerenną, bardziej zjednoczoną i bardziej demokratyczną” Europę.

Były eurodeputowany frakcji Zielonych Daniel Cohn-Bendit w rozmowie z agencją prasową AFP stwierdził: „Takie kraje UE jak Polska, Węgry i Czechy powinny mieć możliwość opuszczenia Unii, jeśli nie zamierzają uczestniczyć w planowanym przekształcaniu wspólnoty”. (…) pozwoli to UE się „w zdrowy dla niej sposób skurczyć”. Liczy on na to, że Niemcy i Francja zgodnie z propozycją prezydenta Emmanuela Macron przypieczętują swoje partnerstwo „nowym Traktatem Elizejskim”. „Zarówno Komisja Europejska, jak i polski rząd opowiadają się za utrzymaniem integracji, tylko Komisja wyobraża sobie tę integrację w formie powstania jednego superpaństwa europejskiego. My nawiązujemy do tej oryginalnej koncepcji integracji, czyli Unii Europejskiej, jako Europy ojczyzn”.

Daniel Broessler brukselski korespondent gazety „Sueddeutsche Zeitung” (05.01.2018) napisał: „Pomiędzy pojęciem narodowej suwerenności w rozumieniu Mateusza Morawieckiego i  Viktora Orbana a  ideą „suwerennej Europy” Emmanuela Macrona istnieje ogromna przepaść; kto nie chce takiej Europy, ten może opuścić UE”, „Z planu Macrona wynika z refleksji, że dotychczasowa skala integracji nie wystarczy” (…) „Aby zachować zdolność do działania, UE musi dokończyć unię gospodarczą i walutową oraz przejść na wyższy stopień integracji w polityce zagranicznej, obronnej i migracyjnej”.

Nie wiem czy Polacy zostaną postawieni przed faktem dokonanym i dowiedzą się, że polski rząd podjął decyzję za nich i jesteśmy w „Nowej Unii”, czy przedstawiane zostaną społeczeństwu argumenty za i przeciw przyjęciu nowych warunków i odbędzie się w tej sprawie referendum. Czy będą informowani, że wejście do „Nowej Unii” równoznaczne jest ze zgodą na likwidację państwa narodowego, bowiem całkowicie stracimy, jako państwo kompetencje w takich obszarach jak: podatki, bezpieczeństwo i polityka migracyjna? A są to kluczowe obszary dla funkcjonowania suwerennego państwa. Jak czytałam „sama możliwość narzucenia polityki fiskalnej daje prawie nieograniczone pole manewru w kształtowaniu gospodarek poszczególnych państw i regionów, a w osta­teczności pozwoli Berlinowi obalać niepokorne rządy”.

Jeżeli wejdziemy do nowej struktury, musimy liczyć się z tym, że będziemy musieli przyjąć euro, redukcji ulegną nasze siły zbrojne i nasz przemysł obronny a wspólna polityka migracyjna skutkuje nakazaniem nam przyjmowania imigrantów w ramach stałego mechanizmu relokacyjnego i tym samym zniszczenie państwa, jakie dotychczas znamy.

Co z tego, że premier M. Morawiecki prezentuje stanowisko: „Od początku sprzeciwialiśmy się koncepcji przymusowej relokacji. Jednostronne narzucanie takiego rozwiązania jest sprzeczne z zasadami wspólnoty”. Z chwilą powstania „Nowej Unii” i wejścia do niej nie będzie to miało jakiegokolwiek znaczenia. Nie trzeba być jasnowidzem, by wiedzieć, że komisarze unijni już się postarają, by nie tylko nadrobić zaległości, ale jeszcze je przekroczyć.

Z jednej strony Polacy w swej większości nie chcą przyjmować euro, bo wiedzą jak drastycznie spada poziom życia w krajach stosunkowo biednych, które je wprowadziły, nie zgadzają się na relokację muzułmańskich imigrantów mając wiedzę jakie niesie to skutki, sprzeciwiają się aborcji i ideologii gender, są za ochroną instytucji małżeństwa, cenią etniczną, kulturową i religijną jednolitość, popierają zniesienie sztuczek praw­nych, przy pomocy których koncerny wy­prowadzają z Polski miliardy złotych. Powinni mieć świadomość, że będąc w „Nowej Unii” nikt się nas o zdanie pytać nie będzie. Równocześnie nie widzą życia poza Unią.

Zapadła jakaś dziwna zmowa milczenia podczas której nic nie mówi się o konsekwencjach jakie niosą ze sobą zasady funkcjonowania „Nowej Unii” według projektu francusko-niemieckiego. Zamiast tego przekonuje się nas o naszym wielkim wpływie na przyszły kształt Unii Europejskiej. Zastanawiam się czy politycy którzy mówią „Polska jest wielkim liczącym się krajem” wierzą w to co mówią?

Polacy powinni wiedzieć, że wejść do nowej struktury będzie skutkowało tym, iż za nas podejmowane będą wszelkie decyzje, a wartości które sobie cenią zostaną zniszczone.

Jeżeli obywatele nie są informowani o zagrożeniach jakie niesie realizacja koncepcji francusko-nienieckiej, to gdy przyjdzie czas opowiedzenia się za czy przeciw „Nowej Unii”, to jak będą mogli rzeczowo wybrać jeżeli nie posiadają wiedzy?

Często słyszałam z ust polityków i dziennikarzy, że Pol­ska musi być wielka i taka będzie. W nowym rozdaniu nie tylko nie będzie wielka ale przestanie istnieć. I Polacy powinni mieć tego świadomość.

Foto:internet