Wiemy doskonale o pracy w POZ, o liczbie pacjentów, o niepotrzebnie przychodzących zaoptowanych, o brakach personelu i pieniędzy. Lekarze rodzinni, często ustawiani w roli „lekarzy ogólnych”, a nie specjalistów wykonują prace, bez której system załamałby się błyskawicznie. Są przepracowani, zasypani nadmierną biurokracją i obowiązkami, które w normalnych krajach nie należą do obowiązków lekarzy. To, niestety, skutkuje kilkudziesięcioma przyjętymi pacjentami w czasie godzin pracy lekarza+wizytami domowymi dając w efekcie coraz mniej czasu na wizytę dla pojedynczego pacjenta – czasu nie oszukamy.

Jedna wizyta receptowa trwa 2 minuty, inna tylko z wynikami 4 minuty, a jeszcze inna 40 minut. My to rozumiemy. Pytanie CO rozumie czekający pacjent?

Ano widzi,że lekarz odwala chałturę, przyszedł-wyszedł, jeden po drugim, taśmowo i byle jak. Tak nas widzą, bo nie mają pojęcia JAK wygląda praca lekarza, nasze myślenie medyczne, nie znają czasu potrzebnego do załatwienia tysięcy spraw w POZ, które ze swojej istoty są różne i generują różnice w czasie pracy lekarza. Nie wiedzą, bo nikt ich tego NIE UCZYŁ i im nie pokazał, a filmy o lekarzach tyle mają z naszą pracą wspólnego, co nasz Minister z Czcigodnym Hipokratesem 

Jak nas widzą, tak nas piszą ….. przekaz jest jeden: bierzemy ciężką kasę, żyjemy jak szejkowie Kuwejtu, garaże nam pęcznieją – a jesteśmy zwykłymi, pazernymi konowałami.

Jak z tym walczyć?

Zmienić system, bo to system generuje tę patologię, ale nie doczekamy się tego długo. Dbać o jakość leczenia, edukować, stanowczo egzekwować, by wizyty były uzasadnione – to praca ciężka, niewdzięczna i dodatkowo zabierająca naszą energię.

Szanowany lekarz obroni wizytę trwającą nawet 10 sekund, bo widocznie taka miała być. Nieszanowany lekarz nie obroni żadnego swojego poświęcenia.

To kilka uwag na temat artykułu pt. „90 pacjentów w siedem godzin. „Średni czas wizyty to 4,5 minuty”