Mówią, że taki reporter wojenny to ma ciężko. Bo kule latają z każdej strony, bo śmierć jak kromka chleba. Ale dajmy na to, taki ojciec, co musi rano dwie swoje małoletnie pociechy do szkoły wprawić, to niby lepiej ma? Jakoś łatwiej? Jakieś podpowiedzi mu anioł stróż na marginesach zostawił? Jakieś ściągi, skróty i tajne przejścia? Nic z tych rzeczy.

Więc budzisz ich, nie za wcześnie, żeby mogli pospać z pięć minut dłużej jeszcze, przecież wiadomo, rano minuta jak godzina. Cenna niczym sztaba złota, jak garnuszek po drugiej stronie tęczy. Ale nie za późno, bo stres wtedy jeszcze większy, nerwy jeszcze bardziej przeszkadzają.

W końcu jest, godzina zero. Wstają. Jeden normalnie. Drugi z głową pod kołdrą. Z płaczem. Nie pójdę, nie chcę. Bo dwa tygodnie nie był, najpierw jakieś wirusy, później kontuzja mała. I nie chce iść. Dlaczego? „Bo się stresuję”. I ryczy. Tłumaczysz spokojnie. Tak trzeba. Dobra. Wstali. Obaj.

Skarpetki. Małe. Inne. Z dziurą. Inne. Gacie. Koszulka. Nie taka. Spodnie. Dobra, myjemy zęby i na śniadanie. Jeden wciąż ryczy. Drugi się śmieje.

Śniadania. Kanapki? Nie zjem. Racuchy? Nie chcę. Tosty? Mogą być. Siedzą. Zjadają. To już duży sukces. Jesteśmy już na etapie, na którym ktoś niewprawiony mógłby zacząć odczuwać jakąś małą i delikatną radość. Można, ale nie za bardzo, bo będzie kara.

O, już jest. Starszy się oblał gorąca herbatą. Teraz on ryczy. „Boli, poparzyłem się”. Szybka ocena strat. Nie ma tragedii chyba. Zdejmujesz ubrania. Wanna. Oglądasz ofiarę. Przeżyje. Dobra, od nowa. Skarpetki. Gacie. Koszulka. Inna. Spodnie. Nie takie.

Jeszcze tylko śniadanie. Kanapka. Owoc. Bidon. Mały dostał plam na twarzy od tego płaczu. Wapno. Jest.

Wychodzimy. Buty. To nie moje. Tato. To moje. Kurtka. Nie ma czapki. Gdzie jest? Nie wiem. Weź inną. Wychodzimy. Klucze. Jeden zamek. Drugi. Trzeci. Ile jeszcze.

Idziemy. Tato, zapomniałem ubrania na basen. Wracamy. Ja chcę na tę wojnę!

Po całym dniu pracy, godzina 21. Śpią już prawie. Marzysz o tych piętnastu minutach względnej wolności zanim padniesz na ryj. I gong: „Tato, a jutro jest sprawdzian z matematyki. Zapomniałem ci powiedzieć wcześniej”. „A my mamy przynieść flet na jutro. Drewniany. Pani dała kartkę, w którym sklepie można kupić”.

Kolorowych snów.

Autor: Artur Ceyrowski
Dziennikarz, bloger, publicysta.

Foto: SHUTTERSTOCK