Nowy II rozdział „Holuba”. Wszyscy nie żyją… Jak się Państwu podoba „Holub”? W jakim kierunku iść dalej? Co mam zrobić z bohaterami? Piszę tą powieść na żywo, więc nie wiem jeszcze co dalej.

Sprawa kryptonim „Holub” to dla mnie książka eksperyment. Pisze ją na bieżąco i sam nie wiem, co będzie w następnym odcinku. To, pojawia się dopiero około czwartku. Chcę pokazać zarówno zimne i wyrachowane działanie służb specjalnych, dla których człowiek, to tylko narzędzie, jak i skontrastować to z emocjami jednostek ubabranych w instytucjonalną rzeczywistość. Moi bohaterowie, oboje, są skrzywieni i to widać. Kontrast czysto ludzkiej miłości z zimnym światem, gdzie jakiekolwiek uczucia są irracjonalne ma stworzyć swoistą schizofrenię, której ulegnie Yveta i Piotr. Nie wiem jeszcze jak skończy się to wszystko, ale raczej nie happy endem. Sceny operacyjne mieszam ze scenami wprost z „Harlequina”. Dlaczego nie? Oprócz tego spodziewajcie brutalności nawet w uczuciach. Oni żyja w bardzo brutalnym świecie, w którym by przetrwać muszą stłumić własną wrażliwość i delikatność.

Chcę też wykorzystać opisy sytuacji operacyjnych w celu ilustracji ich uczuć do siebie, rozwoju tych uczuć przy jednoczesnej ostrożności. W końcu co jest na świecie najważniejsze? Czy być Człowiekiem, czy tylko automatem? Może nie odpowiem wprost i może to będzie wynikać z książki.

Nowy rozdział w każdy poniedziałek.

OPERACJA KRYPTONIM „HOLUB”

Rozdział 2

Do pracy przyszedłem kilka minut po szóstej rano. Chyba wspominałem już, że mieszkałem na Placu Unii? Jednopokojowe mieszkanie w budynku z księgarnią, MK „Rogatka”, używane jeszcze w latach sześćdziesiątych przez wywiad MSW. Lokal został zdekonspirowany pod koniec PRL. „Jedynka” umieściła w nim wycofanego ze Stanów agenta, który po roku okazał się być agentem, ale CIA, gdyż Amerykanie przewerbowali podstawionego im Polaka, prowadzili przez kilka lat, a potem odesłali do kraju z konkretnymi zadaniami. „Dwójka” wpadła na niego podczas obserwacji jednego z dyplomatów amerykańskich. Był jednak rok 1989 i nikt nie ryzykował awantury z nowym Wielkim Bratem. Minister kazał odpuścić, więc odpuścili. „Jedynka” też. Ktoś uprzedził lokatora „Rogatki”, który pewnego dnia wyszedł z domu, pojechał na Dworzec Centralny, kupił bilet do Berlina, akurat w dniu zburzenia muru, przekroczył spokojnie granicę, jako obywatel USA George Browning i nikt go więcej nie widział. W MK zostały wszystkie jego rzeczy osobiste. Głównie ubrania i kilka kryminałów. Facet zniknął, mieszkanie zostało i stało puste. Przeszło na stan UOP. Po rozwodzie zostałem praktycznie bezdomnym, bo poza walizką swoich ciuchów, książkami i płytami, których nie miałem już na czym odtwarzać, nie wziąłem nic. Moja, na szczęście była, żona cieszyła się wszystkim: trzema pokojami na Ursynowie, meblami, telewizorem, sprzętem HiFi i nowym facetem z MSZ. Książki i płyty zostawiłem w piwnicy u kolegi, a walizkę z ubraniami przyniosłem do pracy. Nigdy nie zwracałem uwagi na ubiór. Wystarczały mi jeansy, T-shirty i kurtki. Miałem trzy takie zmiany i wystarczało. Brudne prałem, a jak się podniszczyły, wyrzucałem je i kupowałem nowe. W pracy spałem przez dwa tygodnie i nawet zapytałem szefa czy UOP nie wynająłby mi jednego z pokoi biurowych po preferencyjnych cenach. Robiłem wtedy sprawę dla Brytyjczyków, to znaczy wspólnie z nimi i często u szefa bywałem. Generał Dwornik, dla mnie „Jurek”, bo znałem go jeszcze jako zastępcę naczelnika w Wydziale Niemieckim Departamentu II, tak więc, generał spojrzał na mnie, roześmiał się, zapytał czy „jestem normalny”. „Normalny, ale zdesperowany i chcę oszczędzić na dojazdach i całkowicie poświęcić się pracy.” – odpowiedziałem i także się roześmiałem. Jurka wsadziło na stołek SLD. Poza tym był niezłym fachowcem i niezłym szefem. Przynajmniej dla mnie. Poleciał, gdy przyszedł AWS i nic mu nie dały ukłony wobec polityków. Po tygodniu od tej rozmowy naczelnik „Ogólnego” przekazał mi klucze i teczkę „Rogatki”.   Mogłem w nim mieszkać. Musiałem tylko wyremontować lokal na swój koszt i płacić czynsz, światło i resztę. Podpisałem odpowiednie zobowiązanie i miałem gdzie mieszkać. W teczce była odręcznie napisana kartka od Jurka. „Oszczędzisz na dojazdach”. Remont zrobiłem szybko i wprowadziłem się do dwudziestometrowego mieszkania, składającego się z dość dużego pokoju, malutkiej „ślepej” kuchni i mikroskopijnej łazienki z prysznicem i toaletą. Pralkę wstawiłem do kuchni i zostało miejsca na szafkę oraz niewielki stół. Za to pokój obudowałem regałami, wstawiłem telewizor, kupiłem sprzęt grający, wideo. Wstawiłem składane łóżko, fotel, wyciszyłem dodatkowo lokal i wreszcie byłem sam ze swoją muzyką, książkami. Nikt nie pałętał mi się po domu i przeszkadzał. W dodatku kamienica miała dwa wejścia: jedno od Placu Unii, a drugie od podwórka, prowadzącego serią podobnych „studni” na ulicę Chocimską. Problem był tylko jeden i – niestety – nie zależał ode mnie. Mogłem mieszkać w „Rogatce” póki pracowałem. Było to przecież mieszkanie UOP. Nie przejmowałem się tym zbytnio, bo uznałem, że kilka lat utrzymam się jeszcze i zdążę kupić coś własnego. Poza tym, co mnie to wszystko obchodzi. Liczą się tylko figuranci i ich sprawy.

Poranny spacer, krótki, lecz orzeźwiający, sprawił, że wczorajszy alkohol wywietrzał ze mnie całkowicie.  Zrobiłem sobie kawę, wypiłem litr „Mazowszanki”, wpuściłem sprzątaczki do wydziału i zabrałem się do pisania raportów. Dwóch, bo pierwszy był jedynie legendą dla biurokratów, czyli raportem o wyjazd na spotkanie z przedstawicielami BIS w związku z konsultacjami w sprawie „Słowianie”. Zwykła formułka. Zostawiłem tylko daty do wpisania, bo te Mateusz wstawi sam po konsultacji z Chralową. Drugi był poważniejszy i dotyczył ramowych założeń wspólnej operacji ofensywnej kryptonim…Właśnie! Jaki kryptonim? Mamy podstawić oferenta. Zaprzeczenie gołąbka pokoju. Raczej sępa albo innego ścierwojada. Niech będzie „Gołąb”. Taki drapieżny. Jak jest „gołąb” po czesku? Chyba „holub”. Skojarzyło mi się ze znanym aktorem. Dobra! Niech będzie „Holub”. Potem poszło szybko. Opisałem wczorajsze spotkanie z Chralovą, pominąłem oczywiście nasz dziwny spacer, potem wstawiłem kilka zdań ilustrujących główną ideę sprawy. Mieliśmy podstawić odpowiednio przygotowane źródło rezydenturze placówkowej SWR w Pradze. Źródło będzie polskie. Musi to być sprawdzony i wiarygodny informator, który stracił możliwości informacyjne. Chodzi o to, by dotychczasowi prowadzący, najprawdopodobniej oficerowie którejś z Delegatur, nie stawiali niepotrzebnych pytań i „pozbyli się” informatora bez kłopotu. Dodałem, że w poszukiwaniu odpowiedniego człowieka wykorzystam swoje prywatne kontakty w terenie. Pismo pismem, ale impreza przy flaszce załatwi o wiele więcej niż polecenia szefów.  Jeśli chodzi o oferenta, to musimy stworzyć postać, która zainteresuje Rosjan i jednocześnie kontakt z nią, będzie dla nich bezpieczny. W tym momencie nie byłem jeszcze w stanie wymienić szczegółów legendy naszego człowieka, ponieważ będzie to możliwe, dopiero po ustaleniu z partnerami czeskimi charakterystyki celu i miejsca podstawienia. „Na obecnym etapie” – pisałem –  „uważam, że należy skoncentrować się na osobie związanej z przemysłem zbrojeniowym”. Wyjaśniłem, iż w Polsce Rosjanie są wyjątkowo aktywni w działaniach na tym polu „z uwagi na restrukturyzację naszego przemysłu w związku z przyjęciem do NATO”. Podobnie musi być w Czechach. Sposób podstawienia zależy również od warunków funkcjonowania ambasady FR w Pradze oraz możliwości kontrolnych BIS. Parametry te ustalę w trakcie spotkania z partnerami. Dodałem, że sprawa wymaga szczególnego stopnia tajności. Nasze źródło nie zostanie poinformowane o współdziałaniu UOP i BIS, co jest warunkiem służby partnerskiej. U nas wiedza o sprawie musi być ograniczona jedynie do trzech osób: głównego szefa, dyrektora i mnie jako prowadzącego. Nie wymieniłem naczelnika, lecz napisałem wyraźnie sugestię, że Jacek powinien znać jedynie główną ideę, którą zresztą już zna, ale żadnych szczegółów. Podobnie musi być w służbie czeskiej: Chralova, jej szef i oficer prowadzący działania operacyjne. Konieczne jest też, by ten oficer uczestniczył w konsultacjach, legendujących rzeczywiste rozmowy. Spotkania w sprawie „Holub” winny odbywać się poza siedzibą BIS. Nad tym zdaniem zastanawiałem się przez chwilę. Obawiałem się, iż Czesi mogą odebrać to jako brak zaufania do ich służby. Z drugiej strony, Chralova zażartowała na temat „sprawdzenia praskiej Betki”. Wyczułem, że i oni poprzez tą sprawę chcą coś sprawdzić u siebie i mają jeszcze jeden cel, o którym nie mówią. Wydaje mi się, że ten oferent ma być dla nich okazją do szukania przecieków u siebie. Nie napisałem jednak tego w raporcie. „Ciekaw jestem, ile wie Chralova i czy jest tylko narzędziem? Podobnym do mnie.” – pomyślałem i zakończyłem raport. Wydrukowałem go, włożyłem wraz z drugim w kopertę, zakleiłem ją, zabezpieczyłem, napisałem na niej „płk Mateusz Powała, Dyrektor ZK UOP. Do rąk własnych.” I zaniosłem do sekretariatu. Było wpół do ósmej. Mateusz chciał kwit „jak najszybciej” więc będzie go miał.

– O! Jakaś ważna sprawa? – zaterkotało wyposażenie sekretariatu.

– Robią ze mnie szefa UOP i przenoszą dyrektora do Suwałk. – odpowiedziałem w próżnię – Proszę to dać natychmiast dyrekcji. Czeka na to, a ja zadzwonię i zapytam, czy dostał.

Nie czekałem na reakcję. Wróciłem do siebie. Pod drzwiami stał Wiktor.

– Cześć! – przywitał się – Musimy pogadać.

Wpuściłem go do środka. Usiedliśmy. Ja za swoim biurkiem, a on naprzeciwko.

– Są ustalenia w sprawie „Hans”. – powiedział ostrożnie.

– Nie zabierasz szafy, nie chcesz klucza, tylko przenosisz się do mojego pokoju. – powiedziałem z uśmiechem i poczęstowałem Remila papierosem. – Na wódkę za wcześnie. – dodałem.

– No to już wiesz. – skinął głową – Rozmawiał ktoś z tobą?

– Domyśliłem się. Masz mieć na mnie oko. Ty masz piękną przeszłość, a ja? Cóż? Esbek i ekscentryk.

– Tego ekscentryka ci nie darują! – roześmiał się Wiktor – Z tym „okiem” to masz rację. Praktycznie zacytowałeś Jacka, ale nie bój się. Nie dałem się esbecji, to i nie dam im. Poładujemy naczelniczka trochę.

– Jacuś to nie problem. Gorzej z Mateuszem i jego szefami.

– Powały nie było przy tej rozmowie. – zdziwił się Remil.

– Po co miał być? – wzruszyłem ramionami – Dolecki nie zrobiłby nic bez polecenia Mateusza, a ten z kolei wykonał pewnie polecenie swojego szefa. W „Hansie” jest kilku ich znajomych, a także znajomych ich szefów. Zobaczysz! Wkurwisz się potężnie. Ciebie też będą kontrolować. Teraz zostaw swoje rzeczy i zorganizuj ekipę do przewiezienia reszty od ciebie. Musimy też załatwić drugi klucz.

– Dobra! – ucieszył się Wiktor, widząc moją reakcję – Potem zrobimy parapetówę. – dodał i wyszedł z pokoju.

Nie powiedziałem mu, oczywiście, że Mateuszowi chodzi także o moja aktualną sprawę. Jeszcze nie wprowadził Wiktora, ale zrobi to, gdy wszystko wyjdzie. Ja nie mogę mieć sukcesu wyłącznie dla siebie. Zły PESEL. Zadzwoniłem na bezpośredni telefon Mateusza i spytałem, czy dostał kopertę ode mnie. Zgodnie z moimi przypuszczeniami, sekretarka nie dala mu jej jeszcze. „Zmień wyposażenie swojego biura.” – poradziłem mu i rozłączyłem się. Było piętnaście po ósmej.

Zamknąłem oczy, zapaliłem kolejnego papierosa i puściłem głośno „Soul Kitchen”. Dopiero teraz pomyślałem o Yvecie. Zobaczyłem jej oczy. Szare i zielone jednocześnie. Duże i pełne czegoś dziwnego, czegoś nieokreślonego. Z pozoru figlarne i wesołe, a jednak krył się w nich strach, niepokój, na samym dnie jakaś straszliwa czeluść usiłowała zakłócić uciekającą na powierzchnię radość niczym niewidzialna nadludzka dłoń, wciągająca człowieka pod ziemię. I te brwi! Jednakowy, idealny kształt, podkreślający grę oczu i śmiejące się wraz z nimi, gdy czeluść pozwalała na śmiech. Morrison śpiewał, a ja widziałem sylwetkę Yvetty i jej twarz, zbliżającą się do mojej. Otrząsnąłem się zdrowo wkurwiony na siebie, lecz wiedziałem, że nie uwolnię się od tego obrazu. „I light another cigarrette. Try to forget” – kłamał Morrison, wiedząc, że nie da się zapomnieć. Na moje szczęście drzwi otworzyły się z impetem i do pokoju wpadł Wiktor z ekipą z Ogólnego. Przez następne dwie godziny urządzaliśmy go w pokoju. Potem wpadł Mateusz. Dał mi kopertę z zatwierdzonymi raportami. Poczekał, aż Wiktor wyjdzie z pokoju i powiedział, że jadę w poniedziałek wieczorem, w Pradze mam zostać przez cały tydzień. Jadę pociągiem z Chralovą i ona da mi bilety na dworcu. Umówił nas na 19:00. Zapytałem, czy mogę wziąć w poniedziałek wolne. Zgodził się i przypomniał mi, bym całą delegację załatwił dziś. Wtedy nie muszę przychodzić do pracy w poniedziałek. „Kup sobie jakiś garnitur!” – zakończył rozmowę. Zdziwił się wyraźnie, że nie usłyszał ode mnie żadnej złośliwej odpowiedzi, ale ja w ogóle nie myślałem o tym, co mówił. Po wyjściu dyrektora zadzwoniłem do mojego źródła w MSZ i poprosiłem go o listę pracowników pionu politycznego ambasad Czech, Słowacji, Węgier i Litwy. Pełną dokumentację. Kazałem mu skserować i przynieś dokumenty na spotkanie. Umówiłem się z nim w „Corso” na Placu Zbawiciela o 14. Postanowiłem znaleźć Chralovą. Sam, bez powiadamiania szefa.

Gdy wrócił Wiktor, poleciałem załatwiać delegację i diety. Nie trwało to na szczęście długo, więc przysiadłem na chwilę z nim, a on namawiał mnie na parapetówę. Wypiłem kieliszek.

– Będziesz sam przez tydzień. – poinformowałem Remila – Wyjeżdżam w sprawie tych panslawistów do Pragi.

– Dziś? – spytał Wiktor.

– Nie! W poniedziałek wieczorem, ale biorę urlop na cały dzień. Musze odsapnąć i przygotować się. Teraz znikam. Idę na spotkanie z ucholem i już nie wrócę.

– No to szkoda! – zmartwił się szczerze – Wypijemy, gdy wrócisz. Uważaj na Czeszki. Niezłe dupy!

Uśmiechnąłem się do siebie. Wiktor nie wiedział nawet, jak blisko był prawdy. Wplątywałem się w coś, z czego nie ma wyjścia i powoli przestawałem się tym przejmować. Szybko poszedłem Waryńskiego i Mokotowską na plac Zbawiciela. Punkt druga wszedłem do „Corso”. Mój informator czekał już na mnie.

Paweł Adamowski był zastępcą naczelnika w wydziale, zajmującym się obsługą akredytacji dyplomatów, pracujących w ambasadach i konsulatach w Polsce. Zwerbowałem go ze trzy lata temu. Niezbyt się bronił, bo jak każdy z MSZ wiedział, że nie pomożemy, ale możemy zaszkodzić. Od dwóch lat marudził mi ciągle o pomoc w sprawie rotacji, czyli wyjazdu na placówkę. Wzruszałem ramionami, lecz wiedziałem, że największą karą dla naszych dyplomatów jest pobyt w kraju i dlatego, jeśli chcę mieć dobre źródło, to muszę go jakoś wrzucić na placówkę.

Wstał na mój widok. Przywitaliśmy się i szybko ustaliliśmy zamówienie. Podszedłem do baru.

– Dwie pięćdziesiątki i dwie herbaty proszę. – powiedziałem do barmanki.

– Dziś tylko na chwilkę? – dobiegło mnie pytanie stałego bywalca „Corso”, znanego aktora, który codziennie przychodził do knajpy i wychylał dwie setki wódki.

– Niestety, panie Bronisławie! – powiedziałem ze smutkiem – Pan też już się zbiera?

– Sztuka wzywa! – zaśmiał się i wychylił swoją setkę – Pan też w pracy. – stwierdził.

– Niestety! – westchnąłem – „Jam jest tej siły cząstką drobną…”

– A czym obecnie jest dobro? Złem przemalowanym w jaskrawe kolorki? – spytał sentencjonalnie Aktor – Musimy znowu pogadać o poważniejszych sprawach niż ta cała rzeczywistość.

– Ostatnim razem skończyliśmy nad ranem za kulisami! – uśmiechnąłem się.

– Następnym razem wciągnę pana na scenę, panie Piotrze! – pożegnał się ze mną i wyszedł z baru, a ja wziąłem tackę z kieliszkami i herbatami od barmanki, zapłaciłem, po czym wróciłem do stolika, przy którym czekał na mnie informator kryptonim „Bibliotekarz”.

– Mam dla ciebie te ksera. – podał mi plik kartek – Widzę, że interesują cię nie tylko Rosjanie.

– Nic nie widzisz, Pawełku! Interesuje mnie wszystko i wszyscy. Taki to zawód. Twoje zdrowie.

Wypiliśmy. Adamowski zaczął opowiadać mi ploty o wyjazdach, kolegach, przetasowaniach na górze. Słuchałem i nie zwracałem uwagi na jego słowa. Był mi potrzebny wyłącznie do uzyskiwania dokumentów o postsowieckich dyplomatach. Moja prośba nie zaskoczyła go. Często prosiłem go o dane akredytacyjne różnych cudzoziemców.

– Wiesz, Piotrze, jestem drugi na rotację do Paryża. Może szepniesz swoim słówko. Dawno już nie byłem za granicą. – usłyszałem proszący ton Pawła.

– Raptem cztery lata temu wróciłeś! – odpowiedziałem – Co to za stanowisko i od kiedy?

– Prasowiec! Od grudnia, bo obecny dostał jeszcze przedłużenie!

– To mamy czas. Kto jest na pierwszym miejscu?

– Taka gnida z gabinetu! Nie mam szans. – Adamowski podał mi karteczkę z odręcznie napisanymi danymi rywala.

„Akurat na piętnastkę” – pomyślałem. Typowy pracownik MSZ. Rozumuje kategoriami miejsca na liście rotacyjnej. Nienawidzi wszystkich przed sobą, bo go wyprzedzili. Nienawidzi wszystkich za sobą, bo mogą go wyprzedzić. Na zewnątrz dyplomacja, uprzejmość, bon ton, ale odwróć się od niego plecami. Zabije cię z takim samym uśmiechem dyplomaty, z jakim wchodzi w dupę przełożonym. „Piekło, kurwa, piekło”. Tacy jednak są zawsze nam potrzebni, bo zrobią każde świństwo, jakie się im każe i będą mieli czyste sumienie, o ile oni w ogóle mają sumienie. Gramy dalej!

– Nie będzie mnie w przyszłym tygodniu. Zadzwoń w następny poniedziałek. Może coś ruszę.

Wstaliśmy, pożegnaliśmy się i wyszedł z „Corso”, a ja podszedłem do baru, zamówiłem setkę w dwóch pięćdziesiątkach i wróciłem do stolika. Wypiłem jeden kieliszek. Zacząłem szukać kwitu Chralowej. Znalazłem go, odłożyłem na bok, a resztę zwinąłem w rulon i schowałem do kieszeni kurtki. Zacząłem czytać informacje o Czeszce. „Yveta Chralova, urodzona 15 kwietnia 1973 roku, córka Vaclava i Heleny Horeszkovej, zamieszkała na stałe w Pradze, blablabla”. To mnie nie interesowało. „Dwadzieścia sześć lat. To pierwsza placówka i od razu radca. Musiała mieć niezłe pchanie”. – pomyślałem wściekły i zdałem sobie sprawę, że jestem zazdrosny. „Samochód: szary Opel Astra, numer W – 067015, zamieszkała w Warszawie: ul. Stawki 3 m 32.”. Właśnie! O to mi chodziło! Wynajęła sobie mieszkanie z dala od ambasady i w niezbyt ekskluzywnym miejscu. Normalny, warszawski blok z lat pięćdziesiątych. Typowe, robotnicze osiedle. „Ukrywa się, czy chce być z dala od ambasadzkiego szumu?”. Złożyłem stronę na cztery części, włożyłem do wewnętrznej kieszeni kurtki, wypiłem drugą pięćdziesiątkę, dopiłem herbatę i wyszedłem z knajpy. Poszedłem w kierunku koszykowej. Po drodze wszedłem do zasikanej, brudnej, rozpadającej się bramy przedwojennej, opuszczonej kamienicy, wyjąłem rulon „emes-zetowskich” kwitów i podpaliłem go. Nie był mi już do niczego potrzebny.

Głupi pomysł, ale postanowiłem zaryzykować i skręciłem w Koszykową na samym początku Placu Konstytucji. Postanowiłem podejść jak najbliżej ambasady czeskiej i sprawdzić, czy stoi pod nią szary Opel Astra. Na wysokości biblioteki publicznej zadzwoniła moja komórka. Odebrałem. Dzwonił Mateusz.

– Słuchaj, nie powiedziałem ci, że dałem twój numer Chralovej. Prosiła o niego na wszelki wypadek, gdybyście się nie spotkali na dworcu. – usłyszałem w słuchawce.

– Po co? – spytałem – I tak już mnie zdekonspirowaliście.

– Nie wściekaj się. Przecież będziecie razem pracować.

– Tak, tylko teraz będę musiał wywalić tą komórkę po całej sprawie. – powiedziałem – Trzeba było mnie uprzedzić. Kupiłbym nowego SIMA.

– Nie przesadzaj! – obruszyła się słuchawka – Chcesz jej numer?

– Po cholerę? Nie mam zamiaru dać się im namierzać.

– Przecież weźmiesz telefon ze sobą! – Mateusz był zirytowany.

– Wezmę! – przytaknąłem ugodowo – Ale potem zmieniamy telefon?

– Dobra! Przysłać ci ten numer?

– Przyślij! – powiedziałem.

– Ok. Powodzenia w Pradze. To może być fajna sprawa.

– Wiem. Dzięki. – powiedziałem i rozłączyłem się.

Za chwilę przyszedł SMS z numerem Chralovej. Powała oznaczył go kryptonimem „Znajoma”. „Ale tajemniczy!” – zaśmiałem się w duchu i stanąłem pod sklepem na rogu Mokotowskiej i Koszykowej. „Odbiło mi!” – skarciłem się w myślach – „Po cholerę wchodzę w kamery Czechów? Licho wie, kto tam jeszcze patrzy!”. Zawróciłem Mokotowską w stronę Placu Zbawiciela, a potem Marszałkowską poszedłem do domu. Po drodze wszedłem do sklepu Ery w „mojej” kamienicy, kupiłem „Tak-Taka” i poszedłem do domu. Zjadłem coś, włączyłem telewizor. Obejrzałem jakieś głupie filmy, poczytałem trochę, a gdy zrobiło się późno włączyłem Yesa. Nie piłem nic. Nie myślałem o niczym. Zasnąłem przy „Close to the Edge. Śniła mi się szara Astra, której światła zmieniły się w zielone oczy.

Obudziłem się o szóstej rano. Nie mogłem spać. Była ciepła, wrześniowa sobota. Wykąpałem się, zapaliłem na śniadanie papierosa. Włożyłem czarne Levisy, czarny T-shirt z długimi rękawami. Narzuciłem granatową kurtkę Wranglera, na nogi czarne Pumy i zbiegłem na dół. Pobiegłem na przystanek tramwajowy przy Rakowieckiej. Nie czekałem długo. Po jakichś trzech minutach przyjechało „35”. Za kwadrans byłem na skrzyżowaniu Andersa i Stawki.

Wszedłem w podwórka i dostałem się do Niskiej. Minąłem szkołę i znalazłem się na tyłach budynku Stawki 3. Wejścia do klatek wychodziły na podwórko. Mieszkanie nr 32 znajdowało się w czwartej klatce. Poczekałem chwilkę i pomogłem jakiejś kobiecie z siatkami otworzyć drzwi. Podziękowała, a ja szybko wszedłem do środka. Chralova mieszkała na drugim piętrze. Jej drzwi znajdowały się na końcu korytarza, po prawej stronie od wejścia. Podszedłem do nich. Cisza. „Jest dopiero wpół do ósmej. Sobota. Pewnie jeszcze śpi.” – pocieszałem sam siebie irracjonalnie. Wszystko było zresztą irracjonalne, a ja zwariowałem zupełnie. Wycofałem się cichutko. Postanowiłem poszukać jej samochodu. Najpierw jednak zlokalizowałem jej okna. To mniejsze było otwarte. Balkon też był uchylony. To jeszcze nic nie znaczyło. Było przecież ciepło, a mieszkanie było na drugim piętrze.

Szarą Astrę z dyplomatycznymi numerami znalazłem zaparkowaną przy ul. Dubois. Normalne miejsce, bez żadnych oznaczeń. Parkowała, jak każdy, czyli gdzie popadnie, byle blisko domu. Stanąłem na Dubois tak, by widzieć i parking, i wejście do klatki. Przysłaniał mnie blok nr 12, jakaś budowa. Byłem niewidoczny z jej okien, chociaż widziałem je poprzez wysokie drzewa. Kontrolowałem wszystkie drogi odejścia. Gdyby poszła w moją stronę, to zdążyłbym „uciec” i schować się za kolejnym budynkiem. Mogła pójść do samochodu, wyjść na Stawki ścieżką od Niskiej lub Dubois, pójść Niską w stronę Andersa. Idealny PZ: kontrolowałem wszystkie drogi niewidoczny dla figuranta. „Figurantki!” – roześmiałem się w duchu, zastanawiając się po co ja tu stoję, jak jakiś zakochany uczniak albo wściekły „Beciarz”, bo kazali mu pracować w wolną sobotę, w dodatku bez legendy pobytu w tym miejscu. Postanowiłem skrócić czas oczekiwania. Wyjąłem swoją „Nokię” i zmieniłem kartę na SIM kupiony wczoraj. Wcześniej wprowadziłem do pamięci telefonu numer, który przysłał mi Mateusz. Teraz wyświetliłem go, zapaliłem papierosa, zaciągnąłem się głęboko kilka razy i nacisnąłem symbol „Połącz”. Po trzech sygnałach usłyszałem ciepłe i miękkie „Halo”. Nie miałem już odwrotu.

CDN

Pomóż nam!

Więcej możecie Państwo przeczytać na stronie powieści w odcinkach pt. Sprawa kryptonim „Holub” czytaj TUTAJ.