Wiele razy wspominałam o tragedii naszych przyjaciół, Eli i Mundka Wnuk Lipińskich, którzy w okresie stanu wojennego stracili swego syna. Siedemnastolatka, maturzysty, wyrzuconego przez esbeckich oprawców z 14 piętra bloku na Czerniakowskiej. Oddalonego o kilkaset metrów od ich domu.
Zbrodnie poprzedziła inna, nie wiem czy mniejsza, bo zbrodni nie powinno się stopniować. Opisałam tę pierwszą w swojej książce „Ciemne gwiazdy, ciemne śniegi”. Kuba, ten właśnie zamordowany chłopiec, miał zaprzyjaźnionego księdza, któremu opowiedział przebieg całego zdarzenia.
Starałam się zachować wierność tego zdrzenia i rozmowy, choć oczywiście bohater mojej książki nie jest tym księdzem, tylko wytworem literackiej fantazji. W książce ksiądz dokształca grupkę maturzystów z fizyki, a Kuba (w książce Dawid) jest jednym z tych douczających się chłopców.
Żeby nie zanudzać, podziele opowiadanie (tak, jak o panu Telidze) na kilka odcinków.
„Najlepszymi z leszkowych kursantów byli Bartosz i Dawid, tegoroczni maturzyści. Chłopcy nie tylko dużej wiedzy, ale jeszcze większych ambicji. Dostaliby się na wyższą uczelnię bez korepetycji czy paraiafialnych „kompletów”. Ale oni chcieli na tych kompletach dowiedzieć się więcej niż było potrzebne do zdania egzaminu. Po prostu chciali wiedzieć jak najwięcej. Sami dla siebie. (…..)
Na pierwszym ponoworocznym komplecie Dawid się nie pojawił. A chłopcy mieli dziwne miny. Leszek znał takie miny. Jego uczniowie zastanawiali się: „Powiedziec księdzu, czy nie powiedzieć?”. Przeczuł ważność tej ich rozterki. Więc nie zapytał. I może właśnie dlatego, że nie zapytał, postanowili mu powiedzieć.
Wychodząc z zajęć jeden z chlopców bąknął:
– Ksiądz wie, że Dawida pobili?
Leszek zdziwił się.
– Kiedy? I kto go pobił?
Teraz rozgadali się wszyscy.
– Wracał z prywatki. Od dziewczyny. Szedł przez park Kultury. Pusto było. Jak to w nocy. Napadli na niego cała hurma. I strasznie go skatowali. Ale nic mu nie zabrali. Choć miał przy sobie troche gotówki i ładny zegarek. I fajny półkozuszek. No, tyle, że ten kozuszek złachmanili.
– I? – spytał Leszek.
Wzruszali ramionami.
– I nic. Jakoś dowlókł się do Ksiażęcej, na przystanek autobusowy. Pasażerowie się nim zajęli. Obok jest szpital, to chcieli żeby do szpitala… Ale Dawid się nie zgodził. Podał adres i kierowca zawiózł go pod dom.
I?
– Rodzice wezwali lekarza. Z sąsiedztwa. Opatrzył go. Kazał obserwować. Rano było trochę lepiej. Tylko okropnie poobijany. Siniec na sińcu.
– A dlaczego nie zawieżli go na pogotowie?
– Bali się, że lekarze z pogotowia zawiadomią milicje.
– Chyba trzeba było zawiadomić milicje – powiedział ksiadz Leszek.
Chlopcy popatrzyli na księdza proboszcza jak na mieszkańca Marsa.
– Powiedzieliby, że brał udział w bójce. I wsadzili do aresztu. Albo i sami by mu jeszcze dołomotali.
Leszek pokiwał głową. Rozum nie przestawił mu się jeszcze na nowe tory.
– Moge go odwiedzić? – spytał.
Nie wiedzieli.
– Niby nikogo nie chce widzieć…. Ale ksiadz….
– Zapytajcie.
– Zapytamy (……).
Na zapytanie zareagował nie Dawid, ale ojciec Dawida. Następnego wieczora przyszedł na plebanię (….) Był zdenerwowany. Zapalił papierosa. Ręce mu drżały.
– Jak sie czuje Dawid? – spytał ksiąz Leszek. – Nie ma urazów wewnętrznych? Czasem pod wpływem szoku objawy nie wystepują od razu.
(…)
– – Chyba nie – – odparł ojciec Dawida (…) Napastnicy nie mieli chyba zamiaru go zabić, tylko poturbować. Nastraszyć. Jego. A jeszcze bardziej – mnie.
Leszek nie zrozumiał.
– Po co mieli go straszyć? Chodziło o dziewczynę?
Tym razem nie zrozumiał ojciec Dawida.
– O jaką dziewczynę?
– Podobno wracał z prywatki… Urzadzanej przez swoją dziewczynę…
Ojciec Dawida zapalił drugiego papierosa.
– Ksiądz niczego nie rozumie.
Leszek nie zaprzeczyl. Nic nie rozumiał.
– Byłem członkiem partii. Nie szeregowym. Pierwszym sekretarzem w poważnym naukowym instytucie. Liczącym się dla KC. (….) Nie podobał mi się 13 grudnia, Ale przetrzymałem. Nie podobała mi się masakra w kopalni „Wujek” . Też przetrzymałem. Nie wytrzymałem w marcu. Po zajściach w Bydgoszczy. Oddałem legitymację partyjną. Wiedziałam, że nie obejdzie się bez przykrości. Ale przeszło dość gładko. Tak mi sie przynajmniej wydawalo (….) bo rozmawiano ze mna dość grzecznie. Na tyle, że nie zwróciłem uwagi na zawoalowane ostrzeżenie: „Macie syna. I nie boicie się, o niego?”. Jakoś, głupi, wtedy nie zrozumiałem, że to groźba.
A teraz….
– Łączy pan pobicie Dawida z tą rozmową? – spytał ksiądz Leszek.
– A ksiądz by nie połączył?
– Ksiądz pomyślał, że chyba by połączył.”
Autor: Jolanta Makowska
Absolwentka socjologii UW, doktorantka Instytutu Pedagogiki, dziennikarka i publicystka m.in. Twojego Dziecka, „Przegladu Katolickiego”, „Przegladu Tygodniowego”, „Listu do pani”, redaktorka „Wiadomości o Senacie”, autorka książek dla dzieci, ksiażek wspomnieniowych, varsawianów oraz wielu powieści obyczajowych.
Zostaw komentarz