Pod koniec 1988 roku umarła moja matka. Dożyła sędziwego wieku, odchodziła z tego świata pogodzona z losem, osoby doświadczonej prawie czterdziestoletnim wdowieństwem, wypędzeniem z ziemi rodzinnej, prześladowaniami za pochodzenie, trudem samotnego wychowania trójki dzieci. Pan Bóg wynagrodził jej to pod koniec życia – czułą opieką najstarszej córki i kontaktami z siedmiorgiem wnucząt. Przygnębiony jej odejściem przypomniałem sobie, że kiedyś zostałem zagadnięty przez radcę prawnego szpitala, w którym pracowałem, czy przypadkiem nie jestem synem nauczycielki jego matki?
Postanowiłem ją odszukać. Przekazując jej smutną wiadomość, spotkałem się ze wzruszającym przywiązaniem wiekowej już pani do wspomnień z tamtego okresu. Zatrzymała mnie wtedy dłużej, żeby wszystko mi dokładnie, co się w jej życiu wydarzyło opowiedzieć. Dominujące miejsce w tych wspomnieniach zajmowała zbrodnia ludobójstwa w Hucie Pieniackiej, w której wtedy zamordowano jej siostrę Annę oraz brata Pawła Jarymkiewiczów i inne bliskie jej osoby.
20 lat temu – udałem się do ówczesnego proboszcza w Dziećmarowie ks. Henryka Kuczery, któremu podlegał również kościół pod wezwaniem Św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Babicach… z propozycją, wmurowania na murze cmentarnym tablicy upamiętniającej zagładę Huty Pieniackiej. Byłem przygotowany na wstręty, jakie mógł mi robić, posiadający śląskie korzenie ksiądz. Stała się jednak wtedy rzecz dziwna. Jakby siła wyższa i wszechmocna wsparła mój projekt, ksiądz się z tego pomysłu ucieszył. – Z nieba mi pan spadł – wykrzyknął.
Bo wie pan, mam spory problem. Od lat bowiem, dawni mieszkańcy Babic, zamieszkali obecnie w Niemczech, głównie w powiecie Holzminden, zabiegają o to, żeby na placu przed kościołem postawić marmurową rzeźbę… „Pietę”, upamiętniającą ich pobyt na ziemi, którą w wyniku przegranej wojny musieli opuścić. Niestety, moi parafianie – wywodzący się ze Wschodu – nie chcą się za żadne skarby na to zgodzić. Żadne argumenty do nich nie trafiają. Odpowiadają twardo… to nie my księże proboszczu wywołaliśmy II Wojnę Światową. A wie pan… „Pieta” w sam raz mi pasuje, żeby postawić ją tam na przykościelnym terenie, gdzie teraz rolnicy, jak przychodzi pora wykopów… przyczepy z burakami stawiają, kościół zasłaniają, tak że tylko wieże widać. Dom Boży jak folwark wygląda. A teraz to już nie będą mieli wyjścia… i jak chcą mieć tablicę, którą pan proponuje, to będą się musieli również zgodzić na „niemiecką Pietę”. W ten to sposób dawni mieszkańcy Huty Pieniackiej, Pieniak, Majdanu Pieniackiego, Huty Werchobuskiej – znaleźli się w kleszczach szerszej niż tylko wspomnienia i chęć upamiętnienia pomordowanych przez Ukraińców bliskich polityki. Na Opolszczyźnie bowiem dawał się wtedy wyraźnie odczuć społeczny podział na tych co, przez swoje pochodzenie mieli możliwości wyjazdu do pracy na Zachód i z nich korzystali – i na tych, dla których pracy w ogóle w tym czasie brakowało, a bezrobocie mierzone było w dwucyfrowymi procentami. Z jednej strony cisnął ich ksiądz z sąsiedniej parafii, który od Niemców otrzymał 10 tys. marek, kwotę w tamtych czasach dosyć pokaźną, a z drugiej strony naciskałem ja. Tak więc emocje, jakie towarzyszyły, powstaniu tego, jednego z pierwszych w Polsce miejsca upamiętnienia ofiar ludobójstwa, popełnionego przez ukraińskich nacjonalistów były duże. Odbyło się kilka zebrań z mieszkańcami, zakończonych głosowaniem w wyniku czego Niemcy otrzymali zgodę na „Pietę” z dwuznaczną inskrypcją pocieszenia się wersetem z Biblii „Synu człowieczy, oto zabieram ci nagle radość twych oczu, ale nie lamentuj ani nie płacz, ani nie pozwól, by płynęły ci łzy”. A ja zaś, zacząłem się rozglądać za kamieniarzem, który miałby się podjąć wykonania i zamontowania tablicy. Udało się mi do tego namówić p. Podstawkę z Suchej Psiny, który, nawet nie zbyt drogo za swoje usługi policzył, wziął o ile pamiętam – niewiele ponad 1 ty. zł . Wspominając teraz o tym – winien jestem Wam wyjaśnienie, dlaczego sprawa upamiętnienia zbrodni w Hucie Pieniackiej była dla mnie taka ważna?
Pod koniec 1988 roku umarła moja matka. Dożyła sędziwego wieku, odchodziła z tego świata pogodzona z losem, osoby doświadczonej prawie czterdziestoletnim wdowieństwem, wypędzeniem z ziemi rodzinnej, prześladowaniami za pochodzenie, trudem samotnego wychowania trójki dzieci. Pan Bóg wynagrodził jej to pod koniec życia – czułą opieką najstarszej córki i kontaktami z siedmiorgiem wnucząt. Przygnębiony jej odejściem przypomniałem sobie, że kiedyś zostałem zagadnięty przez radcę prawnego szpitala, w którym pracowałem, czy przypadkiem nie jestem synem nauczycielki jego matki? Postanowiłem ją odszukać. Przekazując jej smutną wiadomość, spotkałem się ze wzruszającym przywiązaniem wiekowej już pani do wspomnień z tamtego okresu. Zatrzymała mnie wtedy dłużej, żeby wszystko mi dokładnie, co się w jej życiu wydarzyło opowiedzieć. Dominujące miejsce w tych wspomnieniach zajmowała zbrodnia ludobójstwa w Hucie Pieniackiej, w której wtedy zamordowano jej siostrę Annę oraz brata Pawła Jarymkiewiczów i inne bliskie jej osoby.
Ja o tym nic nie wiedziałem. Rodzice bowiem bardzo niechętnie wracali do wspomnień z tamtego okresu. Jednak one co rusz ożywały, wraz z pojawieniem się u nas, w nowym miejscu zamieszkania w Wadowicach kogoś z tamtych czasów : naszych krewnych przemieszczających się na „Ziemie Obiecane”, albo uczennic mojej mamy – szukających u moich rodziców rady- co w tych, nowych okolicznościach robić? Rozmawiano przyciszonym głosem, przeważnie wtedy, kiedy poszliśmy już spać. Byłem małym dzieckiem, ale moja pamięć chłonęła i utrwalała w sobie wszystko to, co dotyczyło tamtych spraw i czasów. Tamtych ludzi i tamtej ziemi z której zostaliśmy wypędzeni. Mitycznej krainy, o której w okresie dorastania i później, wstyd przyznać – zupełnie zapomniałem. Dopiero ona, pani Janina Inorowicz, uczennica mojej mamy, prosta kobieta, której edukacja zakończyła się na 6 klasie szkoły, której moja mama w Pieniakach była kierowniczką – moje wspomnienia z dzieciństwa obudziła. Dodatkowo w tym, mniej więcej czasie, prokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Krakowie Włodzimierz Konarski na łamach Trybuny Opolskiej organu prasowego KW PZPR w Opolu informował o wszczęciu śledztwa w sprawie zagłady Huty Pieniackiej. Apelował do osób, które coś na temat tych tragicznych wydarzeń wiedzą. Prosił o współpracę z Oddziałem Krakowskim Instytutu Pamięci Narodowej. Bardzo poruszony odpowiedziałem na ten apel, opublikowanym przez gazetę tekstem „Ocalałem z rzezi zgotowanej Polakom”. Opisywałem w nim moje kontakty z osobami, które w Hucie Pieniackiej utraciły najbliższych krewnych. Wymieniłem ich nazwiska, w większości podane mi przez uczennicę mojej mamy. Podałem również okoliczności zamordowania przez ukraińskich nacjonalistów siostry mojego ojca, jej męża i ich nastoletniej córeczki, mojej kuzynki. Jakieś trzy lata po opublikowaniu listu – nawiązało ze mną kontakt Stowarzyszenie Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów z Wrocławia, Fundacja im. Św. Andrzeja Boboli, wydawca kwartalnika „Na Rubieży”. Stowarzyszenie prowadzi benedyktyńską pracę zbierania dokumentacji dowodowej na temat zbrodni dokonanych na Kresach Wschodnich. Upomina się o pamięć ofiar. Oczekuje ustalenia sprawców ich ukarania, jest strażnikiem prawd i faktów, często niewygodnych, przeszkadzających coraz to liczniejszym inicjatywom „pojednania”, które chcą nie tyle wybaczyć, co zapomnieć!
Kolejnym echem mojego listu były korespondencje od czytelników gazety, zamieszkałych obecnie w okolicach Grodkowa, a także prośba prokuratora Witkowskiego z Krakowa, żebym się zgodził oficjalnie zeznawać w sprawie Huty Pieniackiej. Dla ułatwienia zostałem wezwany na posterunek Policji w Kietrzu i przez tamtejszego oficera dochodzeniowego formalnie, pod odpowiedzialnością karną za zeznawanie nieprawdy lub ukrywanie prawdy – zostałem przesłuchany. Protokół z tego przesłuchania, został wysłany do Krakowa.
Nie był to na pewno przypadek, że policjantem mnie przesłuchującym był mąż mieszkanki Babic, miejscowości zamieszkałej przez nielicznych ocalałych z Huty Pieniackiej, a także wypędzonych z Pieniaków, Majdanu Pieniackiego, Wehrebuska Huciska Wehrebuskiego mieszkańców. Pamięć o tamtych tragicznych wydarzeniach i o straszliwej dacie 28 lutego 1944 r. była w Babicach bardzo starannie przechowywana. Pojechałem do tej, położonej niedaleko Baborowa wsi. Zastałem tam wtedy jeszcze wiele innych osób, pamiętających moich rodziców, nawet ich dawną służącą, której brat był u ojca stangretem panią Marię Czyżewską. Huta Pieniacka tkwiła w pamięci ludzkiej.
Do 2001 roku przesłuchano w śledztwie 84 świadków. Wśród nich wielu mieszkańców powiatu głubczyckiego. Wstrząsającą relację złożyła pani Stefania Orłowska mieszkanka obecnie Bernacic k/Głubczyc, cudownie ocalała, przeżyła z dzieckiem, ukryta pomiędzy umierającymi w męczarniach, ciężko postrzelonymi przez Ukraińców mężem i bratem. Zmarznięta i głodna wraz z dwuletnią córeczką leżała w śniegu, wokół płonęły domy, stodoły, w których żywcem palono ludzi. Pani Stefania była jedną z uczestniczek w sprawie, która występowała jako osoba pokrzywdzona, a wraz z nią wymienieni byli: Kowalczykowscy, Kobylańscy, Orłowscy, Sowińscy, Sobolewscy, Michalewscy, Bernaccy, Iłowscy, Bąkowscy i inni. Postanowiłem uczcić pamięć tego ludobójstwa poprzez tablicę z odpowiednia inskrypcją. Najlepszym do tego miejscem wydawał mi się kościół, a raczej jego otocznie – mur cmentarny. I tak w Babicach powstały dwa sanktuaria pamięci poświęcone, tym którzy opuścili swój Heimat – i tym, którzy zostali w imię narkotycznej wizji Samostijnej Ukrainy pomordowani. Nie obyło się też przy tym bez korowodów z wojewodą, którego komisja ds. pamięci i pomników kręciła nosem na napis o „ludobójstwie”.
Na szczęście, wtedy jeszcze byłem dosyć wpływowym, lokalnym politykiem, wywodzącym się z Rolniczej Solidarności. W Opolu pamiętano mi spektakularne akcje protestacyjne, które miały zastopować sprzedaż PGR-ów dotychczasowym ich kierownikom, więc w obawie przed czymś podobnym komisja wydala jak Piłat stanowisko, że nie mogą zająć stanowiska ze względu na brak czasu (a mieli trzy miesiące z okładem do zastanowienia się). Przyjąłem to jako urzędową zgodę i na 28 lutego 2002 r. został wyznaczony termin odsłonięcia tablicy. Odtąd, od 19 lat – w rocznicę zagłady Huty Pieniackiej – gromadzą się w Babicach wokół tablicy Kresowianie, przedstawiciele władz samorządowych, państwowych, żołnierze, policjanci, harcerze, młodzież szkolna i mieszkańcy województwa opolskiego.





Zostaw komentarz