Nadeszły ostatnie dni naszej pielgrzymki. Przez Łotwę jechaliśmy do Druskiennik na Litwie gdzie mieliśmy ostatni nocleg. Przed nami cały dzień jazdy, bo trasa liczyła 750 km. Nie znaczy to jednak, że niczego po drodze nie zwiedzaliśmy. Na Łotwie zatrzymamy się w miejscowości Rundale, położonej 75 km na południe od Rygi, by zobaczyć sławną rezydencję rodziny Bironów.

Z okien autokaru podziwialiśmy krajobrazy na które składały się piękne świerkowe lasy i małe urocze miasteczka. Po drodze widzieliśmy majaczący w oddali zamek krzyżacki Gottharda Kettlera (1517 – 1587), w którym zamieszkał ostatni mistrz zakonu krzyżackiego w Inflantach. Na skutek sytuacji politycznej i szerzącej się w zakonie reformacji, która spowodowała zachwianie dyscypliny w zakonie i jego powolny rozkład, Gotthard Kettler przystąpił do rozwiązywania struktur zakonnych i zrezygnował z dalszego przewodzenia zgromadzeniu krzyżackiemu w Inflantach. Po pewnym czasie zerwał z celibatem i ożenił się.

Gdy minęliśmy zamek Kettlera, nasz przewodnik Andrzej zaczął opowiadać nam historię wspaniałego barokowego pałacu w Rundale, porównywanego do Wersalu. Ta była rezydencja rodziny Bironów, zaliczana jest do jednego z najpiękniejszych budynków Łotwy.

Jego historia zaczyna się w lipcu 1735 roku gdy niewielką miejscowość Rundale w Kurlandii kupuje Ernst Johan Biron, faworyt carycy Anny Iwanowny z dynastii Romanowów. Zatrudnił on sławnego architekt carskiego Francesco Bartolomeo Rastrellego, który budował pałace w Carskim Siole i pałac zimowy w Petersburgu, do sporządzenia projektów nowej siedziby.

Ponieważ okoliczny teren nie obfitował w surowce budowlane, a do Rundale nie prowadziły wtedy żadne drogi, architekt polecił wybudowanie 12 cegielni, w których wytworzono ponad 3 miliony cegieł potrzebnych do powstania rezydencji.

24 maja 1736 roku położono kamień węgielny pod fundamenty pałacu, a w 1738 pałac Rundale został ukończony. Jednak Ernst Johan Biron nie nacieszył się nim długo, bo padł ofiarą spisku, stracił łaski i został skazany na karę śmierci, zamienioną na zsyłkę na Syberię. Po śmierci carycy nastąpiło złagodzenie kary i powrót z zesłania. Za czasów Katarzyny II Birun wrócił do łask i w wieku 80 lat zajął się odnawianiem zapuszczonego pałacu. Po III rozbiorze Polski Katarzyna II oddała pałac Rundale swojemu faworytowi Zubowowi.

Duże straty w pałacu wyrządziła wojna francusko-rosyjska w 1812 roku, podczas której Francuzi rozkradli tapiserie, szkło, porcelanę oraz bibliotekę. Po uzyskaniu niepodległości w 1918 roku rząd niepodległej Łotwy przejął kontrolę nad pałacem i przez pewien czas wykorzystywał go jako lazaret, internat a następnie muzeum.
II wojna światowa ominęła Rundale, ale dopiero w 1972 podjęto prace renowacyjne trwające do dziś. Obecnie pałac przekształcony jest w muzeum licznie odwiedzane przez turystów.

Pałac jest otoczony cudownymi ogrodami. By do niego dojść szliśmy przepiękną kasztanową aleja. Już z daleka widać było pomalowane na biało-bordowo piękne budynki stajni, które są znacznie oddalone od rezydencji. W jednym z nich znajduje się kasa biletowa.

Będąc między nimi widać z daleka barokowy kompleks pałacowy, zachwycający swym pięknem i rozmiarem. W czasach swojej świetności przy pałacu znajdowało się 16 budynków gospodarczych, 60 hektarów lasu, w którym urządzano polowania, a także przepiękny 10 hektarowy park w stylu francuskim. Idąc do niego co chwilę mijały nas grupy turystów które wracały z pałacu.

By wejść na jego teren przeszliśmy przez monumentalną bramę której kolumny wieńczą siedzące lwy. Po jej przekroczeniu znaleźliśmy się na rozległym dziedzińcu prowadzącym do wejścia pałacowego.

Przed wejściem do środka po obu stronach drzwi na zwiedzających czekało dwóch młodzieńców przebranych za lokai w strojach z epoki. Chwilę z nimi porozmawiałam.

Do zwiedzenia były 43 sale. Jak powiedział nam przewodnik wyposażenie, głównie obrazy, oraz nieliczne meble i porcelana zostały zakupione przez muzeum. Te, które istniały za Bironów, wywieziono do Czech i na Śląsk, natomiast wyposażenie z czasów późniejszych właścicieli Szuwalowów, uległo zniszczeniu podczas I wojny światowej.

Idąc korytarzami w oczy rzucają się dziesiątki poroży wiszących na ścianach. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie wspaniała klatka schodowa z bogatą dekoracją oraz wysokimi oknami. By zobaczyć komnaty należy wejść nimi na piętro, a jest co oglądać.

Każda jest niepowtarzalna pod względem kolorystyki wyposażenia i dekoracji. Zwłaszcza gdy patrzy się na w stiuki widać niepowtarzalność i kunszt wykonania. Na ścianach i bogato zdobionych rokokowych konsolach umieszczone są XVII-wieczne obrazy włoskich i flamandzkich mistrzów. Duże wrażenie robią przepiękne piece kaflowe pochodzące z Delft.

Ciekawy był Pokój Toaletowy księżnej z archaicznymi dziś przyrządami do zachowania higieny, przepiękna sala bilardowa z olbrzymim obrazem księcia oraz jadalna z bogatą porcelanową zastawą.

Chodząc po komnatach doszłam do gabloty w której była rubinowa biżuteria oprawiona w złoto.

Godna obejrzenia była sala w której manekiny kobiet ubrane były w stroje z dawnych epok oraz gabloty z delikatnymi koronkowymi tkaninami w których gustowały ówczesne damy.

Podobała mi się pod względem kolorystycznym sypialnia księcia z obudowanym łóżkiem oraz dwoma piecami sprowadzonymi z Gdańska. Przyjemnie byłoby przespać się na takim łożu.

Ze względu na mające się odbyć koncerty, nie było dane nam zobaczyć, sławnych sal: Złotej – słynącej z oryginalnego parkietu z 1860 roku i sufitu o powierzchni 200 m² zdobionego malowidłami cnoty: Siłę, Mądrość, Prawdę, Szczodrość i Doskonałość, a w części centralnej przedstawiającej – Zeusa przekazującego koronę księciu Kurlandii, ani Białej – zwanej również Balową posiadającą 5 lustrzanych okien, które wzajemnie się odbijając, dając złudzenie, że w pomieszczeniu jest ich 13, oraz jej misternie wykonanych stiuków z imponującą ilością detali.

Wychodząc z pałacu, mimo niedosytu, to co zobaczyliśmy zachwycało nas. Szkoda, że mieliśmy tak mało czasu na dokładniejsze zwiedzanie.

Wyruszyliśmy dalej. Po modlitwie przewodnik Andrzej odpowiadał nam na nasze różne pytania. Między innymi co można ciekawego kupić na Litwie. Oprócz chleba bocziu z kminkiem, litewskiej słoniny, sławnego kindziuka, godne polecenia były różnego rodzaju sery w tym twarożek w czekoladzie (jak się potem okazało były przepyszne), oraz różne alkohole, w tym słynny balsam „Suktinis”. W krajach nadbałtyckich nie widziałam zachodnich super marketów. Przeważają ich rodzime firmy lub tak jak w Estonii ewentualnie fińskie.

Gdy przekroczyliśmy granice Litwy zrobiło się pochmurno i przed Kownem zaczął padać deszcz. Andrzej zażartował, że na Litwie jest pogoda w paski, chwile słoneczne przeplatane deszczem.

Do sławnego kurortu uzdrowiskowego Druskiennik dotarliśmy wieczorem. Nasz nocleg znajdował się kilka kilometrów od miasta. Zanim udaliśmy się na spoczynek zjedliśmy pyszną obiadokolację. Po jej skończeniu poszliśmy do przydzielonych nam pokoi w luksusowym obiekcie.

Dopiero następnego dnia rano idąc na śniadanie zobaczyliśmy jak piękne jest miejsce w którym spędziliśmy noc. Obiekt w którym byliśmy składał się z kilku oddalonych od siebie przepięknych parterowych domków. Stołówka była urządzona na ludowo, a posiłki podawano na stoły o grubych blatach wykonanych z litego drewna. Po wyjściu ze stołówki okazało się, że tuż przy niej płynie nieduża rzeczka wijąca się między łąką a olchami i brzozami. Gdy siedziało się na przy stołówkowej werandzie, była ona dosłownie pół metra od brzegu. Jej szum działał kojąco.
Po śniadaniu udaliśmy się autobusem na zwiedzanie Druskiennik. To zajmujące 22 km² nieduże miasteczko położone nad Niemnem, liczy 16 647 mieszkańców. Położone pośród wszechobecnej zieleni lasów, łąk i jezior charakteryzuje się wspaniale jonizowanym powietrzem przesyconym zapachem leśnych olejków eterycznych. Sięgając wstecz możemy się dowiedzieć, że mikroklimat tego obszaru był opisywany już w kronikach krzyżackich. Miasto i okolice słyną ze źródeł wody mineralnej, borowiny oraz „białego złota” czyli z soli.

W XIX wieku powstało pierwsze uzdrowisko, ale nie było bazy mieszkaniowej tylko kilka chałup. Na zabiegi przyjeżdżało się z całym dobytkiem. Jednym z najsłynniejszych kuracjuszy był Józef Piłsudski, który tak bardzo pokochał lokalny, łagodny mikroklimat, że w pobliskiej okolicy posiadał swój dom. To dzięki jego pobytom popularność uzdrowiska znacznie wzrosła.

W Druskiennikach znajduje się obecnie 14 sanatoriów do których przyjeżdżają kuracjusze z całego świata, między innymi z Polski. Najsłynniejszym jego punktem jest Lecznica Druskiennicka – profesjonalny zakład opieki zdrowotnej, który oferuje szereg licznych zabiegów. Tutejsza woda mineralna, bogata jest w wysoką ilość naturalnych minerałów. Zawarte są niej jony chloru, sodu, potasu, wapnia, mikroelementy oraz substancje organiczne.

Ostatni dzień naszej pielgrzymki był piękny, ciepły i słoneczny. Po śniadaniu udaliśmy się do zbudowanego w latach 1912-1932 kościoła rzymsko – katolickiego pod wezwaniem Matki Boskiej Szkaplerznej na ostatnią już mszę podczas naszej pielgrzymki. Gdy weszliśmy do niego był pełen wiernych, bowiem oprócz nas we mszy świętej uczestniczyli mieszkańcy Druskiennik i kuracjusze. Widziałam, że msza w języku polskim odprawiana przez naszych księży bardzo się im podobała.

Po mszy wyruszyliśmy na spacer po miasteczku. Spacerując po uzdrowisku dotarliśmy do pijalni wód mineralnych. Mieliśmy okazję ich się napić. Do wyboru mieliśmy dwa rodzaje wód mineralnych: „Ausra”, „Druskininkai”. Spróbowaliśmy obu.

Z pijalni wód udaliśmy się na spacer po parku a następnie zielonym bulwarem nad brzegiem Niemna. Gdy patrzyłam na jego wodę przypomniała mi się powieść Elzy Orzeszkowej „Nad Niemnem” i dzieje jej bohaterów na tle życia polskiego społeczeństwa XIX wieku.

Po spacerze mieliśmy chwile na pobuszowanie w pobliskich sklepikach pełnych pięknej biżuterii głównie wykonanej z bursztynu. Ponieważ Polska słynie z wyrobów bursztynowych nie byłam nią specjalnie zainteresowana. Z mężem udaliśmy się do znajdującej się nieopodal przepięknej malutkiej drewnianej cerkwi. Jej cudowny kształt, niebieski kolor oraz białe okna i czarne 4 kopuły narożne i jedna środkowa z daleka przykuwały naszą uwagę.

Podchodząc bliżej okazało się, że jest otwarta, tylko znaki informowały o zakazie robienia wewnątrz zdjęć. Można do niej wejść z trzech stron przez białe drzwi z krzyżem, ale tylko jedne były otwarte.
Gdy weszliśmy do środka byliśmy oczarowani. Ikonostas był przepiękny. Ponieważ mąż dobrze rozmawia po rosyjsku porozmawiał ze starszą panią ,która się nią opiekowała. Dowiedział się, od niej, że cerkiew jest pod wezwaniem Ikony Matki Bożej Wszystkich Strapionych Radość. Przychodzą do niej prawosławni Rosjanie, mieszkający w litewskim uzdrowisku Druskienniki. Świątynia została wzniesiona w 1865 r. na potrzeby przyjeżdżających do miasteczka kuracjuszy z całej carskiej Rosji. Ikonostas w głównym ołtarzu ufundowała wnuczka sławnego rosyjskiego księcia feldmarszałka Michaiła Kutuzowa. Starsza pani sprzedała nam ikonę przedstawiającą Matkę Boską Ostrobramską. Za to, że dokonaliśmy zakupu pozwoliła nam zrobić jedno zdjęcie.

Niedaleko bo w Parku Grutas koło Druskiennik, znajduje się muzeum pomników i innych śladów po komunizmie. Żałowałam, że nie było czasu aby do niego wstąpić. Warto byłoby zobaczyć zgromadzone w nim eksponaty z kórych wiele wykonanych przez znanych litewskich artystów, to dzieła sztuki.

Ostatnim punktem programu naszej pielgrzymki była jazda kolejką linową w górę w miejsce Aquaparku i Snow Area w Druskiennikach, gdzie czekał na nas autokar. Jazda kolejką nie trwała długo, za to widoki z góry na miasteczko i otaczające go lasy i jeziora były przepiękne.

Gdy dotarliśmy na miejsce, nadszedł czas pożegnania z naszym przewodnikiem Andrzejem Kostyginem, Polakiem z Litwy z którym zżyliśmy się w czasie tego naszego pielgrzymowania. Były słowa pożegnania i łzy wzruszenia. Mamy nadzieję, że spotkamy się kiedyś ponownie.

Po opuszczeniu autokaru przez Andrzeja wyruszyliśmy w dalszą drogę powrotną. Do granicy litewsko-polskiej mieliśmy tylko 46 kilometrów, Tallina 1001 kilometrów, do Helsinek 1088 km. Przez Augustów, Mikołajki, Olsztyn, Elbląg wracaliśmy do Malborka do którego dotarliśmy późnym wieczorem. Zmęczeni, ale szczęśliwi pożegnaliśmy współtowarzyszy i księdza proboszcza Józefa Micińskiego organizatora naszej pielgrzymki marząc o tym, by wkrótce znów wyruszyć na pielgrzymkowy szlak.

Postscriptum

27 sierpnia,ksiądz proboszcz Józef zaprosił nas na mszę świętą dziękczynną za naszą pielgrzymkę, w kaplicy przy kościele św. Urszuli Ledóchowskiej w Malborku. Po mszy było miłe kameralne spotkanie uczestników pielgrzymki. Przy kawie, herbacie i ciastkach miło było oglądać zdjęcia i filmy z podróży, które przy pomocy rzutnika prezentował proboszcz. Podczas niekończących się rozmów i wspomnień snuto plany kolejnych wspólnych wyjazdów, które mam nadzieję będzie mi dane opisać.

Foto:Liliana i Zdzisław Borodziuk