W Bieszczadzkiej księdze historii są jeszcze białe karty, których dziś nikt nie chce zapisać. Losy ludzi, o których zapomniano i puszczono w niepamięć. Taką osobą był Symon.
Urodził się w jednej z bieszczadzkich wsi. Dorastał wśród gór, lasów i strumieni. Ojciec – weteran I wojny, inwalida bez prawej ręki. Stracił ją podczas walk. Symon od najmłodszych lat wraz z matką i dwiema siostrami był siłą napędową skromnego gospodarstwa.
Przyszła wojenna zawierucha. Większość mieszkańców powitała nowy ład z radością. Zaczęły się antagonizmy w stosunku do Polaków i innych narodowości. Ojciec Symona głośno potępiał to, co się dzieje. Miał ogromny szacunek i uznanie wśród mieszkańców. Uchodził za człowieka prawnego i uczciwego. Tak też wychowywał swoje dzieci.
Stopniowo sąsiedzi zaczęli odwracać się od rodziny, a z czasem przerodziło się to we wrogość. Nastał straszny czas. Bieszczadzkie niebo spowiły krwawe łuny. UPA przyjęła władzę. Nikt nie był pewny swojego losu. Sotnie ogłosiły przymusowy pobór w swoje szeregi.
Pewnego wieczoru kilku konnych zajechało pod chyżę. Bez pukania weszli do sieni. Rodzina spożywała wieczerzę. Zabierając ze stołu najlepsze kęsy, zaśmiali się rubasznie. – Zbieraj się. Pójdziesz spełnić swój patriotyczny obowiązek. Idziesz walczyć za wolną Ukrainę.
W tym momencie ojciec wstał i trzasnął lewą ręką w stół. – Nigdzie nie pójdzie. On tu potrzebny. Kto pole obrobi? Dziewczyny i żona nie poradzą same.
Na twarzach żandarmów wykwitła nienawiść. – No to zobaczymy. Sam przyjdzie. – Nie chcieli zabierać go siłą. W pomieszczeniu było jeszcze dwóch sąsiadów. Żandarmi nie chcieli pokazywać, na co ich stać. Wioska w końcu zaopatrywała ich w żywność.
Gdy tylko wyszli, matka zawołała Symona do sieni. – Musisz się ukryć. To długo nie potrwa. To wszystko szybko się skończy. – Naszykowała synowi prowiant i ciepłe ubranie. Chłopak zniknął w czeluściach nocy. Szedł do starej ziemianki w lesie z czasów I wojny. Jakiś czas temu wyremontował ją, jakby coś przeczuwał.
Choć posłanie z mchu i igliwia było bardzo wygodne, nie mógł zasnąć. Cały czas myślał o rodzinie. Tak minęło kilka dni. Żywność, jaką dostał od matki, skończyła się. Miał odbierać kolejne porcje w umówionym miejscu.
Mieszkali pod samym lasem. Do najbliższych zabudowań było kilkaset metrów. Podchodził bardzo ostrożnie. Wszędzie panowała cisza. To wzbudziło jego podejrzenia. Zobaczył otwarte drzwi domu. Widok był makabryczny. Ojciec wisiał na drzewie. Pozbawiony był drugiej ręki, która leżała obok. Ciała matki i sióstr odnalazł kawałek dalej – zmasakrowane, nie do poznania. Nad Sonią pastwili się najbardziej.
Pragnął zemsty. Chciał dopaść katów swojej rodziny. Sposób był tylko jeden – dobrowolnie zgłosić się do sotni. Warta zaprowadziła chłopaka wprost do dowódcy. Ten roześmiał się rubasznie. – Wiedziałem, że to cię przekona. Jesteś zdrajcą i dezerterem. Dla takich jak ty jest jedna kara.
Sąd odbył się wieczorem. Karę śmierci wspaniałomyślnie zamieniono na 50 „buków”. Skatowanego Symona wyrzucono do ziemianki. Tylko dzięki silnemu organizmowi i dziewczynie siłą wcielonej do oddziału przeżył. Dostał przydział do kuchni. Sotenny wiedział, co drzemie w chłopaku. Widział to w jego oczach. On tymczasem szukał morderców swojej rodziny.
Pewnego wieczoru usłyszał rozmowę żandarmów. Po kolacji suto zakrapianej alkoholem przechwalali się mordem na jego rodzinie. Opowiadali ze szczegółami pozostałym członkom sotni kolejne akty męczarni. Symonowi stanęła przed oczami cała rodzina.
Nazajutrz został wydelegowany do wsi po kontyngent. Dostał karabin i 5 nabojów. W razie czego nie mógł zrobić większej krzywdy któremuś z członków bandy. Cały czas był pod obserwacją.
Jeden z gospodarzy podczas załadunku zaczął dopytywać dowódcę o jakieś spotkanie. Chłopak nadstawił uszu. Za tydzień w tej chałupie mieli się spotkać dowódcy i żandarmi z łącznikiem z zachodu. Nie było na co czekać. Plan miał gotowy od dawna.
W nocy uciekł z obozu. Pierwsze kroki skierował do wojskowych, którzy stacjonowali kilka kilometrów dalej. Wartownik zachował czujność. Dokładnie przeszukano Symona. Dopiero kiedy zdjął koszulę, zaczęto mu wierzyć. Przesłuchanie trwało do wieczora.
Następnego dnia ściągnięto posiłki. Symon po kolei wskazywał magazyny z żywnością. Wojsko skrupulatnie szykowało się do akcji. Chcieli rozbić sotnię i wziąć do niewoli dowódców oraz łącznika. Akcja miała odbyć się w jednym czasie.
Uzgodniono, że Symon będzie udawał łącznika, którego wcześniej zamierzano aresztować. Wieczorem otoczono wieś. Wszystko szło zgodnie z planem. Jeszcze tylko ujęcie watażków.
Chłopak podszedł pod okiennice. To trwało sekundy. Z brezentowej torby wyciągnął pęk granatów nadzianych na metalowe kółko. Wewnątrz chyży rozległa się potężna eksplozja. W sekundę później kolejny granat miał w ręce. Wyciągnął zawleczkę i – żeby nikomu nie stała się krzywda – rzucił się na ziemię.
Z ciała zostały strzępy. Dopełnił swojego postanowienia. Żołnierze patrzyli smutnym wzrokiem. Był z nimi krótko. Nikt nie powiedział słowa. Symon miał żołnierski pogrzeb ze wszystkimi honorami. Pochowany w obrządku, w jakim był ochrzczony.
Dla jednych zdrajca, dla innych ktoś, o kim dziś już nikt nie pamięta…
Jeśli ktoś musi znać nazwę wsi czy miejsce pochówku – nie dowie się. Nie dodaję tego, czego nie wiem i czego mi nie przekazano. To wiadomość dla wszystkich maruderów, którzy zarzucą, że historia jest wyssana z palca. Nie piszę dla nich. Piszę dla tych, którzy chcą pamiętać i czytać – a nie szukać sensacji w każdym słowie. Nawet osoba, która opowiedziała mi tę historię, nie pamiętała a może nie chciała pamiętać…

Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz