To może być mój ostatni post, ponieważ poruszę w nim sprawę, która rozpali emocje, a moje zdanie może – i pewnie tak będzie – odebrane jako atak na obecny układ władzy. Proszę tylko o jedno: zanim ocenicie przeczytajcie do końca ten artykuł. To długi artykuł i pewnie nie na niedzielę. Przeczytajcie uważnie i zrozumcie. Byłem z PiS o wiele wcześniej niż sondaże wyniosły tą partię na pierwsze miejsce, jestem z PiS i będę z tą partią mimo ewidentnych pomyłek. Uważam, że tylko ta formacja polityczna jest w stanie oddać Polskę Polakom. Ta deklaracja również zostanie wykorzystana przeciwko mnie. I cóż z tego? PRZECZYTAJCIE TEN POST UWAŻNIE I DO KOŃCA.

Ten post jest o sprawie, o której dotąd nie wypowiadałem się publicznie. Prywatnie zresztą też. Chodzi o ustawę dezubekizacyjną. Konieczna jest forma rozliczenia z PRL. Musi to być rozliczenie definitywne oraz sprawiedliwe. Winni powinni zostać ukarani, a PRL winien zostać wymazany ze sposobu myślenia o państwie i jego obywatelach. Musimy to zrobić, jeśli chcemy w końcu pójść dalej. Niestety, ta ustawa nie załatwia nic i jest wyłącznie hasłem, sloganem rzuconym społeczeństwu. Jest tylko igrzyskiem, a nie chlebem, swoistym auto da fe, bo kogoś trzeba powiesić, by gawiedź była zadowolona. Przykro mi to pisać, lecz po przeanalizowaniu skutków tej ustawy muszę użyć tych fraz. Dlaczego?

Po pierwsze, moja emerytura jest wysoka, tak jak emerytury wszystkich ludzi, wykonywujących ten zawód na całym świecie. To krótka i intensywna kariera. Taka jest ta praca. Została wypracowana po roku 1989 w nowej Polsce. Za siedem lat w SB to tylko 4,9%, a i tak chciałem z tego zrezygnować. Nie chcę żadnych pieniędzy za tamten okres. Dla mnie, mentalnie, moja praca zaczęła się w UOP. Nigdy też, przez tamte siedem lat nie popełniłem żadnego przestępstwa. Zgadzam się, wiedziałem, gdzie idę w listopadzie 1982 roku, lecz nie zawsze jest to tak proste. To stało się, dokonało i nie cofnę tego. Trudno. Opisałem to praktycznie w każdej swojej książce. Mówiłem i mówię o tym publicznie. Zostałem zweryfikowany pozytywnie, zacząłem pracować na „najgorszych” kierunkach i nigdy tej pracy nie wykorzystałem dla „ustawienia się” po jej zakończeniu. Frajerstwo? Może, patrząc na skutki tej ustawy, to pewnie tak, ale dla mnie, to byłą zwykła uczciwość wobec państwa, którego bronić miałem i którego staram się bronić nadal. W „Weryfikacji” opisałem scenę z roku 1993, w której to scenie dwóch moich kolegów z Wydziału XI Departamentu I proponuje mi układ, polegający na „połączeniu” swojej pracy w kontrwywiadzie z ich interesami. O korzyściach nie wspomnę. Odmówiłem wtedy i usłyszałem; „Zamykasz sobie drogę!”. W ubiegłym tygodniu moi dwaj rozmówcy zainkasowali po 40 milionów złotych i opuszczają kraj. Nie osiągnęliby tego, gdyby nie „układy”, w których odmówiłem udziału. Rok wcześniej wziąłem stronę wyrzuconych funkcjonariuszy po upadku rządu Olszewskiego, zgłosiłem próbę korupcji, której ośrodkiem był oficer wywiadu na przykryciu, czego „koleżeństwo” nie może mi darować dotąd. Za moją pracę zapłaciła też moja rodzina. Moje ganianie się z Ruskimi w roku 1999 i 2000 spowodowało, że moja żona musiała zrezygnować całkowicie z pracy, a konieczność zachowania tajemnicy uniemożliwiało mi reakcję. Potem już było za późno. Ten punkt napisałem jedynie, by skrótowo pokazać kontekst, a nie chwalić siebie samego. Jest kilka jeszcze osób, o których mógłbym napisać podobnie, lecz nie sądzę, by chcieli być wymieniani publicznie.

Po drugie, paradoksalnie ta ustawa chroni zweryfikowanych negatywnie oraz tych, którzy zostali zwolnieni dyscyplinarnie, lub wykorzystali pracę w służbach do robienia własnych interesów. Ostatnio spotkałem dawnego znajomego z MSW. Nie wiedziałem nawet, że pracował w „Trójce”. Został zweryfikowany negatywnie, a ponieważ miał 14 lat pracy, żadnej emerytury nie dostał. Pracował sobie na różnych stanowiskach, nawet wysokich i przeszedł do ZUS. Teraz śmieje się głośno, bo jego emerytura nie jest zagrożona. Ma z ZUS 4500. Ta ustawa dotyczy tylko tych z ZER (Zakład Emerytalno – Rentowy MSW). Ci z ZUS mogą być bezpieczni, a są to głównie ci, których negatywnie zweryfikowano w roku 1990 i ci, którzy odeszli wcześniej na z góry upatrzone pozycje w administracji państwowej (znów „Weryfikacja”, w której to opisałem). Mordercy księdza Jerzego Popiełuszki, też będą mieli więcej. Zostali w 1984 roku wydaleni dyscyplinarnie ze służby i pracowali w więzieniu. Ja za ten okres mam 0,7% (ustawa PO), a oni po 1,3 chyba. Potem byli w ZUS, a dwóch z nich po wyjściu z więzienia zbudowało potężne biznesy. Państwo im pomogło, dając nowe tożsamości i umożliwiając działalność gospodarczą, bo był już kapitalizm ( ), a nie socjalizm, którego tak bronili. Ustawa ta chroni także licznych generałów (emerytury generalskie mają trochę inne zasady). Żaden z nich praktycznie nie potrzebuje emerytury, ponieważ pracuje prywatnie i pomnaża majątki. „Zasiłek” z ZER to kieszonkowe tylko. Jako ciekawostkę podam, że jedna z osób, mających w latach osiemdziesiątych siłę sprawczą, nie podlegała pierwszej ustawie dezubekizacyjnej, ponieważ jej emerytura w roku 1989 była niższa od minimum socjalnego, co nie przeszkadza jej być potężnym udziałowcem jednej z prywatnych firm (udziały wynoszą 4 miliony złotych). Nota bene większość emerytur z lat 1989-1992 nie przekracza 1800 złotych. Te naprawdę wysokie raczej nie dotyczą MSW, pracy przed rokiem 1989 oraz zweryfikowanych negatywnie. Im nic nie grozi. Nie napisałem tego punktu z „zazdrości”, ani po to, by wybielić siebie. Chcę jedynie pokazać błąd ewidentny skrywany pod sloganem „sprawiedliwość społeczna”.

Po trzecie, ta ustawa nie dotyczy również tych, których rodzice umieścili w służbach po to, by je nadal kontrolować. Wiem, że dzieci nie mogą odpowiadać za czyny rodziców, ale w myśl ustawy moje dziecko odpowie za moje siedem lat w SB. Poza tym widziałem w kontrwywiadzie i wywiadzie co się dzieje i jak szybko awansuje potomstwo moich byłych szefów. To jest bardzo złe dla służby wszędzie na świecie. Amerykanie i Anglicy zabezpieczyli się przed „dynastiami”. U nas wszystko opierało się na „dynastiach”. Ludziom, którzy przyszli po roku 1990 nie grozi nic, bo przypadkiem urodzili się później niż ja. O skandalach, wpadkach, przekrętach z ich udziałem nie będę pisał, bo przecież jest to pewnie nadal „ściśle tajne”. Wspomnę tylko ostatnią aferę w PKP. W niej wszyscy przyszli do służby po roku 1990. Podobnie jeden z obecnych wyższych funkcjonariuszy, który powinien być „w okładkach” za nieautoryzowane kontakty z Rosjanami, o czym donieśli partnerzy ładnych kilka lat temu. Pominę też pewnego generała w czapce z „Aurory”. Wszyscy przyszli po roku 1990.

Po czwarte, czuję się ukarany za pracę na kierunku rosyjskim czy wschodnim w ogóle. Redaktor Nisztor opisał w GP pewnego „Ukraińca”, z którym „walczyłem”, którego sprawę mi zabrano, a który spokojnie przechadza się ulicami Warszawy i pali cygara w ekskluzywnym hotelu. On wygrał. Zostałem za niego ukarany, tak jak za nerwy, stresy i pokręcone życie, spowodowane tym, iż wierzyłem, i dotąd wierzę, że wszystko, co zrobiłem w UOP i AW, zrobiłem dla swojego kraju. Mimo idiotycznej ustawy nie żałuję żadnej sekundy, spędzonej w prawdziwej pracy operacyjnej.

Po piąte, o tej ustawie wiedziałem już dawno. Na długo przed pojawieniem się plotek o niej. Rozumiałem i rozumiem, a nawet popieram konieczność definitywnego rozliczenia PRL, SB i PZPR Kto jednak podlega tej ustawie? Kto wprowadził stan wojenny? Skąd pochodzili komisarze wojewódzcy, komisarze w zakładach pracy? Jakie mundury nosili? Kto sądził i wydawał wyroki? Kto pałował na ulicach i strzelał do ludzi? Nagle okazuje się, że wszyscy byli przeciwni PZPR, chrzcili dzieci po kryjomu, a w ogóle to stanowili rzesze „Wallenrodów”. Nie wszyscy byli winni, lecz wszyscy byli umoczeni. Ja też i nie wybielałem się nigdy. Nie wszyscy popełnili przestępstwa, a wszyscy, tak, jak ja, popełnili błąd. Niektórzy, tak, jak ja, starali się ten błąd naprawić. Ci ostatni zostali obecnie ukarani.

Po szóste i ostatnie, wielu sądzi, że jestem po tej stronie, by uratować emeryturę. Niech sobie myślą co chcą, bo ja wiem co zrobię. W tej ustawie istnieje procedura odwoławcza. Ja jednak mam dość udowadniania, że nie jestem wielbłądem. NIE MAM ZAMIARU PODDAWAĆ SIĘ JAKIEJKOLWIEK PROCEDURZE ODWOŁAWCZEJ. Nie dlatego, że obawiam się jej, ale dlatego, że gdybym poddał się jej, zaprzeczyłbym całej swojej pracy po roku 1990 i zrównałbym się z ludźmi, o których pisałem wyżej, a którzy już kokietują PiS, a w tym ci, którzy byli odpowiedzialni za „zagospodarowywanie” materiałów SB w latach 1988-1989. Ta ustawa spowodowała, że teczki znów zagrają. Ujawniłem się, na moją prośbę ujawniono moje akta, nie ukrywam swojego życiorysu, nie wybielam się i to wystarczy. Procedura odwoławcza równa mnie z przestępcami, a na to nie mogę pozwolić. Nie mam też zamiaru odbierać resztek, które mi zostaną, gdyż będzie to ocena mojej pracy po roku 1990. Skoro państwo oceniło ją jako naganną, nie mogę otrzymywać za nią wynagrodzenia. Proste i jasne.

Nie wiem, czy moja firma przetrwa. Jestem pełen obaw, gdyż sprawy pozamerytoryczne mogą zagrać największą rolę. Jestem niewygodny dla wszystkich, a ten post może zostać skwitowany krótkim zwyczajowym argumentem. Trudno! Najwyżej będę segregował śmieci z moimi kumplami spod śmietników, z którymi czasem pogadam, popalę i wypiję napój w plastikowej butelce, za 4,70 sztuka. Wierzcie mi, moja działalność publiczna jest darmowa, a na książkach nie zarabiam nic. To za małe wydawnictwa, a ja nie jestem znanym autorem, by poprawić stan własnych finansów.

Popieram PiS i będę popierał mimo ewidentnych błędów, bo wiem, że tylko ta partia ma szansę mój kraj naprawić. Żadna głupia ustawa nie spowoduje zmiany moich poglądów. Nie chce mi się tylko pisać. Słowa nie chcą się składać i układać sensownie.

Czekam teraz na gromy.