Kolejny „wolny dziennikarz” zaatakowany przez reżim PiS. Mniej więcej taka narracja towarzyszy wezwaniu na policję niejakiego Wojciecha Cieśli, żurnalisty szwajcarsko-niemieckiego tygodnika Newsweek.

Należący do tych samych właścicieli der Onet grzmi w obronie zagrożonej „wolności słowa”:

Artykuł pt. „Dubler” ukazał się w „Newsweeku” 13 sierpnia. Jest to sylwetka Mariusza Muszyńskiego, który w 2015 roku dzięki PiS został sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Jak napisano w wezwaniu dostarczonym Cieśli, dochodzenie policji, prowadzone pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Warszawie, dotyczy publikacji artykułu „bez zgody osoby zainteresowanej” – informuje branżowy Presserwis..

– Brak mi słów – komentuje Wojciech Cieśla. – Obóz władzy nie po raz pierwszy wykorzystuje przeciwko dziennikarzom aparat władzy: policję, prokuraturę, ABW. Nie było ze strony Muszyńskiego żadnych innych prób porozumienia się, nie było kontaktów, próśb o sprostowanie itp. Od razu policja. A więc praca dziennikarska została potraktowana jak przestępstwo – mówi.

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/wojciech-ciesla-wezwany-na-policje-za-artykul-napisany-bez-zgody-osoby/4y137t3?fbclid=IwAR2HbmdTTPt1LGyPFwdSHmoRaA1x1ORq7iTlkkw9qoQDWLJ23y1KihhH81k

 

Wyboltowane przeze mnie słowa świadczą niestety o tym, jak bardzo Onet i inne media należące do tzw. springerowskiej stajni pogardzają swoimi czytelnikami.

Przekaz, jaki poszedł do nieświadomego czytelnika, jest bowiem prosty jak walenie cepem:

W państwie PiS praca dziennikarska traktowana jest jak przestępstwo.

Zdaniem specjalistów od czarnego PR, na co dzień udających „dziennikarzy” (jak dowodzi tego cytowany fragment), powodem wezwania na przesłuchanie jest publikacja artykułu „bez zgody osoby zainteresowanej”.

Taki bzdet chcą wdrukować społeczeństwu.

Tymczasem chodzi o fragment tekstu, który ujawnia miejsce zamieszkania sędziego Muszyńskiego:

Rodzina sędziego jest znana w okolicy. W miejscu, w którym ulica [w oryginalnym tekście pada pełna nazwa] kończy się szutrem, przed obrośniętym domem parkuje terenowy samochód. Muszyńscy mieszkają w piętrowej willi z dwójką dzieci.

https://www.newsweek.pl/polska/polityka/sedzia-muszynski-czyli-dubler-to-z-powodu-tego-tekstu-policja-wzywa-naszego/j26w0fr

.

.

W tekście podana jest również miejscowość.

Prawo w takim przypadku jest jednoznaczne.

Art. 14 u. 6 Prawa prasowego wyłącza możliwość publikowania takich danych bez zgody zainteresowanego.

Nie wolno bez zgody osoby zainteresowanej publikować informacji oraz danych dotyczących prywatnej sfery życia, chyba że wiąże się to bezpośrednio z działalnością publiczną danej osoby.

To, gdzie jest położony dom sędziego Muszyńskiego, ile ma dzieci, jak nazywa się ulica, przy której mieszka, w żaden sposób nie wiąże się z jego naganną działalnością publiczną. Oczywiście naganną zdaniem mediów reprezentujących w Polsce niemieckie interesy.

To jednak w żaden sposób nie upoważnia do ostentacyjnego łamania prawa.

Pogląd, iż życie intymne polityków także podlega pełnej ochronie, znalazł akceptację w orzecznictwie sądowym. Sąd Apelacyjny w Łodzi w sporze pewnego polityka z jednostką prasy, która przedrukowała pewne fragmenty głośnej książki pt. „Pamiętnik Anastazji P.”, uznał, że prasa nie ma prawa do ingerencji w sferę intymną polityka. Uznał również, że informacje ze sfery intymnej nie wiążą się z bezpośrednio z działalnością publiczną powoda. Wyrok zapadł na tle informacji o „upijaniu się powoda”, „wessaniu się w szyję hostessy” oraz tym podobnych (orzeczenie omawia M. Puwalski, Prawo do prywatności, s. 145–148).

I to nie za rządów PiS, ale jeszcze w odległych czasach AWS-u i SLD.

Jak zresztą można przeczytać w pochodzącym z 2017 r. komentarzu do Prawa prasowego autorstwa dr hab. Lisa (na szczęscie Włodzimierza, a nie Tomasza 😉 ) :

Z treści art. 14 ust. 6 wynika, że ten, kto publikuje bez zgody osoby zainteresowanej informacje i dane dotyczące prywatnej sfery życia ponosi odpowiedzialność karną na zasadzie art. 49 PrPras. Pod pojęciem „publikowania” należy rozumieć w tym przypadku podmiot, który zdecydował o podaniu do wiadomości publicznej określonych informacji i danych objętych prywatnością. Z reguły będzie to redaktor naczelny, który ponosi odpowiedzialność za wszystko, co w redakcji się dzieje, w tym także za treść przygotowywanych przez redakcję materiałów prasowych.

Jak widać redaktor naczelny polskojęzycznego Newsweek’a Tomasz Lis znalazł obrońcę w postaci polskojęzycznego portalu Onet, gdzie publikuje.

Onet broni Lisa przed odpowiedzialnością karną.

Należący do Ringier Axel Springer Polska SA Onet broni redaktora naczelnego należącego do Ringier Axel Springer Polska SA Newsweek’a.

A ty, biedny i głupi zdaniem Lisa i jego mocodawców czytelniku daj się ponieść emocjom i uwierz, że trzeba bronić „wolności słowa”.

Zagłosuj więc w najbliższych wyborach na tych, którzy chcą ocenzurować Internet tak, aby już nic nie mąciło przekazu sączonego z newsweek’a i gazety wyborczej.

Tak to wygląda, jeśli chodzi o media, których właściciele mieszkają w Niemczech i Szwajcarii.

Tymczasem na dole, niezależne media są ciągle ścigane przez niezadowolonych z krytyki lokalnych watażków.

Niekoniecznie polityków.

Do legendy przeszedł wieloletni konflikt pomiędzy burmistrzem Bobowej Wacławem Ligęzą a niezależnym dziennikarzem lokalnym Maciejem Rysiewiczem.

W walce tej lokalny kacyk używa dostępnych mu środków, policji i prokuratury nie wyłączając.

Tak samo działa znany m.in. z naszych łamów „ojciec rodzicielstwa zastępczego”  w powiecie gliwickim niejaki Ireneusz Kopania.

Jakikolwiek dziennikarz, który ośmieliłby się opublikować materiał jemu nieprzychylny z automatu naraża się na proces, w którym Kopanię reprezentuje częstochowski prawnik, kolega Borysa Budki i znanego ostatnio z tzw. afery KNF Grzegorza Kowalczyka (miał być zatrudniony w Getin Noble Banku na żądanie Marka Ch.).

Tak samo próbowała wytoczyć armaty prawne przeciwko dziennikarzowi ujawniającemu niebotyczne zarobki warstwy kierowniczej urzędników opieki społecznej zatrudniona w gliwickim Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie niejaka Monika Oszywa.

Natomiast apogeum prześladowania naprawdę wolnych i niezależnych mediów stanowi próba uwikłania w wieloletni proces podjęta przez wiązanych z aferą FINCREA (ok. 500 mln zł straty, afera porównywalna, o ile nawet nie większa, z Amber Gold) wrocławskich prawników Andrzeja KustręGabrielę Białowąs.

Zamiast ścigać ww. za to, że poprzez system wzajemnie powiązanych spółek faktycznie kontrolowali dolnośląski przekręt wszechczasów lokalna prokuratura próbuje ścigać ujawniającego bezsporne fakty (uwidocznione w KRS!) niezależnego dziennikarza.

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że mocno zaangażowana wrocławska prokuratura nie jest właściwa miejscowo a w przeszłości na jej terenie miało miejsce zabójstwo na komisariacie. Dopiero ujawnienie wstrząsającego nagrania ostatnich chwil Igora Stachowiaka pozwoliło na przeniesienie śledztwa do innej jednostki i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych.

Nikt, poza jednym posłem (dr hab. Józef Brynkus, dziękujemy!) nie zabrał w tej sprawie głosu pomimo informowania o niej najwidoczniej „zależnych” mediów.

A przecież we wszystkich opisywanych wyżej przypadkach nie było ze strony opisywanych osób żadnych innych prób porozumienia się, nie było kontaktów, próśb o sprostowanie itp. Od razu policja. A więc praca dziennikarska została potraktowana jak przestępstwo.

Na wyraźne żądanie osób urażonych publicznemu pokazywaniu ich publicznej, a nie prywatnej, działalności.

Prawdopodobnie w oparciu o ciągle istniejące lokalne układziki, których łatwo się nie pozbędziemy.

Pressmania najwidoczniej jest portalem „gorszego sortu” i nie zasługuje na pomoc medialną innych.

Co więcej, próba zamykania ust osobom niezadowolonym z lokalnej (pamiętającej jeszcze ugrupowanie pajaca z gumowym penisem) władzy przybiera formy znane w najgorszych satrapiach komunistycznych współczesnego świata. Oto mieszkanka Wadowic została ukarana za to tylko, że na forum internetowym wyraziła powszechny pogląd na sposób wydania społecznych pieniędzy przez lokalnego kacyka (na szczęście przepadł w ostatnich wyborach).

Na dodatek uczyniła to w oparciu o fakty i bez użycia słów uznanych za obraźliwe choćby w niewielkim stopniu.

Coraz częstsze ataki na niezależne media dowodzą, że monopol informacyjny, jaki chciały zachować polskojęzyczne „wolne media” mające niemieckich i szwajcarskich właścicieli został skutecznie przełamany.

I nie da się tego odwrócić inaczej, jak tylko za pomocą ocenzurowania Internetu.

Na szczęście nowy Związek Europejskich Republik Radzieckich zanim się na dobre zaczął już się rozpada.

Na nic zdadzą się wysiłki €-posłów z PO, którzy tak ochoczo podnosili rączki głosując za nałożeniem e-knebla na społeczeństwo.

Przetrwamy.

30.11 2018