Był taki krótki czas, że dojeżdżałem do Warszawy nocnym / wczesnoporannym pociągiem z Bielska-Białej. Nocowałem u Mamy na ul. Wapiennej. Stamtąd na piechotę o drugiej nad ranem wychodziłem na pociąg. Szedłem ponad pół godziny na dworzec. W środku nocy. Ulicą 11 listopada.
Mama zawsze miała przygotowane wczesne śniadanie, które zjadałem o 1 w nocy i kanapki. Zasypiałem ok. dziewiątej pod wieczór, żeby obudzić się cztery godziny później. W mieszkaniu zawsze było nagrzane dymem nikotynowym. Wszystko śmierdziało przepalonymi papierosami.
W pociągu aż do Katowic wlepiałem twarz w okno. Czechowice-Dziedzice, Pszczyna, Piasek, Tychy – wszystko to znałem na pamięć. Te podróże sprawiały mi prawdziwy ból. Czułem się przez nie zmasakrowany. Byłem jak wilgotna ciepła szmata zamiatająca syf całej Polski Południowej, jak ocynkowany kubeł brudnej wody, jak śledź z obciętymi uszami wyrzucony na chodnik i rozdeptany przez przypadkowych przechodniów.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz