Nie jestem zwolennikiem dzielenia narodów rozumianych w kategoriach dużych wspólnot ideologicznych lub etnokulturowych, w których więzi co do zasady są zapośredniczone, na „dobre” i „złe”, „sprawiedliwe” i niesprawiedliwe”, „ludzkie” i „nieludzkie” itd. Tego typu uogólnienia nie mają większego sensu, bo w kazdym narodzie są tacy i owacy.

Nurtuje mnie jednak wciąż pytanie o proporcje między „tymi” i „owakimi”.

Bo jeśli uważnie prześledzić historię powszechną od przełomu XVIII i XIX wieku, czyli okresu, który inauguruje tworzenie (się) nowoczesnych narodów i państw, widać jak na dłoni, że:

– jedne narody (państwa) wykazują wyjątkowe predyspozycje do tworzenia systemów zagłady innych narodów poprzez stosowanie na masową skalę różnych technik zabijania przedstawicieli innych narodów lub grup etnicznych. I czynią to z zadziwiającą wręcz precyzją i skrupulatnością, zupełnie na chłodno, tłumacząc to w kategoriach swej własnej „racjonalności”.

– inne narody (państwa) nie mając co do zasady elit politycznych i innych sprawczych decydentów, którzy byliby w stanie opracowywać plany masowej zagłady, same doświadczają wyniszczenia i zagłady swoich członków, z której część jakimś cudem przeżywa by móc o tym otwarcie mówić.

– pomiędzy tymi sytuacjami istnieje wiele sytuacji pośrednich.

Obydwie sytuacje na trwałe formują moim zdaniem psychikę i polityczną sprawczość na wiele pokoleń. Te pierwsze nie znikają ot tak po prostu w wyniku jakiejś pojedynczej politycznej akcji typu „denazyfikacja” czy „dekomunizacja”.

Rosja, Polska, Rumunia, Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Hiszpania, Portugalia, Belgia, Holandia, Włochy, USA.

???

W moim mniemaniu to kryterium może w jakiejś mierze wyjaśnić toczący się konflikt na Ukrainie.

Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.