Kiedyś, nawet w głębokiej komunie, która nie zdołała złamać ducha Akademii, rozpoczęcie roku akademickiego było wielkim wydarzenie. Wielu, zwłaszcza studentów, starannie dobranych po srogich egzaminach przesiewowych, rozpoczynało go niemal na bezdechu. Z wrażenia i ze świadomością bycia na starcie do stawania się elitą. Były czasy, w których profesura nie była łajana przez pracowników administracyjnych za niedopełnienie idiotycznych i nikomu do niczego niepotrzebnych obowiązków. I ta profesura zamiast sylabusów (również nikomu do niczego niepotrzebnych), zamiast tych wszystkich sprawozdań i starań o punkty, które nie dają się wymienić na nic, po prostu żyła życiem intelektualnym, prowadząc płodne intelektualnie dyskusje, kształcąc adeptów nauki, pokornych i rozumiejących, a nie jak obecnie zuchwałych i pyskatych.
Przyszły lata 90. i wówczas politycy ponad podziałami doszli do wniosku, że w Polsce jest za duże bezrobocie wśród młodych, a jak młody nie będzie mieć nic do roboty, to wywróci w tri miga ten ich zafajdany stoliczek, usrany moralnymi kompromisami, grubymi kreskami i innymi łajdactwami. Wymyślono wówczas 1000 uniwersytetów na tysiącktórąś rocznicę polskiej państwowości, ogłaszając dumnie, że każdy głupi może teraz studiować, nawet jak mu się nie chce. Rządzącym zależało na zbudowaniu katalizatora, który na pięć lat opóźniał wejście na rynek pracy, której nie było, wyżu demograficznego. Kształcenie akademickie w warunkach umasowienia siłą rzeczy podupadało, traciło na jakości. Tym sposobem dobijano resztki kultury akademickiej, która przetrwała represje komunistyczne. Przodownikami pracy “na odcinku” kształcenia młodzieży stawali się docenci marcowi i inni im podobni. Zarabiali wówczas krocie. Gdybym ja w ich czasach zrobił habilitację, nie tylko nie miałbym kredytu hipotecznego, ale miałbym pięć mieszkań i trzy samochody. Żyło się wówczas grubo profesurze zatrudnionej na kilku etatach. Mam nadzieję, że ktoś kiedyś opisze naukowo tę patologię, której beneficjenci do tej pory zasiadają w ważnych ciałach decyzyjnych polskiej nauki i utyskują na współczesne “reformy” systemu szko(d)nictwa wyższego.
Zmieniają się rządy, ale stare struktury, sitwy i zależności w szkolnictwie wyższym mają się całkiem nieźle. Tak się zakorzeniły, ugruntowały i zapewniły sobie nieodwoływalność, że NCN jako spółdzielnia kilku uczelni przyznająca granty tylko wiernym, bo miernym, jest oazą obiektywnej oceny. Patologia świata akademickiego przestaje już być tajemnicą poliszynela, szeptaną po kątach, staje się oczywista dla wszystkich. Kudrycka, Gowin uruchomili wielki program uczynienia z jeszcze istniejących archipelagów świata prawdziwie akademickiego, zakładów pracy chronionej dla kombinatorów. W pewnym momencie przestał liczyć się prawdziwy dorobek naukowy, a zaczęły decydować punkty przyznawane arbitralnie przez sekretarki z Ministerstwa Nauki na zasadzie losowania znanego im z gry w pasjansa, która zajmowała większą część ich pracy w ministerstwie.
Współczesny naukowiec tak oto stał się pariasem, biedakiem, zbrukanym, ośmieszonym i upokorzonym. Przez polityków, przez zwykłych obojętnych ludzi, do których nie mam żali, że tego nie zauważyli, bo mieli ważniejsze dla siebie sprawy na głowie. III RP dokonała aktu niewiarygodnego wręcz upokorzenia tych wszystkich, którzy poświęcili swoje życie dla nauki i kształcenia elit.
Z Panem ministrem Czarnkiem byłem dwukrotnie umówiony na rozmowę na ten temat. Pierwszy termin został anulowany z podaniem drugiego, drugi anulowany bez podania kolejnego. Ja mam w sobie dużo pokory i cierpliwości. I dużo wyrozumiałości. Powiem nieskromnie, że mogłem mu pomóc zrozumieć pewne sytuacje i procesy, w interesie nas wszystkich, ale jak nie, to nie.
Kultura akademicka gnije tak, że aż śmierdzi i ci, którzy tego nie czują, albo nie mają odpowiedniego węchu, albo są konformistami przekonanymi, że to się wszystko jakoś ułoży lub ostatecznie będzie mniej śmierdzieć.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz