Pakt migracyjny UE zawiera system „obowiązkowej solidarności”. I choć „żadne państwo członkowskie nie będzie nigdy zobowiązane do przeprowadzania relokacji”, to „ustalona zostanie minimalna roczna liczba relokacji z państw członkowskich, z których większość osób wjeżdża do UE, do państw członkowskich mniej narażonych na tego rodzaju przyjazdy”. Liczbę tę ustalono na 30 tys. i „wkład finansowy” 20 tys. euro na relokację jednego migranta. Oczywiście: „Liczby te można w razie potrzeby zwiększyć” – czytamy w komunikacie Rady UE.

„Totalni” twierdzą, że Polska może poprosić KE, aby migrantów jej nie przysyłano skoro już przyjęła miliony uchodźców z Ukrainy. KE wtedy taką prośbę rozpatrzy może nawet pozytywnie. Kanclerz Niemiec wyjaśnił w Bundestagu, że ten „system odciąży Niemcy”, ponieważ jego kraj do tej pory były głównym celem niekontrolowanej migracji wewnętrznej w strefie Schengen. Nie wspominał nic o rzekomej możliwości wyłączenia z „systemu” takich państw jak Polska lub Czechy. Odwrotnie, zapewniał, że wszystkie państwa UE będą musiały tak samo zaangażować się w pakt migracyjny.

Obowiązujące w Unii prawa człowieka gwarantują każdemu swobodę przemieszczania się i wybór miejsca zamieszkania. Forsowane przez Berlin stanowisko oznacza, że w UE migrantów, którzy chcą zamieszkać w państwach Europy zachodniej będzie się przymusowo przesiedlać np. do Polski. Gdzie trzeba będzie ich siłą zatrzymywać, jeśli tam zamieszkać nie zechcą. Polska będzie też płaciła kary jeśli nie przyjmie przymusowych osiedleńców (20 tys. euro za jednego), ale też jeśli oni uciekną z Polski np. do Niemiec.

Rzecz jednak w tym, że kto może zamieszkać w danym kraju, decyzję w sprawie przyjęcia migrantów powinny podejmować tylko władze państwa członkowskiego UE, co gwarantuje zasada jednomyślności, organy unijne takiego prawa nie mają. Instytucje UE łamiąc/obchodząc postanowienia traktatowe usiłują odbierać kolejne uprawnienia przynależne państwom członkowskim. Jeśli więc Polska wystąpi z wnioskiem do KE w sprawie relokacji migrantów to tym samym przyzna, że KE ma prawo decydowania w tej kwestii. Tak to sobie spryciarze berlińsko-brukselscy wymyślili.

Czytaj więcej.

Fot. Pixabay.com

Autor: prof. Romuald Szeremietiew
Polski polityk, publicysta, doktor habilitowany nauk wojskowych, nauczyciel akademicki, m.in. profesor nadzwyczajny Akademii Obrony Narodowej i Akademii Sztuki Wojennej, poseł na Sejm III kadencji, były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej.