Pierwsza fabularna modlitwa

(Druga fabularna modlitwa: http://pressmania.pl/?p=29106
Trzecia fabularna modlitwa: http://pressmania.pl/?p=29124 )

Dedykuję:

Prezydenckiej Parze Rzeczypospolitej,
Ks. infułatowi Romanowi Indrzejczykowi, Andrzejowi Przewoźnikowi, Stanisławowi Mikkemu i Wszystkim Męczennikom zbrodni Smoleńskiej

“Straszna jest śmierć, chociaż nam daje życie wieczne ”
(Św. Faustyna Kowalska, Dz. 321)

“Kto ukradł mi portfel i telefon komórkowy?!”
(cytat)

UWAGA: wizerunek oraz życiorys bohatera opowieści są fikcją literacką i w całości zostały wymyślone przez autora. Wszelka zbieżność z realnymi osobami jest PRZYPADKOWA.

I.

1.

Śmierci można łatwo nie zauważyć.

Jest bowiem kontynuacją życia.

Kiedyś On nie zauważył, jak zmarł duchowo.

Nie zauważył On także swej fizycznej śmierci. Pocisk termobaryczny, jak się okazało, umieszczony był pod jego fotelem. Dlatego On nic nie usłyszał, nic nie odczuł. Nie usłyszał dźwięku wybuchu, który go zabił, – prędkość śmierci przewyższa prędkość dźwięku. Nie słyszał też nieludzkich kobiecych krzyków, nie odczuł, jak jego własne ciało rozrywało się na kawałki. Nie widział, jak ciała jego sąsiadów z salonki TU154M rwie i rozrzuca krwawe bezkształtne szczątki szatańska moc rosyjskiej termobarycznej bomby. Śmierć była tak nagła i szybka, że nie pozwoliła Mu odczuć żadnego bólu. Tylko w ciągu krótkiej chwili zmienił Mu się widok przed oczyma – zwykły na jakiś dziwny… I tym bardziej dziwny, że po prostu kompletnie nieoczekiwany. To co On nagle zobaczył, przekraczało bowiem wszelkie granice Jego dotychczasowych nie budzących wątpliwości pojęć i przekonań. Był bowiem jak wielu innych normalnym nowoczesnym człowiekiem, pragmatykiem, pozytywistą, któremu obce są pojęcia takie jak idealizm i iluzje, nie wierzący w prezenty świętego Mikołaja i resztę średniowiecznych bredni.

Ku Jego ogromnemu zaskoczeniu, wszystko okazało się nie takie proste. Nie wspominając nawet o racjonalności…

Chociaż zaczynało się tak na zwykle…

2.

..Oto Jego żona z jakichś powodów uważała inaczej

Zupełnie odwrotnie niż On: tuż po tym, jak się dowiedziała o tym locie, łez i krzyków nie brakowało:

– Zwariowałeś?! Gdzie ty masz głowę, głupcze?! Życie ci się znudziło, nie?!! Lecieć z Kaczorem!!!

On, jak zawsze, rozsądnie i racjonalnie argumentował. Im rozsądniej argumentował, tym szybciej jedna ze zwykłych histerii żony osiągała apogeum:

– Śmierć! Lub życie! Nic nie rozumiesz? – aż dotychczas?! Nie chodzi już o wasze nikczemne igrzyska, o waszą żałosną rzekomo europejską wspólnotę, której nie ma, nie będzie, i nigdy – słyszysz! – nigdy nie było!! Nie ma żadnych waszych tchórzliwych złudzeń, bajek – są życie i śmierć! I nic więcej, nic prócz nich, jełopie ty jeden!!!

Ciekawe że warszawski salon był niezmiennie zachwycony manierami i wyszukanym stylem życia jego żony (a co mówili za Twoimi plecami, no tego i czart nie wie). Lecz w domu arystokratyczne maniery takoż niezmiennie i dość szybko zmieniały się w zwykłą pogardę i wulgarność bazarowej handlary a styl nie odbiegał daleko od drobnej pychy i pożądliwości małomiasteczkowej Żydówki w licznych pokoleniach. Spędziwszy wiele lat z przekonanym euro-socjalistą o poważnym stażu, Jego żona strasznie (choć potajemnie) nienawidziła, podobnie jak byki, wszystkiego co czerwone – nie wykluczając stroju, bielizny i makijażu. Pewnego dnia On jednak nie wytrzymał i zapytał żonę wprost: po co ona już tyle lat z Nim żyje, jednocześnie tak nienawidząc wszystko, co dla Niego stanowi wartość i o czym jest szczerze przekonany. Odpowiedz zabrzmiała, ku Jego wielkiemu zdziwieniu, niemal beznamiętnie:

– Mama mówiła: żyj choćby z czartem, jeśli ten cię karmi. A tyś nawet nie czart, a Polak.

3.

Równie skrycie zazdrościła ona innym Żydówkom, którym udało się mieć mężów Żydów – naturalnie, o grubych portfelach i ciepłych posadkach. W momencie gdy się poznali On już to wszystko posiadał, prócz – niestety dla niewiasty – żydowskiego pochodzenia. Tak, nienawiść i zazdrość Jego żony były zawsze skrzętnie skrywane, ale przez to emocje były nie mniej dominujące. Lecz przed Nim, żyjącym z nią tyle lat, już niestety od dawna nie było żadnych tajemnic. Poza tym Jego żona była posiadaczką pewnych niekwestionowanych jakości. O owych kiedyś w młodości, w wojsku, szeptem Mu opowiadał nocą Jego ziomal oraz sąsiad w koszarach Maciek, wielki znawca (jak zwykł o sobie mówić) kobiet, nie mówiąc już o dziewczętach:

– Parchówki!! Oto kogo j…ć i j…ć! Może być żydówa no tak straszna, jak wojna nuklearna, – ale za to w łóżku nie wiesz, kto kogo tu ma, niby ty ją, a w rzeczywistości niezawodnie ona ciebie!

I Maciek całkowicie miał rację, tym bardziej że – z serca tam, czy nie – dom ich wspólny ta Jego druga żona prowadziła w odróżnieniu od pierwszej po prostu wzorowo (różnym tam pokojówkom czy kucharkom nie ufała, również pieniędzy było szkoda mimo ich mnóstwa). A już co do zewnętrznej prezencji… I intuicję miała typowo narodową (a propos, kobieto-znawca Maciek nie pominął wówczas i tej ważnej cechy Żydówek). Bo też to prawda, intuicja ta naprawdę jest niezłą a nawet słynną,choćby z licznych utworów literackich. Ma rywalką tylko w intuicji romskiej.

…Tym razem również dziedziczna intuicja Jego żonę nie zawiodła .

4.

On zawsze dobrze wiedział, co robił. Oraz co trzeba robić. Słowo „Katyń” brzmiało Mu jakoś dosadnie, nieprzyjemnie, jak słowo „sznur” w domu krewnych powieszonego. Podobnie jak Jego koledzy z partii, On był gorącym zwolennikiem cichego zapomnienia tego dosadnego, kiepskiego, obecnie zupełnie nieaktualnego – a nawet zagrażającego spokojnemu życiu dawnego historycznego – epizodu. On kompletnie nie mógł zrozumieć betonowych fanatyków, którzy stale i uparcie zarzucali sąsiadom ze Wschodu ludobójstwo, brak pokuty, złe zamiary na przyszłość i – czy nie maligna? – dążenie do nowego Katynia. Doświadczenie zaś i zdrowy rozsądek głoszą że spory z silnym nigdy nie mogą zakończyć się dobrze. A tamtych wschodnich sąsiadów On uważał za silnych mimo ich rzeczywistego stanu. Ów realny wyglądał coraz gorzej, – jak i ich znaki firmowe: podłość i agresywność.

Lecz co znaczy realność wobec poważnej analityki…

A więc, tym razem On zdecydował się polecieć. Mimo wszystko. Ano niech potem nie krzyczą znowu, że Jego partia olewa narodowe wartości. Polityka – no i już. Choć głowę delegacji On nie tylko nie lubił (delikatnie mówiąc), lecz i był dość aktywnym i pomysłowym uczestnikiem stałych i licznych nagonek na niego – tak otwartych, jak i (bliskie obcowanie z żoną nie poszło na marne) sprytnie ukrytych. Ale: trzeba – znaczy trzeba, cel tego wymaga, .

Przeto On poleciał. Mimo krzyków i spektakularnych, histerycznych scen urządzanych przez Jego żonę. Sąsiedzi, do których trzeba było lecieć, On, owszem, bał się. Lecz przekonania euro-optymisty, i – ostatecznie – wrażenia po wizycie w brukselskiej siedzibie NATO zrobiły swoje.

Fatalna decyzja

Podług miar ziemskich.

5.

– Gdzie portfel i telefon komórkowy?!.

Jego pierwsze słowa na pograniczu wiary i jej braku.

6.

Jak już wiadomo, On nie zauważył tej swojej fizyczne śmierci, podobnie jak wcześniejszej duchowej. Z tego powodu śmierć fizyczna była dla Niego jak zwykła zmiana pozycji ciała. Czyli: nagle On przestał… siedzieć. I zaczął stać. To było Jego pierwszym zaskoczeniem. A Jego pierwszym działaniem w tak nieoczekiwanych okolicznościach stało się sprawdzanie zawartości kieszeni czarnego garnituru od Van Cliffa. Tam nie było portfela z krokodylej skóry i komórkowego Vertu. W portfelu oprócz pewnego zdjęcia była spora suma w PLN i euro, trochę dolarów, nie licząc kart kredytowych oraz ceny samego portfela; telefon komórkowy do gatunku najtańszych również nie należał. Z tego powodu krzyknął oburzony :

– Kto ukradł mi portfel i telefon komórkowy?!

Elegancki pugilares od Brian Lichtenberg nie zasługiwał na skromną nazwę portfelu. Mimo to odpowiedzi na tak naturalne pytanie jednak nie usłyszał.

Wtedy On nareszcie zobaczył, gdzie stoi. I widząc, zapomniał o utraconych przedmiotach i kosztownościach. Nawet tymczasowo utracił dar mowy.

7.

Przed Nim był ten sam domek, gdzie On przyszedł na świat. Na tej samej ulicy małego, głęboko prowincjonalnego miasteczka, która szła z góry do dołu, od autostrady do szpagatowej fabryki. Krzaki bzu, mały ogródek z gruszami i jabłoniami, drewniany stary płot, furtka zamykana na najprostszy zamek, tak znajomy gwóźdź, który wówczas, strasznie dawno przybił On sam…

To był domek Jego dziadka i babci.

Szok Jego nie trwał zresztą długo, bo kolejny okrzyk był już nie tyle wyrazem oburzenia, co zdziwienia, a raczej skrajnego zdumienia:

– Gdzie ja jestem?! gdzie samolot, Jezu?!!!

O pasażerach jakoś nie pomyślał.

8.

W tym momencie usłyszał odpowiedź :

– …No nareszcie…

9.

Domek stał jak kiedyś, ubogi, stary, mały..Wydawał się jeszcze mniejszym, niż ten zapamiętany z dzieciństwa. Szare deski z mnóstwem otworków wydrążonych przez korniki, tania dachówka całkiem straciła kolor ze starości… Pociemniały ceglany komin… Niski ganek, na schodach którego tak lubiła siedzieć babcia…

…A teraz na babcinym ganku nie siedział, a stał jakiś dziwacznie ubrany facet. Szczególnie rzucał się w oczy brązowy góralski kapelusz z piórem. Szara kurtka z lat czterdziestych ubiegłego wieku do kapelusza zupełnie nie pasowała, podobnie jak wąskie dżinsy do ogromnych, żołnierskich z wyglądu butów z czerwonej skóry na grubej podeszwie.

– …Odtąd o to będą pytać codziennie.

10.

Powiedziawszy to, facet spojrzał na Niego niemal wesoło.

– Tak, dokładnie jak ty. Tak i będą pytać: gdzie jesteśmy? gdzie samolot, Jezu?..

I przy tych słowach oczy dziwacznego faceta stały się nagle bardzo, nawet skrajnie smutne. Stojąc stosunkowo daleko, za płotem, On tego nie zobaczył, a odczuł. Bo od dawna był krótkowidzem, nosił okulary, lecz i w nich nie widział zbyt daleko. Nawet na tak małą odległość, która oddzielała Go od dziwaka na babcinym ganku…

– …Na razie jeszcze nic nikomu nie ukradli. Wkrótce ukradną.

Po krótkim milczeniu facet zwrócił się do Niego już wprost:

– Posłuchaj… Dlaczego ty stoisz tam, za płotem? Ty przecież jesteś w domu. Chodź!

Facet mówił łagodnie, z wyraźnym, zupełnie niezrozumiałym współczuciem, swym dziwnym głosem nastolatka, tak odbiegającym od wyglądu ubogiego staruszka. Mimo to słowa dziwaka wzbudziły w Nim kolejną falę oburzenia:

– Przepraszam! Mój dom w Warszawie!

11.

Facet na ganku uśmiechnął się ze smutkiem:

– W Warszawie? Jesteś pewien? Oto tyś tam gospodarzem: w Warszawie, na ulicy… numer… lokal… ?

Jego zaskoczyło nawet nie to najbardziej, że jakiś wiejski starzyk zna Jego, wysokiego stołecznego urzędnika, dokładny warszawski adres:

– A któż tam jest gospodarzem pana zdaniem?!

12.

Facet zaczął schodzić z ganku. Cztery schody, nie więcej, On wtedy przypomniał sobie tę liczbę.

– Pańskiego zdania na ten temat ja jeszcze nie znam. Lecz moje zdanie może się w pełni pokrywać z Pana zdaniem…

Menel stary, pomyślał On. Powtarza za mną, jak papuga, skleroza jedna chodząca…

– A dlaczego pan myśli ze pana zdanie może się zbiegnąć z moim?..

W Jego słowach było jadu nie mniej niż zwykłych sentencjach Jego żony pod adresem kogoś z salonowych bywalców, a szczególnie pań… Czuł się dziwnie. Ogarnął Go nagle dojmujący smutek, na myśl, że panem może się okazać nie koniecznie On…

Facet się zbliżył do Niego jakoś nienaturalnie powoli.

– Czy widzisz… Tu wszędzie równość. Prawdziwa równość. Wszyscy panowie. Lecz miałem na myśli innego Pana…

12.

Dziwak podszedł do furtki. Ruchem palca otworzył ją, tak jak otwierał On sam, będąc małym chłopczykiem – aż do dwunastego roku życia…

– …Prawdziwa równość, prawdziwi panowie, prawdziwy Pan. Przyzwyczaj się do prawdy…

Dziwny starzyk, nie wiadomo skąd znajdujący się w Jego domu, którego On sam nie uważał za swój, przy słowie “prawda” przestał się uśmiechać. Wtem, On zobaczył dziwaka z bliska. I od razu przekonał się że to nie jest żaden starzyk. Twarz młodego chłopca, a wręcz nastolatka. Mężna i piękna. Cudowne, szeroko otwarte oczy dziecka. Spod brązowego góralskiego kapelusza spływały aż na plecy niezwykłe przepiękne, jakby srebrne długie włosy, które na odległość wydały mu się siwymi. Takich On nie widział u najdoskonalszych modelek. Nie mówiąc już o paniach i panienkach salonowych…

– …I do prawdziwego piękna też zacznij się przyzwyczajać…

I znowu twarz starzyka-apolla rozświetlił uśmiech. On nigdy w życiu nie widział tak czystego i nadzwyczajnie łagodnego uśmiechu u żadnego znanego Mu dziecka. Najciekawsze było, że to nowe wrażenie natychmiast Go uspokoiło.

13.

Niepojęty dziwak zamilkł, nadal uśmiechając się jak dziecko. On przyłapał się na tym że tak łaskawie na Niego nie patrzył nikt przez całe Jego życie. Prócz Jego babci i dziadka…

– …Proszę ciebie… Rozmawiać z gospodarzem na ulicy obok jego domu… To jakoś niegrzecznie. Ze strony gospodarza…

Uśmiechowi towarzyszył wyraz jakiejś naiwnej dziecięcej prośby, nawet błagania.

– Zaproś mnie do siebie. Proszę…

Dziwak-młodzieniec-starzyk szeroko otworzył furtkę, wciąż błagając Go spojrzeniem szeroko otwartych dziecięcych oczy. To było nieprawdopodobnie, On zupełnie nie rozumiał, co się dzieje. O co chodzi, chciał się nie tylko zapytać, ale wprost krzyczeć… Lecz wtem… Nieoczekiwanie dla samego siebie, już nie po raz pierwszy w trakcie przebywania w tym znajomym z dzieciństwa nowym miejscu, On podszedł do furtki i powtórzył ostatnie słowo starzyka-nastolatka:

– Proszę…

14.

Starzyk-adonis przepuścił Go przed sobą, jak grzeczny gość gospodarza. On się nie sprzeciwił. Szedł w stronę ganku po dróżce, którą dziadek posypywał piaskiem raz na tydzień starą niemiecką łopatą. Czuł ciepło piasku przez podeszwy butów od Prada. Wydawało się, że tę śmiesznie małą odległość, kilka metrów, On pokonuje jakoś nienaturalnie powoli…

Wreszcie piaszczysta dróżka skończyła się.

On wszedł na pierwszy stopień ich starego ganku.

15.

Stary schodek żałośnie jęknął pod nogą w bucie od Prada.

I On zastygł z jedną nogą na desce schodka, a drugą na piaskowej dróżce.

Bo wszystko stało się jasne.

16.

On powoli opuścił nogę ze schodka z powrotem na piaszczystą dróżkę. I całym sobą przywarł do na wpół zniszczonej balustradki.

Potem, nie patrząc na gościa Jego obcego domu, głucho spytał pytanie, a właściwie zasugerował:

– Mnie nie ma?..

19.

Odpowiedział Mu cichy i czysty dziecięcy śmiech.

– Ty tak myślisz? I na poważnie?..

On oderwał się od balustradki i stanął twarzą do gościa Jego obcego domu. Pod góralskim kapeluszem z białym piórem srebrne włosy gościa poruszał niewidzialny wietrzyk.

– …Ciekawe to jednak… Twój dom w Warszawie, ulica… numer… lokal… Ciebie nie ma…

Nieopisanie piękne oczy gościa Jego obcego domu śmiały się. I On spijał ten niemy śmiech, jak szczęśliwym przypadkiem odnalezioną na pustyni wodę.

– …A z kim ja rozmawiam? Kogo widzę? Tego, kogo nie ma? Czyli mnie też nie ma?..

Gość uległ komizmowi kuriozalnej sytuacji i znowu zaczął śmiać się w głos – malusieńki srebrny dzwonek, którym babcia dzwoniła do Niego gdy był niemowlęciem, nie mając nic innego oby uspokoić dziecię… Więcej nie było komu troszczyć się, oprócz może jeszcze dziadka. Przecież mama zmarła wkrótce po porodzie, gdy miała dziewiętnaście lat, a On dwa miesiące. A ojciec w tym momencie miał już inną rodzinę…

20.

Przepiękny dziwak przestał się śmiać.

– Chyba masz rację. Gospodarz z ciebie na razie żaden. No tak, i do tego też się trzeba przyzwyczaić…

Oczy dziwnego gościa przemawiały własnym językiem. Nic nie mówiąc a tyle wyrażać, pomyślał On. Lecz chciał żeby gość jednak przemówił…

– Dopóki nie tyś gospodarzem, pogadamy tu. Na progu…

W tej chwili w łagodnym głosie gościa zabrzmiał ogromny smutek. Spojrzał w jego szeroko otwarte oczy. Czyżby płakał, pomyślał. Gość potrząsnął głową. Srebrne włosy opadły mu na twarz…

– Tym bardziej… Tego co powiem jednak lepiej słuchać na stojąco…

21.

– …Zaprawdę tak.

On zrozumiał że teraz ma usłyszeć coś przerażającego. Jako minimum… Nawet na tle poprzedniego. Głos i oczy gościa młodzieńca-dziwaka-starzyka, – tylko dzięki nim On nie zemdlał. A jeszcze przez swój brak wiedzy o tym że zemdleć tu po prostu jest czymś niemożliwym.

– Zrobimy tak… Ja ci zaraz coś powiem. To jest najważniejsze. I najlepsze ze wszystkiego co do ciebie powiedziano kiedykolwiek.

On milczał.

– Najważniejsze ja już powiedziałem: tyś w domu…

22.

On przeżywał istną huśtawkę odczuć. Głos i oczy przepięknego dziwaka uspokajały Go. A w głowie brzmiało: nie można już zmienić tego co wkrótce usłyszysz…

– …chyba nie trzeba wyjaśniać: dom to miejsce, gdzie gospodarzem tyś. A gospodarzem tyś tam, gdzie cię kochają.

I wtedy on krzyknął:

– Gdzie kochają?! Gdzie gospodarzem?! W zmurszałej budzie kochają?! W tej tu?!

Gość wsunął pod góralski kapelusz nieposłuszne srebrzyste pasmo.

– No właśnie… GDZIE, lecz nie KTO… Ale to żadna buda.

Żadna buda… Jakaś kpina z Niego…

– To próg. Próg dopiero, rozumiesz?..

23.

Gość coś postanowił. On zobaczył to w wyrazie twarzy pod góralskim kapeluszem, na której niezwykłe piękno ustąpiło miejsca nadzwyczajnemu męstwu. I jeszcze czemuś o takiej fantastycznie olbrzymiej mocy, której istnienia On dotychczas nawet nie podejrzewał.

I wtedy On zadał pytanie, jakie według normalnej logiki powinno być tym pierwszym, na samym początku.

– A gdzie są WSZYSCY?

24.

Gość zapłakał.

Było niezrozumiałe, co właściwie wyrażają te duże i czyste, jak kryształ łzy – ogromny smutek czy największą radość.

Gość płakał, jak płaczą dzieci, ocierając łzy dłonią. Płakał i szeptał: “co się tam teraz dzieje, co się dzieje… a co jeszcze będzie, Jezuniu, Panie litościwy…”…

Dlatego On zapytał:

– Gdzie tam? Co się dzieje, na miłość Boską?!

Ostatnie Jego słowa przerwał płacz gościa.

– Jak? Ty powiedziałeś: na miłość Boską? Czy mi się nie przesłyszało? Nie, oto tak i powiedziałeś. No cóż…

Gość otarł ostatnie łzy. Rozpacz i radość w ogromnych oczach zmieniły się teraz w skupienie.

25.

– Początek za nami. Chwała Tobie, Panie. Rozpoczynamy.

Nagłość, z jaką w oczach gościa pojawiło się uroczyste uniesienie, po raz kolejny zaskoczyła Go.

– Szczerze się pomodliłeś. Znaczy możesz usłyszeć. A więc: was wszystkich zabili.

29.

Nic podobnego z nim się jeszcze nigdy nie działo. Delikatnie ujmując … Nie codziennie człowiek okazuje się być zamordowanym…

– Czyli… jak?..

Cichy głos gościa w tym momencie stężał tak, że takiego nie miał kiedyś nawet Jego i Maćka plutonowy. Strasznie było słyszeć…

– W ICH MNIEMANIU ZABILI…

W oczach gościa On zobaczył przepaść takiego wszechogarniającego gniewu, że mimo woli cofnął się… Gość mówił bardzo cicho… Lecz On odbierał ten szept jako groźniejszy od bomby nuklearnej

– …Ogniem… Ogniem i mieczem… Z nieba i spod ziemi… Z wody i spod wody… Ze Wschodu i z Zachodu… NA WIECZNOŚĆ DO OGNIA.

Ale gość wyczuł ogromny lęk rozmówcy. Wszechniszcząca burza jego gniewu zgasła.

– …To ja o tamtych szatanach. Wybacz mi…

I jak czemuś winne dziecko, spuścił głowę.

30.

On zapytał drętwym, mechanicznym głosem, jak maszyna:

– Kto nas zabił?..

I natychmiast sam odpowiedział. Lecz i to zabrzmiało, jak pytanie:

– Ruscy?

Gość zdążył ochłonąć od strasznego gniewu:

– Tak. Oni oprawcami. Lecz naprawdę zabójców jest dużo więcej. W różnych krajach. Też w Polsce.

Przez taką wielość zaskoczeń On był wyczerpany, czuł się wyżęty, jak cytryna.

– W Polsce… I któż w Polsce?..

Gość głęboko westchnął.

– Jeden z nich wczoraj rano obiecał ci poparcie w jesiennych wyborach.

31.

On milczał. Żona miała rację…

– Jak nas zabili?

Gość wziął głęboki oddech.

– Bomba termobaryczna. Przed tym tak to zorganizowali żebyście wszyscy znaleźli się w jednym samolocie…

Wtedy On znowu zawołał:

– I Ten wasz pochwalony Pan do tego dopuścił?!!

On już niemal wiedział, gdzie jest.

32.

Na twarzy gościa znowu pojawił się uśmiech. Tym razem był to uśmiech taty, który naucza malusieńkiego synalka po raz pierwszy używać nocniczka.

– Ten jest również twój Pan. I mój. I w ogóle Pan. Dlatego człowiek człowiekowi nie powinien być panem. Lecz jednak jest… Tacy samozwańczy panowie was zabili… Jak ONI uważają…

Wściekłość Jego jednak rosła:

– Ale dlaczego…?!

Twarz gościa stała się tak poważną, że on się zatrzymał się w pół frazy…

– Ja ci powiem, dlaczego.

33.

– …Twoja żona… Jakże ona nie chciała tej podroży… płakała, krzyczała, jak cię skarciła… Dlaczego twoim zdaniem?

Po raz pierwszy On się uśmiechnął:

– „Ich” intuicja…

Gość westchnął tak, jak by niósł na sobie cały świat.

– Okropna krótkowzroczność…

On znowu się zdziwił:

– Minus cztery, nie taka już okropna. Średniego stopnia..

– Średniego?! Rany! Ślepota, kompletna! Jak u ostatniego kreta!

Gość wzniósł ręce do nieba. On ujrzał TO niebo również po raz pierwszy. Niebo jak niebo…

– …Po prostu bała się utracić żywiciela. Bo jej było o tym WPROST POWIEDZIANE. W ten sam dzień, gdy ona tak uporczywie pytała cię o wasze wspólne konto w banku UBS. Oraz o testament… W ogóle, tamta kobieta jest niezwykle dobrze poinformowana.

On przypomniał sobie ten dzień. A wytężać pamięci zbytnio nie było potrzeby, trzy dni temu, siódmego kwietnia. Lecz wtedy On to zignorował, – zwyczajna „ich” troska o pieniądze…

– I po tym ty mi sugerujesz że tyś TAM GOSPODARZEM? Na poważnie, z całym przekonaniem!

On zawołał, niemal zaskowyczał:

– Mnie lubi córka!..

W oczach gościa zawitała udręka. Z otwartych ust popłynęły słowa, i On usłyszał podniesiony ton i kłótliwy głos. Bez wątpienia głos Jego córki, jak z jakiejś szpiegowskiej taśmy…

– “…I ty uważasz to za łoztłopne, mamo? Łozumne? A jeśli z tatą coś się będzie stało? I co, a? No co, co z nami wtedy? Sama mówisz, testamentu jak nie było, tak i nie ma – a czyż ty nie wiesz, kto to taki ta jego była żona? A nam wtedy co łobić, a? Pozostać żebłaczkami w tej smiełdzącej Polsce, nie? Chodzić do ICH fryzjerów z kaśkami i małylkami w kolejce?!”…

On zawył z wściekłości:

– A, ty jeszcze mnie prowokujesz! Kłamstwo!! Wara ci ode mnie, prowokatorze!!

On chciał dodać że Jego prawnicy i adwokaci pozostawią gościa bez spodni w sądzie. Lecz w porę się powstrzymał. A bo wiadomo to, jaki tu wymiar sprawiedliwości, w tej boskiej psychuszce…

Gość westchnął.

– W tym momencie kłamstwo kona nawet na ziemi. Prowokacje, co prawda, tam jeszcze będą trwały pewien czas… Ale tutaj nic takiego już od dawna nie ma. Kiedyś Michał wyrzucił stąd kłamstwo z prowokacjami raz i na zawsze…

Ból był taki, że On już nie miał sprawy do żadnego Michała, jak i do jego michałowych czynów… Jasno było jedyne – z “taśmy” gościa przed chwilą usłyszał fatalną prawdę.

34.

– …A teraz wyobraź sobie. Ty posłuchałeś rad żony. I oto, dzisiaj tyś TAM, a nie TU. Czyli nie W TU154M wyrobu tamtych ziemskich szatanów. Co powiedziałbyś teraz? Co odczułbyś?

On milczał.

– A więc, patrz!..

Gość szybko podniósł rękę w kierunku innego domku na drodze. Kiedyś tam mieszkała Ida, Żydówka pielęgniarka, która przez brudne ręce i niedbale sterylizowaną strzykawkę ledwie nie skierowała Go tam, gdzie On był obecnie, tylko w wieku gdzieś około roku. Potem tamta nieszczęśnica popełniła samobójstwo, powiesiła się… On popatrzył we wskazanym kierunku, lecz domu nieszczęsnej pielęgniarki Idy tam nie było.

35.

Zamiast domku Jego niedoszłej zabójczyni i samobójczyni ukazał się plac. On chodził tym placem miliony razy, i do pałacu, i odwrotnie. Lecz obecnie ledwie poznał ten plac. Zamiast bruku jeden wielki obraz migotliwych światełek zniczy i kwiatów obramowany tłumami modlących się, płaczących – i gniewnych, grożących komuś… Do krawędzi obrazu podeszło dwóch chłopców w oficerskich uniformach wojsk lądowych. Zdjęli czapki, zapalili znicze, uczynili znak Krzyża, już w czapkach odsalutowali… W prawo – i odeszli krokiem marszowym. On usłyszał miliony Różańców, Koronek, które brzmiały niczym olbrzymi cichy chór… Jacyś chłopcy, tym razem w harcerskich mundurkach nieśli ogromny Krzyż…

I tu On rzekł:

– … z tym ich patosem…

36.

Plac natychmiast znikł. Ponura buda żydowskiej pielęgniarki-samobójczyni od razu stała na swym zwykłym miejscu i patrzyła na niego ślepym samotny oknem. Inne niskie okna chowały się za krzakami bzu.

– Brawo. Doskonała odpowiedz.

Uśmiech gościa był teraz przepełniony goryczą.

II.

37.

On zrozumiał że… On sam nie wiedział, co właśnie zrozumiał, i czy zrozumiał coś w ogóle. Zwyczajnie opuścił głowę, dokładnie jak ten dziwaczny gość Jego domu, którego On tak uparcie nie chciał posiadać.

Sam gość natomiast milczał. Dlaczegoś Mu się nie chciało podnieść do gościa głowę…

– …No dobrze… Teraz przynajmniej wiesz, dlaczego…

On podniósł głowę te słowa. I zobaczył w ogromnych oczach gościa żal nie do wypowiedzenia. Bez granic i wszelkich limitów.

– …I ty naprawdę tak uważasz? Że tak żałosny, ubogi stan jest nie czym innym, jak NAJPRAWDZIWSZYM życiem? Jakoż szkoda mi ciebie, oj, szkoda, szkoda… Jezu, Maryjo!..

38.

Tuż po ostatnich słowach gościa za ich domem, tam, gdzie za niskim płotkiem leżał pożółkły i zaniedbany ogród samotnej sąsiadki babci Albiny, zabłysło światło. Za chwilę ono ogarniało całą ich uliczkę od autostrady aż do szpagatowej fabryki. Było dziwne, że światło dnia na tym tle okazało się nocnym światłem Księżyca… Światło było przejrzystym, nadzwyczajnie jasnym i srebrnym, pod kolor włosów gościa…

– Nie, nie, Panie, proszę Cię! I Ty, Hetmanko! Ja spróbuję sam…

Na przepięknej twarzy gościa odbił się wstyd… I zabrzmiał dziewczęcy głos, czysty srebrny dźwięk:

– Przebacz. Prosto się wydało że ty Nas potrzebujesz.

– A jako mi Was nie potrzebować?!

Srebrny głos zabrzmiał niezwykle delikatnie.

– Bądź błogosławiony.

I światło znikło.

39.

– Ty to do kogo?..

Bo On nie widział żadnego światła. I usłyszał tylko ostatnie słowa swego rozmówcy. Gość zresztą tą okolicznością szczególnie się nie przejmował…

– Uważaj że do ciebie.

Jednak On nie uwierzył gościowi.

– To co… To ty ICH widziałeś teraz?..

Gość uśmiechnął się figlarnie, uśmiechem nastolatka.

– Jakich – ICH?

On poczuł że z Niego kpią.To Go rozdrażniło.

– Ty mnie za idiotę chyba masz?! Nie rżnij mi tu głupa!

Gość zaczął uważnie się wpatrywać w rozmówcę.

– Interesujące… Ciebie – nie ma. Mnie – nie ma. Domu – nie ma. Boga również nie ma. Nic nie ma. Prócz na pewno penthous’a numer… na ulicy… w domu numer… w Warszawie. Trzech samochodów oraz budy we francuskich Alpach o czterech sypialniach, dwóch łazienkach i saunie… Konta w UBS, numer…, filia Geneve…

Gość rozłożył ręce:

– …Zaś wszystko jedno pyta: z KIM to ja tylko co rozmawiałem… No, to z kim ja mogę rozmawiać? Ja, którego nie ma? Tylko z tobą, którego również nie ma.

On nie wiedział, jak odpowiedzieć. A przecież uważał się na “język-brzytwę”…

– Posłuchaj… Ty sam nie wiesz, jak mi ciebie szkoda. Jeśli bym miał serce ludzkie, pękło by mi ono z żalu!

On milczał.

– Lecz nasze serca wytrzymują bardzo dużo. Można powiedzieć że wszystko. Dlatego mówię ci – szczęścia, którego obecnie doświadczasz, nikt jeszcze nie miał od nie wiadomo ilu lat! Czy nawet wieków!

On milczał.

– ONI uważają że zabili cię razem z resztą pasażerów tego TU154M z diabelską niespodzianką. Poważnie tak uważają! Dotychczas! I co ONI to planowali – też uważają! I nadal będą tak uważać, proch jeden, dopóki nie… A naprawdę – oni cię uratowali!!

Tu On nie wytrzymał.

40.

– Ach, oto co? Znaczy, uratowali?! Mnie – no owszem, jak inaczej… A tamtych? Księży?! Moherów?! A Kaczora z Kaczorow…

On szybko umilkł. Nawet nie dlatego że nazwa Kaczor brzmiała po prostu idiotycznie…

– TAMCI teraz już w domu. A ty stoisz na progu. I strasznie boisz się go przestąpić.

W Nim walczyły teraz dwa pragnienia: wylać całą swoją żółć – i dowiedzieć się, co będzie z nim dalej. Chwilowo zwyciężyło pierwsze:

– Aha? Czyli i pisiory, mohe… no ci, wierni, patrioci, święci, katolicy czy jak ich tam jeszcze – też nie byli gospodarzami? Też nie mieli domów?..

Uśmiech gościa promieniał zadowoleniem:

– O, to gospodarze. Byli, są i będą. Prawdziwi. Świetni. Na ziemi i w niebie…

On nie odmówił sobie jadowitej uwagi.

– Oto i dlatego pozwoliliście na zabójstwo? Na tych oto super-gospodarzach?

Gość zgodził się z Nim:

– Pozwoliliśmy. Ale na co? Zacznij wreszcie myśleć!..

41.

Jego żółć przestała wylewać się na zewnątrz. Ale nie przestawała palić Go wewnątrz.

– O jakie zabójstwo ci chodzi? Po co bez przerwy powtarzać za zabójcami, jak papuga? Ty już całą wieczność starasz się mnie przekonać że nas obu nie ma… Coś nieprawdopodobnego…

Gość wydawał się być skonsternowany.

– …Po prostu nie wiem, co mówić, co robić… Może poprosić kogoś w Warszawie, na Czerskiej ulicy numer …, uprzejmie napisać że nawet mimo bomby termobarycznej – i ty, i ja jednak jesteśmy? Że nawet rozmawiamy między sobą? Jeszcze i dyskutujemy aż do zupełnego wzajemnego wyczerpania przez twój prawie ośli opór przed całkiem OCZYWISTYM? Może uwierzysz w to, gdy będzie w komunikacie TVN?

On uśmiechnął się po raz drugi za cały ten czas.

– Składałem nie jeden taki komunikat. Jestem też stałym autorem Wyborczej…

I przerwał. Po krótkiej głuchej pauzie drętwym głosem uściślił:

– …byłem.

42.

Gość przymknął swoje ogromne oczy na znak zgody.

– A co byś napisał o tym rzekomym dla mnie i oczywistym dla nich mordzie na was?

On milczał.

– A co ONI napiszą i powiedzą? Jak ty myślisz?

On milczał.

– I ty to akceptujesz?

On krzyknął:

– Nie!

43.

Wpatrujące się spojrzenie gościa było dla niego nagrodą. Krótką nagrodą.

– Czyli… Tak. Przestałeś akceptować kłamstwo. Tylko dla tego jednego było warto na TO pozwolić!

Znowu opanowała Go wściekłość.

– Bluźnisz?! Co za zbydlęcenie?! Kto dał ci prawo drwić?! Kto ty jesteś? – Stalin?!

Gość pokręcił głową:

– Ten niżej. Powiedzmy, tam…

I wskazał palcem w dół…

– Co prawda, owe miejsce nie jest dokładnie tam. Ale tak tobie będzie łatwiej zrozumieć.

Gość zaczął czegoś szukać w licznych kieszeniach swojej szarej kurtki. Nareszcie znalazł i wyciągnął z bocznej kieszeni cienki tani łańcuszek zegarka sczerniałego ze starości podrapanego srebra. Nacisnął na głowiczkę. Zegarek cicho zadzwonił “Dzisiaj w Betlejem…”. Oczy gościa rozpromieniły się tak, że cała Jego wściekłość się rozsypała, jak popiół na wietrze. Dziwak wsłuchał się w prościutką melodię swego starego podrapanego zegarka z pozytywką tak, jakby większej błogości i słodyczy nie było, nie istnieje i nigdy nie może istnieć w naturze… Kąpał się w niej jak w jakim najsłodszym dla siebie wspomnieniu… Też i On słuchał dźwięków, cichego dzwoneczka kolędy, płynących z dłoni gościa. Ten znowu nacisnął na głowicę…

– …Toż to niby wczoraj…

Gość ostrożnie schował zegarek do kieszeni kurtki. Wskazał promiennym wzrokiem w nieokreślonym kierunku…

– …Im TAM teraz dzwoni Zygmunt. A nam TU dzwoni mój zegarek. Żadnej różnicy. Narodzenie… Wielka tajemnica, błogość i szczęście ogromne. Choć również i bolesną jest ta błogość… Oj, jakże bolesną…

44.

Jego już nic nie mogło zaskoczyć.

– I kto się rodzi?..

– Tutaj ty…

Głos gościa emanował wewnętrznym spokojem.

– …tam – inni gospodarzy…

Gość westchnął tak, jakby tylko co zrzucił z karku największą z karpackich gór:

– …Oraz Wolność. A Prawda – i tam, na ziemi, w nich, i tutaj w tobie. No to: bądźże pozdrowiona, Prawdo. I przybądź, Prawdo.

Ostatnie słowa gość powiedział jakby kontynuując rozmowę z Nim.

45.

…I patrzenie zaczęło Mu sprawiać ból. Jak kiedyś, w dzieciństwie, gdy On przymierzył na zdrowe oczy okulary babci. Nagle On odczuł jakiś bardzo przyjemny zapach, niby fiołkowy…

– Oby widzieć Prawdę, okularów nie trzeba. Oddaj mi je.

On zdjął okulary i oddał je gościowi. I nawet go nie zainteresowało, jak gość mógł zabrać Mu okulary, stojąc w odległości.

– …My też twoi Goście. Witaj, ukochany. Nie martw się, proszę ciebie. Nic złego więcej nie będzie…

Na wprost przed nim stała niewielka wątła Dziewczyna, nawet Dziewczynka w białej szatce-sukience i w nieważkim płaszczyku niezwykłego srebrzystego koloru. Na Jej szczupłym ramieniu siedziało malusieńkie Dziecię w czymś takim staromodnym i śnieżnobiałym, co w dawnych czasach nazywało się “zapaseczką”. Dziecię łaskawie i wzruszająco patrzyło na Niego cudownymi ogromnymi oczami, trzymając się rączętami za jakby z mgły utkany srebrzysty płaszczyk Dziewicy – Dziewczynki. Gość zdjął swój góralski kapelusz.

– …Nic, nic złego cię więcej nie spotka, tylko samo dobro. Przebacz Nam, biedne Moje dziecię…

Wstrząsnęło nim nawet nie ostateczne zrozumienie: Kto teraz stoi tuż przed Nim. Odbywało się coś fantastycznego, coś przerażającego do zupełnego nieprawdopodobieństwa: Oni lubili Go bez żadnych ku temu przyczyn i bezgranicznie, litowali się nad Nim nie do wypowiedzenia. I był On umiłowany przez Nich i ulitowali się nad Nim tylko dlatego że On po prostu JEST.

I już.

On stał naprzeciw Nich niewypowiedzianie ukochany przez Boskie Dziecię i Jego Matkę tą nieszczęsną, niewzajemną, gorzką miłością, która wiecznie się dręczy, cierpi i przebacza wszystko i mimo wszystko temu, kogo ona osłoniła na zawsze. Której dość jednego istnienia ukochanego, niechaj nawet daleko od siebie…

On uklęknął. Opuścił głowę i wyrzekł:

– Przebaczcie mi.

Przymknął oczy – i tak, z przymkniętymi powiekami, zapłakał.

46.

Jego głowy coś dotknęło i zaczęło głaskać, miękko, delikatnie. On otworzył oczy, słone łzy rzęsiściej popłynęły po wygolonej brodzie. Na Nim leżał srebrzysty płaszczyk.Tak lekki, jak powietrze. To dotknięcie Go utwierdziło: tak. Dla Niego zła więcej nie będzie. Żadnego i nigdy.

– Proszę cię… powstań…

Głos Dziewczyny-Dziewczynki brzmiał tak, że Jego i bez tego gorąca fala wstydu z powodu własnej ślepoty, podłości, małości, głupoty oblała z jeszcze większą siłą… I usłyszał delikatny i jednocześnie pełen ciepłej potęgi głos:

– I Ja ciebie proszę. Proszę, wraz z Mamą…

Powoli się podniósł z kolan na dziecięcy głos Syna Bożego.

47.

…Ocierał dłonią zapłakaną twarz. W oczach Matki Boskiej zastygł smutek. Dziecię Jezus na Jej ręku ciężko westchnęło… Jakie u Nich wszystkich oczy, pomyślał przez łzy…

– …Tylko oto troszeczkę będziesz w czyśćcu, pół doby tylko…

On słuchał jak we śnie… Maryja mówiła cicho, ostrożnie, z ogromną czysto kobiecą troską, z ogromną bojaźnią by Go nie przestraszyć, zaszkodzić, zmartwić… Takiej bezgranicznej trwogi o siebie On nie pamiętał od czasów, spędzonych w tej oto starej, na pół zniszczonej budzie, niemym świadku Jego dawnej przeszłości – oraz bliskiej przyszłości, która się tworzyła tu i teraz…

– …Tylko oto do najbliższego Święta Narodzenia Mego Syna, to przecież bardzo niedługo…

Dziecię Jezus nieśmiało się uśmiechnęło i jeszcze ufniej się przytuliło do Matki…

– …A potem po ciebie przyjdzie Gabryel. I zabiorę tam, gdzie jest tylko dobrze. Nic prócz dobrego i dobrych…

Nieoczekiwane dla samego siebie On zapytał:

– A kto to jest – Gabryel?

Maryja Panna się uśmiechnęła.

– Jeszcze nie wiesz? To ten, kogo My wysłaliśmy by cię spotkał. Oto tutaj stoi, Gabryel…

Gość-Anioł Gabryel stał z nie mniej wesołym i łaskawym uśmiechem, niż jego Hetmanka.

– Wiesz… Poprosiliśmy Gabryela by się przemienił i jakoś tak się ubrał. Żeby cię nie wystraszyć, dziecko Moje biedne… O, Ja to dobrze wiem… Spotkać się po raz pierwszy z Gabryelem w jego prawdziwym wyglądzie… My przecież z nim starzy znajomi. Prawda, Gabryelu?..

Dziecię Jezus radośnie się zaśmiało i wyciągnęło spod zapaseczki rączęta do Gabryela. Anioł Pański z góralskim kapeluszem w ręku podszedł do swej zaprawdę Starej Znajomej i nadzwyczajnie delikatnie ucałował malusieńkie rączęta i nóżęta, przebite w swoim czasie przez rzymskich żołnierzy jerozolimskimi gwoździami.

48.

Wtem Dziecię Jezus zaczęło coś szeptać do uszka Matce… Przepiękna twarz Maryi rozpromieniła się radością i wdzięcznością.

-…Perełko Moja… Serduszko Moje, Panie Mój umiłowany…

…I ucałowała Swego i Boskiego Syna w miękki złocisty puszek na główce. Dziecię Jezus jeszcze mocniej i ufniej przytuliło się do macierzyńskiej piersi…

– Wkrótce będą jeszcze goście, dziecko. Wielu gości… Tylko proszę: bądź im lepszym gospodarzem, niż byłeś Gabryelowi. My wkrótce się zobaczymy z tobą. Boże Narodzenie, nie zapomnij!..

– Ja nie zapomnę, Hetmanko moja –

To był Anioł Gabryel. On popatrzył w stronę Gabryela. Anioł Pański znowu włożył na swoje srebrne długie włosy brązowy góralski kapelusz z białym piórem. On szybko zwrócił głowę na miejsce przed sobą. Nikogo nie było… Fiołkowa woń jednak pozostała.

– Nie martw się. Też słyszałeś – do Bożego Narodzenia…

Anioł Gabryel wskazał ręką na zaniedbany ogród samotnej babci Albiny.

– …A oto oni już tutaj.

Na razie On nie widział żadnej duszy…

– A kto… – zaczął zapytanie…

Lecz odpowiedź Anioła już nie była potrzebna.

49.

Przez zaniedbany i porzucony ogród samotnej babci Albiny poruszał się tłum. Nie mniej niż sto osób. Tłum doszedł do płotu babci Albiny i zatrzymał się przed nim.

– Płot przeszkadza przejściu! Zaraz go zabiorę! –

Ogłosił Anioł Gabryel i podniósł rękę.

50.

Z tłumu wyszedł ze swym zwykłym uśmiechem ogromny ochroniarz Kaczora Darek o przezwisku „Moskwa”. Mimo uśmiechu sprawiał wrażenie nieco zagubionego. Nie przestając się uśmiechać, siłacz Darek podniósł jedną ręką płot samotnej babci Albiny, ostrożnie odniósł na stronę i położył na ziemię.

– Dzięki ci za pomoc, „Moskwo”. Chodźcie, drodzy. Zapraszamy…

Na zaproszenie Anioła Gabryela, – oraz w Jego imieniu, – tłum zaczął powoli zbliżać się do nich.

51.

On zobaczył idących na przodzie tłumu Kaczora z Kaczorową. Oni szli, trzymając się za ręce, jak zakochani chłopaczek i dziewczynka. Między zakochaną parą i siwym, wysokim, chudym kapelanem Kaczora On rozpoznał swych dziadka z babcią. U nóg babci biegła ich szara kotka Baśka. Babcia i dziadek prowadzili z sobą jakąś dziewczynę w białej sukience, bardzo podobnej do szatki Dziewczyny – Dziewczynki. On rozpoznał i ją z tego jedynego starego czarno – białego zdjęcia, ukradzionego razem z portfelem.

– Mamo, to ty? – zapytał On.

I znowu gorzko zapłakał.

………………………………………………………………………………………………………………………………………….

EPILOG

…Gości odeszli. Pozostał tylko Anioł Gabryel. O tym że to nie był żaden sen, przypominała fiołkowa woń i leżący na ziemi płotek samotnej babci Albiny. On otarł dłonią z twarzy ostatnie łzy, zebrał się na odwagę i zdecydowanie i powiedział do Gabryela:

– …pójdziemy.

Anioł Gabryel się zdziwił:

– Gdzie?

On uściślił:

– Do czyśćca

Anioł Gabryel odparł:

– Przecież my jesteśmy w czyśćcu.

On nie wiedział, co myśleć…

– Czekaj… ale w czyśćcu się pokutuje, męczy…

Nowy uśmiech na anielskiej twarzy świadczył o Jego złej wiedzy z teologii:

– Męczyć męczennika? Bzdura jakaś… Kto pozwoli na takie świństwo?

Do Niego zaczął docierać sens słów Gabryela…

– Czyli jam…

Anioł Gabryel potwierdził:

– I najprawdziwszym.

On nie mógł uwierzyć:

– Ale… przecież ja nic takiego nie poczułem, w ogóle nic…

Anioł Gabryel ze smutkiem powiedział:

– Ty – nie. Dusza nic nie uczuła. Ale oto ciało… Przecież ty nie chcesz zobaczyć TERAZ twojego ciała?..

W głosie Anioła Pańskiego brzmiała nadzieja… I On natychmiast odpowiedział:

– Nie.

Anioł Gabryel odetchnął z ulgą.

– Lecz w ogóle… W czyśćcu bez mąk… To jakoś przeciwko prawidłom.

Z rosnącym napięciem czekał… Ale gotowy już był na wszystko. Anielski rozmówca niewzruszenie kontynuował.

– O co cię prosił twój dziadek?

On odpowiedział, zakłopotany:

– Dziadek?.. O pilnowanie ogrodu…

– A babcia z mamusią?

– Poprawić ganek…

Anioł Gabryel z zadowoleniem kiwnął srebrzystymi włosami:

– Cóż, oto i niezła męka dla ciebie. Przecież w twym środowisku zagorzałych pasożytów i patologicznych nierobów…

…Lecz się zatrzymał i od razu się poprawił:

– …chciałem powiedzieć, byłym środowisku… lecz jednak twym. Tam przecież wszelki trud jest męką, szczególnie fizyczny, nie?

On się uśmiechnął.

– Pomagać dziadkowi w pilnowaniu ogrodu było dla mnie prawdziwą torturą – ale to było w dzieciństwie…

To spodobało się Aniołowi Gabryelowi.

– Tym lepiej. Po to i czyściec, czy wiesz…

W anielskim ręku w niewiadomy sposób pojawiły się Jego okulary. Na tle wcześniejszych wydarzeń to Go zupełnie nie zdziwiło.

– Twoje okulary…

On wzruszył ramionami.

– A po co mi one?

Anioł Pański pokręcił okularami w ręku.

– A czy nie mógłbyś mi je sprezentować ?

A aniołowi po co okulary…

– No oczywiście, bierz, proszę. Jeśli ci się spodobały, miło mi je tobie sprezentować

Gabryel włożył Jego okulary na anielski nos. Ależ widok, pomyślał, anioł w rodenschtok’owskich okularach…

– Otóż to. Będzie w czym spotkać następnych… Muszę ci powiedzieć że ten mój strój – to wszystko przecież też są dary…

On chciał zapytać, czyje to dary – lecz szybko domyślił się…

– …Mi szczególnie podobają się te buty. Dobre buty. To z Monte Cassino… No i zegarek, owszem, to już stamtąd, gdzie lecieliście… Ot, jakim jestem łapówkarzem…

Boże, i ja też, pomyślał On… Anioł Gabryel patrzył teraz na Niego, jakby czegoś oczekując…

– …No? Ile jeszcze będę tu stać? Czy Ty jeszcze kiedykolwiek raczysz zaprosić mnie do domu? Wstyd, no prawie… O? a o czym to ty myślisz z takim napięciem?..

To był mały anielski spryt…. Przecież aniołowie wiedzą, o czym my myślimy, na ziemi i nie tylko na owej. Lecz przy całej danej im olbrzymiej wiedzy i potędze są oni bardzo nieśmiałymi i skromnymi istotami, „…niewinność, anielska cnota”. To On zrozumiał dopiero teraz. I był On niewymownie wdzięczny Gabryelowi za jego niewinny anielski spryt…

– …Powiedz… A tamci pozostaną… no… bezkarnymi?… Jak ZAWSZE?

…On po raz drugi przeraził się, bo w ogromnych oczach Anioła Gabryela zapłonął ten sam gniew, powiększony przez grube rodenschtok’owskie soczewki. A straszniejszym od gniewu aniołów jest dopiero gniew Tego, Kto ich stworzył… Lecz Anioł Pański powstrzymał się. Na razie…

– „Jako zawsze”, mówisz…

W delikatnym głosie Anioła Gabryela pojawiły się szczególne nuty…

– …Ten, kogo ty nazywasz „Kaczor”… On miał przecież wystąpić w tym Lesie, gdzie wy lecieliście… Oto akurat teraz na ziemi czytają ten tekst przemówienia, Słowa to jego autorstwa. „Wolność i Prawda” się nazywa, jeśli wiesz…

Nie, tego On nie wiedział. Dotychczas w wystąpieniach Kaczora nic Go nie interesowało, nic oprócz jednego jedynego: na ile ile możliwym jest opluć i wyśmiać ich autora…

– …Ale on jednak wystąpił. Co prawda, nie tam, gdzie się planowało… Lecz muszę powiedzieć, jego wystąpienie wywarło niezwykle silne wrażenie na audytorium…

On chciał zapytać o audytorium…

– …W Wigilię Bożego Narodzenia ty ich wszystkich zobaczysz. Nasze zastępy… to dosyć poważne widowisko. A dziś one się powiększyły…

No tak, tam już bez góralskich kapeluszy… Przypomniały mu się słowa, które słyszał w dzieciństwie, gdy babcia i dziadek zabierali Go do kościoła: „…Zbaw nas, gdy miecz Pański na złych się sroży…”. „Audytorium” takich oto skromnych Gabryelów na czele z Michałem… Przecież nie tylko zwiastować i śpiewać „Hosannę na wysokości” umieją… Jedne kiwnięcie palca ich Hetmanki – kamienia na kamieniu nie pozostawią. A jeszcze to wrażenie…

– …„Wolność i prawda”, to takie hasło. To wywoławczy sygnał dla Michała. Coś takiego w waszym kraju widzieli… jeśli liczyć po ziemsku… no tak, gdzieś dziewięćdziesiąt lat temu…

On nie pytał, co to za jeden, ten Michał…

– … dlatego wszystko będzie dużo wcześniej, niż ZAWSZE. Możesz mi wierzyć.

– A jak tobie nie uwierzyć, jeśli ty jesteś?

Oni zaśmiali się i poszli do domu.

25.01.2012 r.

Redakcja: Roma Krzewska