Przede wszystkim zanim zacznę chciałbym Was poinformować, że: …nie muszę, w końcu jestem politykiem, przecież to takie proste obiecać coś i odpuścić, prawda? Jednak ja nie chcę odpuścić, przede wszystkim jako człowiek, nie polityk.
Blisko 300 koni pracuje na trasie do Morskiego Oka, 3 lata więcej zwierzęciu nie jest pisane. Chyba już każdy widział konie, które się przewracają, są bite, wykończone – każdy widział dorożki wypchane po brzegi? To 12 osób + dzieci (spokojnie ponad tona + waga pojazdu) na stromej trasie 8 km.
Za całość tej „imprezy” odpowiedzialne jest 60 góralskich rodzin, które mają wykupioną licencję na transport turystów. Biznes niezwykle dochodowy, bo sam park otrzymuje blisko 1 mln zł dochodu.
Temat koni z Morskiego Oka wraca niczym bumerang za każdym razem gdy jakiś koń przewróci się na oczach prawdziwych turystów. Nie przypadkowo używam tu słów „prawdziwych turystów” bo świadomie i z pełną konsekwencją uważam, że turystą nie jest ten, kto jedzie zwiedzać, a przy okazji przykłada swoją rękę (w tym przypadku nawet cały swój ciężar) do męczenia zwierząt.
Prawdziwi turyści idą i na końcu trasy ten widok smakuje lepiej.
Jest wiele sposobów i pomysłów jak zmienić aktualny stan rzeczy. Wielokrotnie wypowiadali się w tym temacie politycy, samorządowcy, obrońcy zwierząt i miłośnicy parku, ostatnio zrobiła to nawet Pani Minister Henning Kloska. Zawsze jednak bez rezultatów, po jakimś czasie temat ucichł, aż do kolejnego wypadku.
Zakazać całkowicie?
Brak alternatywy?
Zmniejszyć ilość ludzi na wozie?
Wprowadzić obostrzenia?
Każde w jakimś stopniu pomocne, łączy je jednak jedna wyjątkowa cecha: żadne praktycznie nie zostało zrealizowane.
I to nie będzie tekst, który jest ogólnikiem i nie wnosi do dyskusji o koniach z Morskiego Oka nic szczególnego. Pora na prawdę, która niestety nie miała możliwości ujrzeć światła dziennego. Do dzisiaj.
„Może meleksy?” To propozycja, która pada co jakiś czas pod smutnymi obrazkami o koniach.
Pomyślałem podobnie, przecież to takie proste, prawda? Jak się okazało już w 2014 roku odbyły się testy melex’ów na trasie i co?
I klapa. Padły, nie działały, ledwo jechały i w sumie to po prostu się nie sprawdziły. Wszystko to możecie przeczytać w mediach.
W całej tej sytuacji jest tylko jeden problem:
TO NIE JEST PRAWDA.
Kilka dni temu postanowiłem poszukać firmy, która wynajmie melexa by sprawdzić go na trasie.
Byłem w stanie zapłacić, zrealizować i sprawdzić.
Przecież technologia idzie do przodu.
Pośród tysięcy wiadomości i komentarzy udało mi się skontaktować z polskim producentem pojazdów elektrycznych, firmą „Melex”.
Co najciekawsze pojazd firmy Melex już w 2014 roku czterokrotnie przebył całą trasę do Morskiego Oka, dokładnie tą samą co konie.
10 lat temu! Niestety wtedy prawda była niewygodna i nieopłacalna więc „jakimś przypadkiem” do mediów poszedł zupełnie inny przekaz: PRZEKAZ PORAŻKI.
Rozumiecie? Już dekadę temu polska firma przygotowała pojazd, który mógł kursować i zastąpić konie. Czemu tak się nie stało?
Chyba nie muszę odpowiadać na to pytanie. Pieniądz rządzi światem.
Co najsmutniejsze na samą firmę, która przygotowała pojazd i podjęła się testu (tylko dla dobra zwierząt!) spadł ogromny hejt z którym pracownicy, a przede wszystkim prawnicy musieli walczyć miesiącami.
Po jakimś czasie kurz opadł, firma otrzymała tęgie baty, a konie wróciły do pracy.
Słuchając dziś historii firmy „Melex” było mi najzwyczajniej w świecie przykro. Słyszałem ludzi, którzy chcieli pomóc zwierzętom, odciążyć je, nic z tego.
Firma „Melex” dysponuje wszelkimi pismami, testami i parametrami, opisującymi realną sytuację, która miała miejsce w 2014 roku.
Trasa do Morskiego Oka została zdobyta przez pojazd elektryczny wraz z kierowcą i turystami.
Mamy 2024 rok, nie będę Wam tu już opowiadał o tym że baterie litowo-jonowe są dużo lżejsze niż w modelu z 2014 roku. To już dawno można zrobić.
Firma „Melex” jest w stanie wyprodukować pojazd elektryczny wieloosobowy i przystąpić do nowego testu.
Takiego prawdziwego, gdzie każdy będzie mógł zobaczyć rezultat.
Koszt maszyny to około 75 tysięcy zł.
NIE PYTAM, MÓWIĘ „SPRAWDZAM”:
Moja decyzja jest prosta: chcę udowodnić i pokazać realną alternatywę dla cierpienia koni.
Jeśli władze Tatrzańskiego Parku Narodowego oraz starostwa zezwolą na test to zlecam realizację pojazdu firmie, a następnie zakupie go po to by wykonać test.
Pojazd po całym dniu jazdy zobowiązuje się przekazać za symboliczną złotówkę na rzecz Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Jedyny warunek: musi pracować do tego, do czego został stworzony.
Proszę Was o rozpowszechnienie apelu, ja swoją propozycję przekaże pisemnie władzom parku.
Na koniec licząc na duże zasięgi tego apelu, proszę Was o jedno:
jeśli na Morskie Oko, to tylko o własnych siłach.
Autor: Łukasz Karol Litewka Polski polityk, socjolog i samorządowiec, poseł na Sejm X kadencji
Zostaw komentarz