Pan Karol Boczkowski zadał mi na privie następujące pytania, wraz z prośbą, bym odpowiedział na nie publicznie. Wyczuwam coś, lecz mniejsza o to. czas na pytania:

„1. Czy Pański pogląd nt. Rosji ewoluował w ostatnim roku i jeżeli tak- w jaką stronę? Pytam z perspektywy wydarzeń 2016: Turcja, Brexit, nieudany zamach stanu w Czarnogórze, wybory na Bułgarii.

2. Czy dalej nie dostrzega Pan realnej groźby konfliktu zbrojnego? Jeżeli nie- jak Polska może dać ujście rosnącym napięciom? A może wcale nie musimy?”.

Odpowiedź na pytanie pierwsze jest zawarta w prawie każdym poście i wypowiedzi na tematy rosyjskie. Powtórzę: mój stosunek do Rosji jest wyjątkowo niechętny i uważam Kreml za główne zagrożenie wobec Polski. Nie oznacza to jednak, że trzeba paść na kolana i przeceniać jego możliwości. To są tacy sami ludzie, tylko ich instytucje siłowe są lepiej zorganizowane i mają lepsze możliwości oraz pozycję w strukturach władzy. Podane w pytaniu przykłady są „kuszące”, ale nie do końca udowadniające „wielkość” Rosji. Właściwie, to udała im się tylko Turcja i Majdan trochę wcześniej, ale to też dzięki obojętności Zachodu, zaangażowanego w „uchodźców” i leczeniu porażek po „wojnie z terrorem”. Jestem zwolennikiem nacjonalizmu w stylu zachodnim, czyli egoizmu państwowego. Z tego powodu niewiele obchodzi mnie Bułgaria i Czarnogóra, póki nie dotyczy bezpośrednio nas. Dla mnie o wiele ważniejsze są „Nord Streamy” i na uniemożliwianiu tego, nawet gdybyśmy musieli zawrzeć chwilowy sojusz z KRLD ( to tylko przenośnia), by temu przeciwdziałać (dlaczego Hamburg ma być największym portem Europy?), to poparłbym taki sojusz tylko w tym konkretnym celu.

Odpowiedź na pytanie drugie. Nie jest tak, że nie dostrzegam realnej groźby konfliktu zbrojnego. Uważam tylko, że jest mało prawdopodobny na naszym terenie. jesteśmy zbyt cenni dla obu stron, by pozwolić komukolwiek na zniszczenie nas. Z tego powinniśmy wyciągnąć wnioski. Oczywiście, możliwe są jakieś lokalne zaczepki, uderzenia Rosji na małe kraje, nawet „natowskie”. Nie wierzę jednak w to, by przerodziły się w gorącą wojnę. Boję się bardziej oszołomów z bronią atomową niż tzw. supermocarstw. W pzrypadku Polski Rosjanie będą prowokować konflikty wewnętrzne, może nawet gwałtowne, będą chcieli wywołać nasz polski majdan, ale nie sądzę, by weszli zbrojnie. Oczywiście, istnieje taka możliwość, lecz związana będzie z globalnym zaostrzeniem sytuacji i wojną rzeczywistą pomiędzy głównymi graczami. Na to i tak nie mamy wpływu i powinniśmy bardziej zabezpieczyć militarnie i kontrwywiadowczo nasze terytorium, niż zamartwiać się moskiewskimi rakietami. To jest tylko moje zdanie i nie trzeba się z nim zgadzać.

Podsumuję: traktuję Rosję, jak przeciwnika, ale normalnie i bez kompleksów. Nota bene praca pokazała mi, że oni mają większe kompleksy wobec nas niż my.

Na koniec dodam trochę złośliwie (dlaczego? pan Boczkowski chyba się domyśla): nadal uważam, że powinniśmy wspierać Ukrainę, ale nasza miękka polityka wobec Kijowa jest błędem. Powinniśmy zażądać od władz Ukrainy podjęcia działań eliminujących wpływu banderowców i upowców oraz wszelkich antypolskich ugrupować. Wydaje mi się, że Kijów „pielęgnuje” takie grupki, nagłaśnia je i używa jako straszaka. „Patrzcie co będzie, gdy przestaniecie nas wspierać”. Ciekaw jestem, czy Poroszenko postawiony przed wyborem, albo my, albo UPA, wybierze to ostatnie? Sądzę, że nie, bo wówczas musiałby pokajać się przed Kremlem i wrócić w objęcia Putina.

Po tych odpowiedziach moja kremlowska agenturalność nie budzi wątpliwości u niektórych narodowców, drżących ze strachu przed Kremlem.