Listy do Tymoteusza albo Święty Hamindziu-mindziu-mindziu
Wiesz, on czekał na Twoje przyjście, coś przeczuwał. Nie jestem zwolennikiem przypisywania zwierzętom nie wiadomo jakich zdolności paranormalnych, ale na pewno mają wiele z tego o czym myśmy zapomnieli, cośmy wyparli. Przeczuwają, zanim coś się wydarzy.
To coś, co mają nawet nasze domowe koty, psy – czasem wraca kiedy znajdziesz się w środku nocy w górach, albo w lesie, albo nad rzeką czy jeziorem. I wtedy, jeżeli przekroczysz strach przed nieznanymi dźwiękami, dziwną aktywnością wszystkiego co żyje i cię widzi, chociaż ty nie widzisz tego czegoś – to wraca do ciebie. Kiedy przestaniesz się bać tych ryb w żwirowni, które rzucają się obok, gdy płyniesz, nutrii która śmiesznie rusza wąsikami w nadbrzeżnych zaroślach gdy wchodzisz do wody i zanurzasz niepewnie stopy w ciemnej od nocy wodzie. Kiedy przestajesz się bać wilka, jelenia, rysia w nocnym lesie, które mijasz nawet o tym nie wiedząc, a one z całą pewnością cię widzą i czują. Jeżeli się przejdzie barierę tego strachu – wraca poczucie łączności ze wszystkim tym, co żyje. I wraca zgoda na to, że zrozumienie tego jest niemożliwe, że w tym można żyć i czuć, ale porzuca się wtedy strażników rozumu.
To dlatego kiedy chodzę nocą po górach, nie lubię latarki, uważam że jest bez sensu, bo mąci swoim nachalnym kręgiem dwóch metrów jasności powracający do łask instynkt, który sprawia, że zwierzę nigdy albo prawie nigdy się nie potknie na górskiej ścieżce w nocy, a człowiek – robi ro co chwilę.
Naprawdę wolę moje nocne widzenie, wyczucie. Naprawdę wtedy sie nie potykam, nie przewracam, włączam latarkę tylko wtedy kiedy trzeba sprawdzić kolor szlaku, ale też nocą nie chodzę po nowych szlakach więc jestem jak ten nowofundlandzki pilot morski, który doprowadzał statek bez map do portu. Jak go zapytano jak to robi bez map, miał odpowiedzieć oburzony:
– No jak to jak?! Przecież ja tu mieszkam, wiem gdzie to jest!
Wśród tych spraw pierwotnych tak bardzo jest chyba poczucie przynależności do stada, wyczuwanie stada, potrzeb jego członków, wzajemna troska. My, ludzie mamy kręgi tego stada bardzo rozbudowane i różne wyrafinowane koncepcje, przesuwające ten konstrukt ku kompletnej abstrakcji – naród, ludzkość. A nasz kot miał i ma prostą koncepcję. Wiedział, że my jesteśmy jego stadem i wiedział, nauczył się, że w tym stadzie jest bezpieczny, że przy nas nic mu nie grozi, nawet jeżeli to iluzja.
I jego pewność, że stado to bezpieczeństwo udzielała się nam.
Zatem kiedy miałeś przyjść na świat, on czuł, że coś się dzieje i nie ma w tym grama mistyki. Bo koty są bardzo wrażliwe, chociaż mają opinię okrutników i głupków. No bo nie realizują często naszych wyobrażeń o towarzyszu życia, nie merdają, nie skaczą, nie reagują zawsze na imię. Chociaż co do reagowania na imię – robiono badania porównawcze na mózgach psów i kotów i okazało się, że w tych mózgach na dźwięk imienia uruchamiają się te same struktury. Tylko u psów automatem zamienia się to w cały łańcuch reaktywny. A u kotów nie. Koty rozumieją, że są wołane, że to ich imię, sygnał wywoławczy ale pozwalają sobie mieć to w swojej kociej dupie.
Ale to chodzące radary. I to czułe. Na przykład mają zdolność do odbierania dźwięków oczami, widzą w skali dla nas niemożliwej do ogarnięcia, lokalizują każdy dźwięk z dokładnością do jednego stopnia (my mamy marne kilkanaście stopni błędu w namierzaniu), wyczuwają drżenie powietrza i ziemi także poprzez te słynne „wonsiki” o których wiesz od dawna, że nie są wonsikami tylko wibrysami. I na dokładkę mruczą, ale nikt nie wie którą częścią ciała. podobno nie do dzisiaj stanowi to zagadkę dla nauki – jak powstaje mruczenie kota.
I kiedy ciebie jeszcze nie było to kot właził do gotowego fotelika, badał na węch i wonsikami zbierające się w domu mebelki, pieluchy, ubranka. Czekał.
A kiedy przyszedłeś na świat koniecznie chciał być blisko. Bo ten kot lubi być blisko ze swoim stadem, uwielbia momenty, rzadkie, kiedy stado jest w komplecie. Kiedyś zabrałem mu z pyska smużkę, opierdoliłem, że przecież dostaje jeść i żeby nie przeginał i ułożyłem ją w pudełku wyścielonym trawą i resztkami roślin z ogrodu. Był niezadowolony, ale kiedy wniosłem pudełko z smużką do domu stracił nią zainteresowanie, obwąchał pudełko i poszedł do misek. Smużka wróciła do zdrowia w ciągu dnia czy dwóch i wywiozłem ją do lasu. Kot nie zainteresował się nią ani razu. Wynikało z jego zachowania, że uznał, że nawet tymczasowych członków stada chroni immunitet. Nawet tych, których się prawie zjadło.
Nie wiem co by było, gdybyśmy mieli do kompletu jakąś papużkę.
Może nie należy wystawiać jednak charakteru kota aż tak na próbę?
Tym bardziej, że to bardzo dobre zwierzę, ten nasz kot, którego nazwaliśmy Hammond. Kiedy przyjeżdżają znajomi i bywa że na noc czy dwie zostaną u nas – musimy ostrzegać, że kot czuje się tak bezpieczny, że nie usuwa się z drogi. Może przycupnąć w ciągu komunikacyjnym, w łazience pod umywalką, w nocy ułożyć się w drzwiach wyjściowych z pokoju, albo na dywaniku koło łóżka, albo na schodach. I widząc że idzie człowiek – nie usunie się. Dla niego jest oczywiste, że tutaj jest bezpieczny u siebie i nawet przypadkiem nie może mu się stać krzywda.
No ale kiedy się pojawiłeś – sprawy zaczęły przybierać inny obrót. Okazało się, że dziwnie pachnące ludzkie dziecko bywa niedelikatne, lubi krzyczeć, rzucac klockami, łapać za kończyny, mało delikatnie klepać otwartą rączką w głowę, brzuch, kark.
Nie wiem co wiedział a czego nie wiedział, co myślał a czego nie myślał. Bywało że szukał schronienia w trudno dostępnych miejscach, bywało, że domagał się natychmiastowego wypuszczenia na dwór, bywało, że miał wzrok jak ci męczennicy z późnośredniowiecznych obrazów.
Ale przez długi czas nie tylko, że cię nie zadrapał końcem pazura, ale i nawet łapką nie pacnął ostrzegawczo. A kiedy wracaliśmy z jakiegoś wypadu poza miasto to wskakiwał pierwszy do samochodu, którego nie lubi, bo najczęściej nim jeździ do weterynarza i pierwsze co robił to sprawdzał czy jest chłopczyk w foteliku z tyłu.
Dziwiliśmy się dlaczego jest taki sadomaso, dlaczego najpierw leci do twoich drzwi sprawdzić czy chłopczyk wrócił. I nie z nami się wita, ale z Tobą.
Mówiliśmy o nim per „święty”, bo tak cierpliwego zwierzęcia nie widzieliśmy. A ja miałem sporo kotów w życiu. I Hammond jako jedyny zasługiwał na miano świętego. Po Behemocie Serdecznym, po Ramzesie Krótkotrwałym, Iwanie Bezdomnym, Klarze Alpinistce, Nikicie Walecznym, Nergalu Włóczędze, Nemo Łaskawym, Morrsie Akrobacie – nastał on, Hammond zwany Świętym.
Zajęło mu niemal dwa lata zanim pierwszy raz, pamiętam to do dzisiaj, w łazience, nie wytrzymał i syknął a zaraz potem pokłapał ci naokoło spodenek zębami i dwa razy pacnął łapą z wyciągniętymi do połowy pazurami, także koniec haczył tylko o twoje spodenki, ale wiadomo było, że ciebie nie zrani. Podniosłeś krzyk i odwróciłeś się do nas oczekując, że zmiażdżymy kota jakąś wymyślną karą, a myśmy – a byliśmy w łazience oboje z mamą – z ulgą westchnęli i pogratulowaliśmy kotu, że wreszcie wskazał granice.
Byłeś oburzony i wściekły, kilka razy jeszcze próbowałeś wymierzyć kotu sprawiedliwość, tak jak ją rozumiałeś, ale kot już za każdym razem informował ciebie, że owszem, święty, święty, święty, ale bez przesady, gwałt siłą zadany musi być czasem siłą odparty, cytując klasyka.
Ale ten gwałtowny epizod ustawił wam relacje na właściwym poziomie wzajemnego respektu i szacunku. Okazało się, że wystawienie pazura w odpowiednim momencie, nawet we wzajemnym afekcie ustala granice i nie jest złe. Jest dobre. Bez granic ciężko jest żyć.
Jakoś w tym samym czasie zaczynałeś mówić i zacząłeś przekręcać imie kota na „Hamindziu”, bo tak brzmiało bardziej miękko, czule. A potem zacząłeś dodawać dwie ostatnie sylaby, żeby oddać jeszcze intensywność afektu jaki was łączy.
A myśmy to przejęli od Ciebie i tak Hammonda zastąpił w naszym życiu Hamindziu-mindziu-mindziu.
Chociaż to ten sam członek naszego stada. Nadal ze skrzącą się aureolą świętości między szpiczastymi uszkami.
W tym szalonym świecie, w którym ciągle trwają wojny ludzi z ludźmi, ludzi z drzewami, ludzi z ziemią ten nasz Hamindziu pozostaje oazą dobra, spokoju, zgody na wszystko co istnieje.
Słysząc jego powitanie, kiedy wyskakuje z krzaków na końcu ulicy, wyłazi z rowu na sam dźwięk silnika t e g o samochodu – mimo, że wiem, że to głupie, nieadekwatne – czuję się jakoś lepiej, raźniej w tym świecie.
Co najlepsze – to tylko my, ja, widzę/widzimy w nim to dobro, on pewnie nie ma takich myśli, bo nie wiadomo jakie i czy w ogóle mają myśli koty.
Ale to z kolei znakomicie oddaje charakter dobra.
Ono takie jest jak nasz Hamindziu-mindziu-mindziu. Samo o sobie nie wie, że jest dobrem.
I dlatego nim jest.
I jak to mówimy często z Mamą, szczególnie przy czochraniu kotka jego ulubioną drucianą szczotką przy którym smiesznie nadstawia kark chowając łepek między przednimi łapkami –
Niech będzie z nami jak najdłużej, dłużej niż najdłużej żyjący kot na świecie,
Amen.
________________________________________________________________
Nadal mam shadowbana, co oznacza zrzucanie moich postów w dół newsfeeda. Za każdy gest wsparcia w tych trudnych chwilach – zostawiony ślad po lekturze – lajk, komentarz – lub udostępnienie – z całego serca buk zapłać.
Nadal można mi postawić kawę w serwisie buycofee.to, link TUTAJ. Wrzucam go tylko wtedy kiedy czuję, że stworzenie danego postu było w jakiejś mierze pracą, bez cudzysłowu. Wymagało premedytacji oraz nakładu czasu i energii większego niż prosty bluzg typu usiadł i napisał.
Za kawy także dzięki.
Trwa też zbiórka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers. To czysty konkret. 80% rannych przeżywa dzięki dobrej organizacji ewakuacji i opieki medycznej pola walki w armii ukraińskiej. Takich wyników tamta strona nie ma i nie będzie miała. A naszym trzeba pomagać. Link TUTAJ.
Autor: Radosław Wiśniewski Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.
Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor74
Zostaw komentarz