Mocno rozbujała się dyskusja po moim nocnym poście, dlatego pozwoliłem sobie zebrać kilka myśli, nie nowych, obecnych już częściami w „Palimpseście Powstanie”, ale że od jakiegoś czasu liczba osób obserwujących mój profil stale rośnie, nie od rzeczy będzie je zebrać w całość i powtórzyć raz jeszcze.

Coś o bilansie i zliczaniu. Coś o ocenach, które szczególnie po latach porzychodzą nam – moim zdaniem – zbyt łatwo.

Przez całe życie wchłaniałem w siebie Powstanie, czytałem o nim, bywałem w miejscach a ostatecznie przeciez urodziłem się i mieszkałem pierwsze lata życia na Mokotowie, jakieś 200 metrów do miejsca skąd na wojnę wyszedł i nie wrócił Krzysztof Kamil Baczyński. Ale konsekwentnie odstawiałem na bok dyskusje o słuszności lub nie samej decyzji o Powstaniu. Nie dyskutowałem politycznej trafności koncepcji Akcji „Burza”. Uważałem, że nie mnie sądzić. Pozostałem wierny temu, czemu można być wiernym bez zastrzeżeń. Pojedynczym historiom, biografiom, opowieściom. Wiele lat szukałem nazwy na to, co robiłem, robie z pamięcią Powstania. Nie jest to czczenie, nie jest to rozdrapywanie, nazywam to od kilku lat czuwaniem.

Po prostu czuwam przy pamięci ludzi, historii, miejsc.

Uważam, że przed oceną – warto zacząć od opisu. To nie szkodzi, że był on podjęty wiele razy z różnych punktów widzenia. Przy wydarzeniach totalnych – a Powstanie było totalnym wydarzeniem i to nie tylko dla jednego miasta – tego wysiłku nigdy za wiele.

Decyzja była podejmowana przez ludzi zapewne nienależących do ścisłej elity wojskowej, nawet gdy spojrzeć na ich przebieg kariery przed wojną, w czasie wojny i pozostawione zapiski. Wielu z nich zwyczajnie nie czuło walki nieregularnej, partyzantki, w tym partyzantki miejskiej. Dowodzili wojskiem ochotniczym, rebelianckim tak jakby mieli znowu pod rozkazami regularne pułki, bataliony niczym z II R.P. Tyle, że po drodze był 1939 i kolejne lata. Z braku wybitności biorą się często fatalne błędy, które kosztują życie żołnierzy, cywilów, ale zamiana tej oceny na kwalifikację moralną i prawną – moim zdaniem – to zupełnie inna kwestia.

Powstanie się nie udało w pierwszej chwili, ale mimo to trwało 63 dni. I w zasadzie między wezwaniami do rozstrzelania przywódców Powstania „in absentia” a wrzaskami o 63 dniach chwały niewiele mieści się istotnej treści, wyjaśnienia, dlaczego trwało 63 dni.

Nigdy dosyć powtarzania – Powstanie nie trwało 63 dni dlatego, że tak się komuś uwidziało. Tak wynikło z dynamiki zdarzeń, nie tylko wokół samej Warszawy.

I teraz spokojnie, bez nerwów, na zimno.

Pierwsze kilka dni mimo tego, że Powstanie nie osiąga zamierzonych celów trwa – bo inicjatywa należy do Powstańców, Niemcy zamykają się w swoich rejonach zdatnych do obrony i czekają na odsiecz. Ta przybywa 4 oraz 5 sierpnia. Odsiecz to za dużo powiedziane. Zbieranina.

Przybycie odsieczy 4 i 5 sierpnia i rozpętany szał mordu na Woli i Ochocie nie ma swojego analogu w dziejach wojen. Ktoś powie – zbrodnia w Nankinie. Może, ale Nankin był większy, a masakra była rozłożona na wiele tygodni. Wymordować w dwa dni 50 tysięcy ludzi – takiej wydajności nie miały komory gazowe Bełżca, Treblinki, Sobiboru razem wzięte. To był wstrząs. I prosta decyzja zarówno mieszkańców, jak i dowództwa, a w zasadzie instynkt – skoro tu śmierć i tam śmierć to lepiej się bronić niż ginąć bez oporu.

Von dem Bach powstrzymał masakrę – a tak było, masakra została wstrzymana na jego rozkaz – nie dlatego, że był miłującym pokój chrześcijaninem, aczkolwiek w jego wspomnieniach trafi się wiele zdań,w których zdaje się na opatrzność bożą.

Jemu chodziło o wykonanie zadania. A zadanie brzmiało – stłumić powstanie, odblokować Warszawę. Mordy i gwałty bez umiaru były niepraktyczne od tej strony. Umacniały, zamiast osłabiać wolę oporu, sprawiały, że i ludność cywilna i Powstańcy uznawali, że nie mają wyboru, są pod ścianą. Bach chciał wbić klin między ludność cywilną a wojsko. Także psychiczny klin. A o to nie było trudno, ale trzeba było zatrzymać masakry.

Ten stan trwa do końca sierpnia i niewiele go zmienia. Alianci zwlekają z uznaniem walczących Polaków za wojsko aliantów, zatem Niemcy rozstrzeliwują wziętych do niewoli żołnierzy AK, mordują mieszkańców, chociaż już nie na te skalę co na Woli i Ochocie.

30 sierpnia alianci zachodni potwierdzą via BBC prawa kombatanckie walczących w Warszawie. Długo im zajęło. Ale tym samym obietnice von Dem Bacha – a ten ponawia propozycje honorowej kapitulacji od połowy sierpnia – zyskują dodatkowe zabezpieczenie i gwarancję.

Ale trwają makabryczne walki dogorywającej starówki. Potem bez chwili pauzy operacyjnej, po niemiecku, wedle ich starej, dobrej szkoły – von dem Bach uderza na Powiśle i odcina Śródmieście od Wisły wobec spodziewanego uderzenia sowietów. Wtedy pojawia się pierwszy raz w słowniku polskiego dowództwa wyraz „kapitulacja”. Początek września 1944 roku. Ale zaraz potem sowiety wychodzą na brzeg Wisły, znad Warszawy sowieckie myśliwce zganiają niemieckie stukasy, nawiązana zostaje łączność z Armią Wojska Polskiego pod dowództwem generała Berlinga. Czy można się dziwić, że wszyscy poczuli przypływ nadziei? I tak to trwa do 20, 21, może 22 września,do upadku Czerniakowa. Kolejne desanty, kolejne tracone nadzieje, zaciskany kocioł wokół Czerniakowa, kolejne depesze Komendy Głównej AK do Rokossowskiego via Londyn, który to Londyn przekazywał to do Moskwy, która to Moskwa nigdy nie przekazała tych depesz do Rokossowskiego.

Trzecia dekada września to moment, kiedy ponownie pojawia się słowo „kapitulacja”. Przy walce obstaje do końca „Monter”. W czasie gdy dogorywa Czerniaków, bez niemal żadnej pomocy ze strony innych dzielnic – „Monter” notuje, że nieprzyjaciel nie wytrzymuje „naszych” zwrotów zaczepnych. Czyli jakich zwrotów, gdzie?

Potem w trzy dni upada Mokotów. „Monter” jest niemile zaskoczony, jakby nie biorąc pod uwagę, że Mokotów nie miał pomocy z zewnątrz – jak Czerniaków, i nie był w miarę łatwy do obrony jak Stare Miasto. Nie biorąc pod uwagę, że zmienił się skład sił tłumiących Powstanie. Z chwilą wyjścia sowietów na brzeg Wisły, Warszawa stała się miastem frontowym, a na jej terenie do akcji weszły regularne jednostki Wehrmachtu – w tym dywizje pancerne.

I zaraz po Mokotowie rusza walec na Żoliborz, wtedy zostaje podjęta decyzja, że trzeba kapitulować, o ile zaraz nie zostanie zrzucona w Warszawie brygada spadochronowa Sosabowskiego, tyle że ona została zrzucona w drugiej dekadzie września pod Arnhem, żeby ponieść wraz z innymi jednostkami aliantów ostatnią porażkę na froncie zachodnim w tej wojnie.

Tak to wyglądało. Nikt nie planował 63 dni walki. Tak wyszło. I stwierdzenie „tak wyszło” nie oznacza, że przywódcy byli jakimiś głupkami. Kalkulowali w tych nieludzkich warunkach, szukali optymalnego rozwiązania w tragicznej sytuacji, z której nie było dobrych wyjść, tak przed jak i po decyzji rozpoczęcia walki.

W tej dosyć strasznej podmianie, to nie oni powinni zza grobu rozumieć nasze argumenty, tylko my, ja i Ty, powinniśmy spóbować zrozumieć co oni wiedzieli, co mieli w głowach. Bo historia to jest translacja przeszłości na teraźniejszość, a nie na odwrót.

Powstanie trwało dlatego, że kontynuacja walki mimo wszystko wydawała się bardziej optymalnym rozwiązaniem. Nikt nie wiedział tego co my, teraz.

O Godzinie „W” i jej planie już pisałem. Nie wskazano strategicznych punktów do osiągnięcia. Próbowano zajmować miasto, ale zarazem zdobyć punkty strategicznie ważne i to wszystkie, bez określenia hierarchii ich ważności. To nie było tak, że wszyscy skupiamy się na zdobyciu mostów, śródmieścia, Woli, Ochoty i ewentualnie w sprzyjających warunkach próbujemy coś więcej. Nie. Ugrupowanie zostaje płytkie, bez możliwości intensyfikowania wysiłku jakimś odwodem, taktycznym , nie mówię, że operacyjnym. Że jakby nie wyszło zajęcie jakiegoś obiektu Godzinie „W” pierwszym rzutem, to wprowadzamy drugi rzut z innego kierunku. Nie. Atak wszędzie, naraz, w zasadzie bez odwodów. Zaatakowano nie mając przewagi zaskoczenia – bo dwa dni wcześniej ogłoszono pogotowie i zarządzono koncentrację, żeby je odwołać – uderzając w biały dzień, nie mając przewagi liczebnej ani ogniowej, nie wykorzystując przewagi inicjatywy to znaczy decyzji o tym gdzie i kiedy się uderzy. No i nie udało się.

Powstańcy za to zajęli spore obszary miasta, to prawda, powstały enklawy wolnej, samorządnej Polski. To fakt. Zdobyli trochę broni, okrzepli przez te kilka dni. Nikt się nie spodziewał i nie miał prawa się spodziewać rzezi, jaka przeniosą siepacze Reinfartha i Dirlewangera.

Jednak mimo sporych postępów terenowych dzielnice nie zostały zespolone w żaden sposób w jeden organizm. Łączność między nimi opierała się na meldunkach pisanych ręcznie, dostarczanych przez łączników kanałami lub o łączność radiową via Londyn. Czyli depeszę szyfrowano, wysyłano do Londynu, tam ją rozszyfrowywano, szyfrowano ponownie, wysyłano z powrotem do Warszawy, gdzie ją trzeba było odebrać i rozszyfrować. Jak w takich warunkach skoordynować najprostsze działania dwóch i więcej zgrupowań?

Kabel telefoniczny połączył Stare Miasto ze Śródmieściem 2 września w dniu upadku Starówki. W tych warunkach walka w mieście mogła mieć tylko charakter obrony uporczywej w miejscu. Dowództwo Okręgu i Komenda Głowna Ak były w zasadzie zbędnymi ogniwami dowodzenia, bo nie widziały i nie wiedziały wiele więcej, niż dało się dostrzec z przedniego skraju barykady. Nie zajęto central telefonicznych, nie ustalono łączności radiowej między dzielnicami. Zakładając, że będzie się działać „dzielnicami”a nie zgrupowaniami. No bo dzielnice mają to do siebie, że się nie poruszają.

Kilka prób połączenia walczących dzielnic zostało podjętych za późno – na przykład próba uderzenia na pas ziemi między Żoliborzem a Starym Miastem w rejonie Dworca Gdańskiego 20-21 sierpnia. Bez koordynacji, dobrego rozpoznania, na umocnionego przeciwnika wspartego pociągiem pancernym i schronami bojowymi – bez szans. Może w pierwszych dniach sierpnia – miałoby to cień szans, ale w pierwszych dniach sierpnia Powstańcy z Żoliborza wyszli z miasta. Albo próba przebicia się, nawet nie połączenia dzielnic ze Starego Miasta do Śródmieścia i wreszcie rachityczne próby odblokowania Czerniakowa – wszystkie one spełzły na niczym. A przecież obrona okrężna izolowanych dzielnic rozpraszała i tak wątłe siły Powstańców. Była nieracjonalne taktycznie. Uniemożliwiała manewr.

A Niemcy mieli przewagę ognia. Stać ich było na to by trzymać się w wąskich pasach terenu w środku miasta, czasem szerokimi na kilkaset metrów i potrafili nie tylko takich terenów skutecznie bronić, ale wyprowadzać z nich niszczące natarcia.

Niemcy robili z grubsza to, co chcieli. Nie od razu i nie naraz, ale pomijając te pierwsze dni – w żadnym momencie nie dali sobie zabrać inicjatywy. Nie przeszkodziło im w tym zgrupowanie w Kampinosie, które wprawdzie dostarczało ludzi i broni do miasta, ale niemal w ogóle nie podejmowało działań o charakterze stricte nieregularnym. Nie atakowało Niemców, tam gdzie byli słabsi, by zmuszać ich do rozpraszania wysiłków, nie wysadzało linii kolejowych, nie w niszczyło mostów, nie nękało patroli. Przyjmowało zrzuty i transferowała je przez nieszczelny pierścień blokady.

W ogóle to wyglądało tak, że zarówno Niemcy jak Sowieci grali tak, jakby Powstania nie było. To nie znaczy, że go nie zauważyli, że nie komplikowało im sytuacji, ale nie uniemożliwiało działania wedle planu.

I nie chodzi o to, czy Niemcy stracili w warszawie tysiąc, dwa, trzy czy nawet 10 tysięcy ludzi. O tyle było to nieistotne – że Niemcy przeprowadzili to, co zamierzali, a jeżeli coś im to uniemożliwiło to nie był upór ze strony Powstańców, ale niestety – rosnące siły Sowietów.

Powstańcy nie zdołali zablokować solidnie arterii komunikacyjnych Warszawy, nie zajęli ani nie byli w stanie kontrolować przepraw na rzece, bo nie mieli do tego środków ogniowych ani amunicji. Nie zajęli żadnego z lotnisk w rejonie Warszawy. Nie przeprowadzili w zasadzie żadnego skutecznego manewru nawet w skali taktycznej. Nie mogli – bo w zasadzie nie było skutecznej łączności i rozpoznania. Ujawnili się, zajęli części miasta i trwali z uporem i heroizmem godnym najwyższego podziwu. Ale to tyle. Obrona uporczywa tam gdzie stoisz.

I tam gdzie stoisz – w takiej obronie – giniesz.

Niemcy bez przeszkód manewrowali siłami tłumiącymi Powstanie, a przez większość czasu do tłumienia kierowali zbieraninę jednostek tyłowych. Przez ponad połowę Powstania do walk ulicznych von dem Bach miał do dyspozycji konglomerat jednostek drugorzutowych, kolaboranckich. To nie była w żadnej mierze elita, raczej szumowiny Wehrmachtu, popłuczyny. Narzekał zresztą na jakość swojej szumnie zwanej „grupy korpuśnej”. W starciu z regularnym wojskiem ta jego grupa korpuśna nie wytrzymałaby zapewne dwóch dni. A i na stłumienie Powstania, w którym co dziesiąty człowiek miał karabin – potrzebowała wielu tygodni.

Moment, w którym do akcji weszły frontowe jednostki niemieckie, czyli połowa września to przypomnę czas naznaczony upadkiem Czerniakowa, który nie broniłby się tak długo, gdyby nie desanty zza Wisły. Dzisiaj trochę wyszydzane, ale jak się czyta niemieckie raporty to widać jak zmieniło się wyposażenie jednostek na Czerniakowie dzięki „gapom”. Pomijając już fakt, że owszem z drugiego brzegu bywało że w walkach brała udział kierowana przez obserwatorów artyleryjskich na Czerniakowie artyleria armii Berlinga, nieliczna, ale była. Świętej Pamięci Chorąży Kunysz coś o tym mógłby powiedzieć, gdyby przeżył. Ale ostatnią salwę kierowanej przez siebie baterii skierował na budynek w którym miał stanowisko, a na piętrach którego byli już Niemcy.

A gdy przyszło do walki Powstańców oko w oko z dywizjami pancernymi to jednak nie trwało to długo. Mokotów, Żoliborz padają w zasadzie w dwa-trzy dni.

Powstanie wybuchło w złym momencie. Mądrzy ex post historycy mówią, że trzeba było dać rozkaz 21-22 lipca albo czekać do początku września. Ale to wiedza post factum. A konia z rzędem temu, kto potrafiłby na podstawie szczątkowych informacji w wojennej gorączce i mgle wybrać moment perfekcyjny.

Powstanie było źle przygotowane operacyjnie, taktycznie, nie miało dobrej łączności i planu.

Ale to pół biedy o tyle, że wygrało czas i przestrzeń w pierwszych dniach. Gorzej, że tego zysku w czasie i przestrzeni nikt nie przekuł w jakiś sukces, że nie zmienił się plan pierwotny walki, że nikt tego planu nie zmodyfikował, nie próbował manewru. Jakiegokolwiek ruchu ze wszystkich opcji, jakie były na stole. Można było spróbować skupiać się w centrum, próbować odbić dwa-trzy strategicznie ważne punkty. Można było wyjść do lasów i zakonspirować się na powrót. A ostatecznie nie wybrano żadnego wariantu. Wybrano inercję. Trwanie. Za wszelką cenę.

I te próby dowodzenia jakby ciągle był 1939. Przykładem tej ostatnie tendencji był rozkaz Komendy Głównej AK nakazujący mobilizację pozostałym okręgom AK i marsz partyzantów na pomoc Warszawie. Nie doszło do tego, można powiedzieć – na szczęście. Najbliżej Warszawy był okręg kielecki AK „Jodła”. 20 sierpnia dowództwo „Jodły” podjęło decyzję o przejściu do działań w ramach „Burzy” na terenie okręgu i odwrocie, wbrew rozkazom KG AK, znad Pilicy. Między jednostkami szumnie zwanego „kieleckiego korpusu AK” a warszawą było ponad 100 kilometrów otwartego terenu, brak było rozpoznania sił niemieckich a tak zwany koprus był leśnym wojskiem, bez broni ciężkiej, bez kolumn motorowych, bez broni przeciwpancernej, z logistyką opartą o partyzanckie furmanki. Jak i po co mieli się przebijać do Warszawy? Stukilometrowy rajd leśnej piechoty na tyłach Niemców?

W Warszawie ludzi do walki nie brakowało, niemal przy każdym zgrupowaniu byli ludzie, którzy byli na liście żołdu ale nie mieli czym walczyć. Brakowało broni, amunicji, sprzętu, żywności a nie ludzi. Taki paradoks. A leśne wojsko często też nie umiało się odnaleźć w warunkach walki miejskiej. Nie mówiąc o dowództwie, które proponowało uderzenie na Warszawę po szosie Piotrkowskiej, względnie od strony Woli, tak jakby „korpus AK” był odpowiednikiem korpusu niemieckiego, a nie był odpowiednikiem nawet dywizji.

Ale to jest opis błędów i bilansu od strony wojskowej. Proszę z tego nie wyciągać kompensacyjnych sądów wyrażanych w formie zdań prostych, niezłożonych o konieczności postawienia całej Komendy Głównej AK pod sąd ze znanym wynikiem takiego przewodu sądowego – czyli rozstrzelaniem dowódców. Nie byli to prawdopodobnie dobrzy dowódcy, nie mieli pomysłu na wykorzystanie atutów działań nieregularnych w mieście i na jego obrzeżach. Nie umieli zmienić raz powziętych zamiarów i planów, a przede wszystkim szybko stracili jakiekolwiek środki do dowodzenia, do wypracowania i przekazanie swoich decyzji do realizacji – czyli skuteczną łączność i rozpoznanie,

Norman Davies którego cenię selektywnie powiedział kiedys jedno dobre zdanie.
Tak się zdarza historykom, że powiedzą dobre zdanie. Otóż powiedział, cytuję z pamięci, że wy, czyli my, w Polsce, nie mogliście wojny wygrać, nie to było waszą stawką. Wyście mieli wojnę przetrwać, co nie było łatwe i żeście ją przetrwali.

Czy w najlepszy możliwy sposób, najbardziej sensownie – to już osobna kwestia, chciałoby się dodać.

A pytany o moralne aspekty decyzji o wybuchu Powstania w warszawie i powiedział, znowu cytuję z pamięci, że jego jak Anglika zawsze dziwi ten polski korowód najsroższych oskarżeń pod adresem przywódców Powstania. Bo to nie oni burzyli Warszawę, nie oni zwlekali z przyznaniem Powstańcom praw komabatanckich, nie oni odwoływali i zezwalali ponownie na zrzuty, nie oni blokowali lotniksa po drugiej stronie Wisły dla alianckich samolotów, nie oni blokowali łączność między KG AK a Rokossowskim (chociaż inna sprawa co by miało z tej łączności wyniknąć).

Gdyby zastosować te sankcję bezwzględnie, to ten sam argument powinien dotyczyć na przykład Sir Douglasa Haiga, za jego planowanie i dowodzenie w Bitwie nad Sommą w 1916 roku. Ta bitwa kosztowała życie pół miliona brytyjskich żołnierzy. Pół miliona.

Wybiła godzina 14:00, która jak wiadomo jest tą właściwą Godziną „W”. To wtedy rozległy się pierwsze strzały na Żoliborzu.

To mój ostatni głos w sprawie Powstania w tym roku.

Całą resztę już kiedyś napisałem w „Palimpseście powstanie”.

Teraz proszę o minutę, dwie albo i godzinę ciszy.

Czuwaj!

_______________________________________________________________________________

Link do „Palimpsestu” zostawiam w komentarzu. Na stronie Wolne Lektury ebook jest dostępny za darmo, w hurtowni książka papierowa jest za pieniądze, ale ja z tych pieniędzy nic nie mam, bo wszystko idzie na cele statutowe KIT Stowarzyszenie Żywych Poetów.

Dziękuję jak zawsze za każde udostępnienie, komentarz, reakcję.

Aktualne zbiórki w komentarzach, nad ta nową pracuję, rano uruchomię i dorzucę do komentarzy.

Buk zapłać też za taktyczne kawy w serwisie buycoffe.to, bardzo to miłe i zacne. Link tez w komentarzach jak zawsze.

Jak zawsze wielkie dzięki za szery, lajki, komentarze.

Jak zauważyliście – nie dziękuję już indywidualnie pod udostępnieniami, ale staram się odpłacać udostępniającym w taki sposób, że skoro udostępniający zwiększają moja widoczność to i ja zwiększam waszą lajkując ile wlezie.

Niebawem rusza nowa dla Fundacji UA Future, bardzo konkretna, co polecam już uwadze.

Za kawy taktyczne dla mnie – niezmiennie dziękuję. Powtórzę, to co zawsze, wasza kawa mnie dyscyplinuje i sprawia, że oprócz pasji włączam tryb pracy i researchu.

Bardzo dziękuję też za taktyczne kawy na buycofee.to – to mnie pionizuje i mobilizuje do roboty.

Gdyby ktoś chciał postawić mi kawę w zamian za wykonaną robotę – link tutaj.

Trzymajcie się!

Trwa nadal zbiórka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers. To czysty konkret. 80% rannych przeżywa dzięki dobrej organizacji ewakuacji i opieki medycznej pola walki w armii ukraińskiej. Takich wyników tamta strona nie ma i nie będzie miała. A naszym trzeba pomagać. Link TUTAJ.

Autor: Radosław Wiśniewski  Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.

Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor74