„Schizma to formalny rozłam w łonie jednej religii lub organizacji, polegający na odrzuceniu zwierzchnictwa jej przywódców i zerwaniu jedności. W kontekście religijnym odróżnia się ją od herezji, która dotyczy wypaczenia samej doktryny wiary”
• Czy obecnie mamy do czynienia ze schizmą w łonie katolicyzmu? Tak, opowiadam o tym od dłuższego czasu, na długo zanim stało się to modne w związku z ostatnimi wydarzeniami. Nagrałem np. w ubiegłym roku odcinek programu zatytułowany „Nowa schizma zachodnia”.
• Czy przyczyną schizmy są święcenia biskupie bez zgody Rzymu z 1988 i 2026? Nie, one są aż i zaledwie tylko jednymi z objawów postępującego procesu schizmy, która z kolei jest… następstwem herezji.
• Schizma ma bowiem to do siebie, że może współistnieć z herezją lub nie. Jeśli występuje herezja, czyli zasadnicze odstępstwo od doktryny wiary, dotykające jakąś część kościoła, wtedy schizma jest jej naturalną konsekwencją. Nie może być jedności organizacji kościelnej, kiedy wierzy się w rozbieżne czy przeciwne prawdy wiary.
• W tym sensie schizma datuje się nie od 1970 roku, kiedy abp. Lefebrve utworzył bractwo kapłańskie, nie od połowy lat 70., kiedy nałożono na bractwo pierwsze ograniczenia i kary, nie od 1988, kiedy wyświęcił biskupów i nie od 2026, kiedy nastąpiły kolejne święcenia.
• Bo schizma jak i herezja (po tym stwierdzeniu rzucą się na mnie prawnicy i jurydyczni teologowie, ale… nie będą mieli racji) zwykle nie jest wydarzeniem a procesem. Schizma Wschodnia nie nastąpiła w 1054 roku. Rozjeżdżanie się kościołów na katolicki i prawosławny trwało setki lat a 1054 rok to zaledwie ostateczne podsumowanie owych procesów. Jedności, różnorako rozumianej, faktycznie nie było dużo, dużo wcześniej.
• Wbrew pozorom schizmy i herezje często dużo lepiej pojmowalne są z perspektywy dynamiki procesów socjo-kulturowych i politycznych niż prawniczych dysput teologicznych.
• Idąc tym tropem trzeba stwierdzić, że nowa schizma zachodnia, XX-wieczna, nie jest żadnym pojedynczym wydarzeniem a procesem, u którego podstaw nie stoi zresztą łamanie jedności organizacyjnej kościoła a herezja, czyli odstępstwo od treści wiary.
—
Geneza
• W 1958 roku umarł Pius XII, ostatni papież, który trzymał się doktryny kościoła odrzucającego w nauczaniu wewnętrznym reguły demokracji liberalnej.
• Kolejni papieże, od Jana XXIII począwszy, w mniejszym czy większym stopniu, rozpoczęli, niekiedy aktywnie zabiegając, niekiedy tylko pozwalając, niekiedy (Benedykt XVI) spowalniając, proces stopniowych, pełzających zmian doktrynalnych, u którego podstaw leżała de facto polityka i zmiany społeczne.
• W poprzednim, XIX wieku kościół stanął jednoznacznie przeciwko toczącym się w porządku społecznym rewolucjom (demokratyzacja, sekularyzacja i liberalizm). Papiestwo broniło nie tylko określonego ładu politycznego z czasów feudalnych ale w jego ramach przede wszystkim swojej pozycji jako świeckich władców państwa kościelnego, położonego we Włoszech.
• Ukoronowaniem tych procesów stał się pontyfikat Piusa IX z jego ugruntowaniem papocentryzmu, w postaci dogmatu o nieomylności papieskiej (dogmatu, którego istoty i warunków prawie nikt zresztą nie rozumie) i ogłoszeniem się „więźniem Watykanu” po likwidacji państwa kościelnego w wyniku procesu zjednoczenia Włoch.
• Co najmniej od przełomu stuleci i Leona XIII (Rerum Novarum) kościół starał się jednak „oswoić” nową rzeczywistość i wypracować jakiś model funkcjonowania, w tym politycznego, w zmienionym otoczeniu społecznym.
• Wychodziło to ogólnie rzecz biorąc słabo, czego namacalnym potwierdzeniem stała się faktyczna bezradność katolicyzmu wobec nazizmu i komunizmu. Trauma marginalizacji chrześcijaństwa i totalnej dehumanizacji okresu II wojny światowej wywarła na części duchowieństwa ogromne wrażenie. Na sile przybrały nurty starające się uczynić katolicyzm maksymalnie kompatybilnym z liberalną demokracją typu zachodniego.
• Gdy umarł Pius XII nowy papież, Jan XXIII, otworzył katolicyzm na humanizm, stawiający człowieka w centrum refleksji religijnej. Otworzył na stopniową ale w rezultatach kompleksową, reformę doktrynalną. 20 lat po zakończeniu II wojny światowej na soborze zadeklarowano, że „człowiek jest drogą kościoła”, co stało się de facto, w skutkach, swego rodzaju doktrynalną polemiką z Chrystusowym „ja jestem drogą, prawdą i życiem”. Antropo-centryzm zaczął zajmować miejsce dotychczasowego teo-centryzmu.
—
Przebieg
• Rozpoczęły się reformy. Najbardziej radykalną i powszechnie namacalną formę przybrały w postaci zmian w liturgii kościoła rzymskiego. Dlatego po dziś dzień, niesłusznie, przywiązanie do form liturgicznych traktowane jest jako zasadniczy powód podziału. Niesłusznie, bo podstawy są doktrynalne, a zmiany liturgiczne, zmiany sposobów odprawiania rytuału, są aż i tylko ich manifestacją.
• W wyniku radykalnej reformy liturgicznej księża odwrócili się od ołtarza „w kierunku ludu”, sakralny język łaciński zastąpiły potoczne języki narodowe a budownictwo kościelne zaczęło często przypominać tworzenie centrów kongresowych, tracąc swój sakralny charakter.
• W ramach zwrotu „ku człowiekowi” nauczanie moralne kościoła stało się luźne i zależne od kontekstu, czego najjaskrawszą do tej pory manifestacją stał się papieski dokument Amoris Laetitia.
• Nawracanie straciło priorytet na rzecz dialogu międzyreligijnego, doprowadzając do skandalicznych, z punktu widzenia tradycyjnej doktryny katolickiej, zwłaszcza w temacie religii niechrześcijańskich, wydarzeń i dokumentów. Spotkanie międzyreligijne w Asyżu w 1986 roku, dokument watykańskiej Komisji ds. Relacji Religijnych z Judaizmem z 2015 czy dokument z Abu Zabi w 2019 sformowały de facto nową doktrynę religijną.
• Użyte tam stwierdzenia, że wielość religii jest jest „wyrazem woli Bożej” oraz, że kościół zaprzestał instytucjonalnego nawracania żydów, stanowią zaprzeczenie tego, co katolicyzm zawsze głosił. A głosił jedynozbawczość Chrystusa i konieczność nawracania na wiarę w Niego wszystkich ludzi. Głosił też, że inne religie są błędami odciągającymi ludzi od prawdy, a ich funkcjonowanie chrześcijanie mogą co najwyżej tolerować w imię np. pokoju i porządku społecznego.
• Postawa humanizmu i antropo-centryzmu ma również bezpośrednie przełożenie na promowanie przez współczesny kościół utopijnych nierzadko postaw społeczno-politycznych. Dlatego kolejni papieże jeżdżą na Lampedusę i wykonują gesty solidarności wobec procesów masowej imigracji, która jest jednym z najbardziej dewastujących dla europejskiej, w tym chrześcijańskiej, tożsamości, zjawisk.
• Kościół zawsze był orędownikiem uniwersalnych wartości, niemniej były one zawsze podporządkowane budowaniu ściśle chrześcijańskiej rzeczywistości społecznej. W ostatnich dekadach papiestwo stopniowo odchodzi od tej religijnej retoryki w tym zakresie. W imię humanistycznych ideałów postawa obrony własnej wspólnoty zastępowana jest mglistą otwartością na każdego obcego. Tradycyjna logika rywalizacji miedzy cywilizacjami zastępowana jest utopią wszechludzkiego braterstwa.
—
Skutki
• W istocie mamy więc do czynienia z kościołem, który w ciagu radykalnie krótkiego czasu coraz mniej przypomina samego siebie sprzed 60 lat. Nie tylko jeśli spojrzy się na wygląd wielu nowych budynków i sposób sprawowania liturgii, ale przede wszystkim jeśli weźmie się pod uwagę treść nauczania.
• Katolicy zmarli przed 1965 rokiem, gdyby zaprowadzić ich na współczesną, typową mszę, odprawianą w budynku przypominającym bardziej halę niż świątynię, w języku narodowym zamiast łaciny, z niedbałym podejściem do gestów i znacząco niższą liczbą momentów ciszy oraz elementów głębokiego sacrum podczas nabożeństwa, ze współczesną muzyką zamiast tradycyjnych pieśni, z kazaniem, w którym z sympatią mówi się o masowym przybywaniu innowierców do ich kraju, albo w którym ksiądz zapowiada, że komunia udzielana przez świeckich szafarzy (wcześniej nie do pomyślenia), dostępna jest również osobom żyjącym w powtórnych związkach – tacy katolicy z pewnością nie byliby w stanie uwierzyć, że to ten sam, ich, kościół katolicki.
• Tempo głębokich zmian, jakich doświadczył katolicyzm w ciągu ostatnich dekad jest nieporównywalne chyba z żadnym inny procesem w historii religii świata. Tym bardziej, że proces ów jest ciągle w toku, a kolejne zagadnienia oraz pomysły rewolucjonizujące nauczanie, sprawowanie kultu czy organizację kościoła są poddawane dyskusjom w tzw. procesie synodalnym.
• Jeśli dodamy do tego powszechny upadek dyscypliny kościelnej, w tym fakt, że Rzym praktycznie zaprzestał dyscyplinowania kleru i wiernych w zakresie wierności oficjalnemu (choć mocno zmiennemu ostatnio) nauczaniu, dostaniemy obraz absolutnie skrajnych postaw i wierzeń, praktykowanych w ramach, teoretycznie, wciąż jednego kościoła.
• Z punktu widzenia tradycyjnej doktryny wiary, spora część głoszonych przez współczesnych biskupów i księży treści, a nawet niektórych dokumentów watykańskich, jest po prostu heretycka. Stanowi radykalne zerwanie z podstawami wcześniej wyznawanej religii. Mamy więc do czynienia de facto z pełzającym procesem postępujących herezji, których następstwem jest pełzający proces postępującej schizmy.
• W tej perspektywie należy oceniać zarówno działania bractwa założonego przez abp. Lefebrva, jak i innych tradycjonalistów działajacych w ramach kościoła w tzw. „pełnej jedności z Rzymem”. Tych ostatnich, pozostających „w pełnej jedności”, można umownie i z grubsza podzielić na kilka kategorii.
• a) Tradycjonaliści liturgiczni, którzy nie polemizują z rewolucją doktrynalną ostatnich dekad, natomiast ze względów kulturowych i estetycznych „wolą starą mszę”. Prawdopodobnie najmniejsza i mało znacząca grupa.
• b) Tradycjonaliści integralni, którzy prezentują zasadniczo podobne obiekcje wobec posoborowego nauczania, nie tylko na poziomie liturgicznym ale i doktrynalnym, co lefebryści, ale nie widzą sensu w otwartym nieposłuszeństwie, tworząc swego rodzaju podziemie wewnątrz głównego nurtu katolicyzmu. By przetrwać i nie zrywać z Rzymem muszą de facto udawać wyłącznie tradsów liturgicznych. W zakresie doktrynalnym starają się więc uprawiać „hermeneutykę ciągłości” a’la Benedykt XVI, czyli próbować nadawać soborowemu i posoborowemu nauczaniu tradycyjną wykładnię.
• c) Tradycjonaliści doktrynalni, którzy, najczęściej nieświadomie i bez specjalnie głębszej refleksji, „siłą rozpędu” wiary przekazywanej przez pokolenia, podzielają tradycyjną wizję religii i nauczania katolickiego ale nie stawiają oporu zmianom liturgicznym.
• Najwięcej, w państwach takich jak Polska, jest tradycjonalistów doktrynalnych ale stanowią oni bardzo zróżnicowane grono wyznawców o najróżniejszym poziomie świadomości. Niemniej to z ich grona najczęściej rekrutują się nowi wierni w kościołach i kaplicach bractwa założonego przez abp. Lefebrva.
—
Prognozy
• Jeśli chodzi o liczby to wszystkich odłamów tradycjonalistów skupionych wokół „starej mszy” można liczyć w kościele raczej w promilach niż w procentach, niemniej są to właściwie bez wyjątku społeczności dynamiczne, młode, dzietne i mające dużą dynamikę wzrostu. Szczególnie ostro kontrastuje to z wymierającym, liberalnym katolicyzmem głównego nurtu w wielu państwach zachodnich, w tym w Polsce. Co więcej, ich wyrazista tożsamość jest i będzie istotnym magnesem dla sporej cześci religijnej mniejszości społeczeństwa, otoczonej coraz mniej religijną większością.
• W perspektywie całego katolicyzmu, liczącego ponad miliard wyznawców, są jeszcze tylko dwie grupy, znacznie większe od wspólnot skupionych wokół „starej mszy”, które wykazują dużą dynamikę, dzietność i tendencje do wzrostu. Po pierwsze są to kościoły lokalne w społeczeństwach afrykańskich, w których większość księży i biskupów można, z pewnymi zastrzeżeniami, zaliczyć do grona <tradycjonalistów doktrynalnych>. Po drugie, są to współczesne ruchu charyzmatyczne, tworzone niejako na wzór protestanckich wspólnot ewangelikalnych.
• Liberalny, humanistyczny katolicyzm głównego nurtu jest z kolei najbardziej wpływowy, dominujący w Rzymie i większości episkopatów, bogaty. Ma kurczącą się ale wciąż najszerszą, liczoną w co najmniej setkach milionów wiernych, bazę społeczną ze wszystkich grup. Nominacje biskupie oraz kardynalskie ostatnich lat umacniają jego pozycję. Pontyfikat Leona XIV wydaje się, póki co, konserwować ów stan rzeczy.
• Jak widać zasadniczy bój w kościele najbliższych dekad rozgrywa się i będzie się rozgrywał w związku z tym o serca i umysły licznej i wciąż dosyć znacznej grupy, którą nazwałem „tradycjonalistami doktrynalnymi”. Patrząc na dotychczasową dynamikę procesów wewnątrzkościelnych można założyć, że ich liczba będzie malała. Część z nich odpadnie od religii wskutek postępujących na całym świecie procesów sekularyzacji, część dołączy do humanistycznego, głównego nurtu, ale istnieje spora szansa, że znaczna ich liczba zasili również wspólnoty skupione wokół „starej mszy” i tradycyjnej doktryny.
• Rozpoczęte 70 lat temu a na nowo „rozdmuchane” przez Franciszka „procesy synodalne”, będą w wielu miejscach skutkowały kolejnymi „postępami postępu”. Mówi się o zwiększaniu roli świeckich w liturgii, kapłaństwie kobiet, błogosławieniu różnego rodzaju relacji seksualnych, praktykuje się kolejne „innowacje” liturgiczne, sprowadzające celebrę do swego rodzaju spotkań towarzyskich z elementami modlitewnymi. „Człowiek jest drogą kościoła”, w związku z tym kościół musi się do zachcianek, pomysłów, kreatywności czy doraźnych potrzeb wiernych i niewiernych nieustannie przystosowywać.
• Nie widzę szans na pojednanie między tradycją a nowym humanizmem. O ile humanizm renesansowy pozostawił w kościele głównie nagie postacie na freskach Kaplicy Sykstyńskiej, o tyle współczesny antropocentryzm stopniowo przebudowuje całą strukturę religii, sprawdzając rolę katolicyzmu do globalnej instytucji charytatywnej, pacyfistycznej czy oferującej członkom ewentualne wsparcie psychologiczne. Sakralny kult jedynego Boga staje się pobocznym wątkiem w misji organizacji kościelnej, zamiast jej sednem.
• Najbardziej prawdopodobnym na dziś scenariuszem jest zatem postępowanie zarówno pełzającej herezji głównego nurtu katolicyzmu jak i będącej reakcją na herezję – pełzającej schizmy tradycjonalistów.
• Przy czym, w moim najgłębszym przekonaniu, schizmatykami „in pectore”, w sercu, są nie tylko ci, którzy wspierają święcenie biskupów wbrew woli papieża. Są nimi również ci wszyscy, którzy sprzeciwiają się jednoznacznie antropocentrycznemu kursowi, jaki kościół obrał w ostatnich dekadach. Formalnie i zewnętrznie pozostają „w pełnej jedności”, choć doktrynalnie Rzym żegluje z dekady na dekadę coraz dalej od ich niezmiennych, tradycyjnych pozycji.
—
Skandalizujące oceny
Niniejszy artykuł zostanie skrytykowany z pozycji kościelnego głównego nurtu – za zarzucanie mu pełzającej herezji. Zostanie też zanegowany z pozycji lefebrystycznych – za sugestie pełzającej schizmy. Niemniej, to nie koniec kontrowersji, jakie zamierzam w nim zawrzeć. W moim głębokim przekonaniu trwająca od dekad rewolucja oraz podział doktrynalny i organizacyjny, dokonujący się w katolicyzmie, sięgają swoimi korzeniami daleko wcześniej niż w połowę XX wieku i dotyczą sedna relacji między papiestwem a polityką i porządkiem społecznym.
Kościół, co naturalne i typowe dla niemal każdej okrzepłej religii, przez stulecia był jednym z filarów panującego w Europie, a ukształtowanego w średniowieczu, porządku społeczno-politycznego. Ów porządek ulegał stopniowej erozji przez setki lat, począwszy od wynalezienia druku. Kiedy następował jego gwałtowny kres pomiędzy 1789 a 1918 rokiem, kościół, jak już wcześniej napisałem, najpierw stał na pozycjach zdecydowanej walki ze zmianami, by następnie zająć nieco bardziej pragmatyczne i uwzględniające realia stanowisko.
Drugowojenna trauma „przerzuciła wajchę” w drugą stronę. Spora część kościoła zdecydowała się nie tylko „pobłogosławić” nowy porządek społeczno-polityczny ale wręcz zaaplikować jego zasady do swojej wewnętrznej struktury i doktryny. Ze wszystkimi, opisanymi wyżej, skutkami. Sto lat po ogłoszeniu się „więźniami Watykanu” kolejni papieże zdecydowali, że chcą „powrócić na salony”, poprzez zreformowanie podległej sobie instytucji według dominujących w danym momencie trendów społecznych.
Mające historycznie znacznie większą swobodę w relacjach z władzą świecką papiestwo okazało się, paradoksalnie, o wiele mniej odporne na zewnętrzną presję doktrynalną niż, pozostające tradycyjnie w ścisłej relacji ze strukturami państwowymi, prawosławie. Jest to w moim przekonaniu fascynujące poznawczo zagadnienie.
Niemniej, konstatacja ogólna musi być dla tradycyjnego katolika dosyć ponura. Papocentryzm, umacniający się w ostatnich stuleciach w kościele, nie przewidział sytuacji, w której Rzym staje się rozsadnikiem zamętu doktrynalnego. Postępujący papocentryzm stał się ślepym zaułkiem w historii najważniejszej i największej wspólnoty chrześcijańskiej na świecie.
Chcąc pozostać wiernym Rzymowi tradycyjny katolik musi milcząco znosić albo jawnie wspierać coraz bardziej heretyckie stanowiska. Chcąc zachować wiarę taką jaką była wcześniej, musi coraz bardziej formalnie, lub co najmniej mentalnie, od Rzymu się oddalać lub co najmniej z nim polemizować. Jak np. czterej kardynałowie w Dubiach po napisaniu przez Franciszka w 2016 roku Amoris Leatitie – zresztą całkowicie bezskutecznie.
Póki co, tertium non datur, a kto twierdzi inaczej, ten prawdopodobnie oszukuje samego siebie.
Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.
Zostaw komentarz