Pamiętacie Piszczyka z „Zezowatego Szczęścia”? W więzieniu napisał referat o upartyjnieniu, w którym doszedł do wniosku, iż jeśli upartyjnienie wyniesie 100%, to partia „rozpłynie się w narodzie” i przestanie być potrzebna. Mam kilka uwag do samego pojęcia „apolityczności”.

Naiwnym, wręcz nielogicznym, jest żądanie apolityczności instytucji państwowych, szczególnie tych tajnych. Państwo jest organizacją polityczną. Prowadzi określoną politykę zagraniczną i wewnętrzną. Wchodzi w różne sojusze, które nie trwają wiecznie, chociaż mogą być długotrwałe. Jest wrażliwe na zmiany kontekstu, jak żaden układ na świecie. Powołało po to szereg organizacji, by móc się obronić, rozwijać swoją politykę, modyfikować ją, zależnie od sytuacji. Czy, więc, organizacje te mogą być „apolityczne”? Muszą przecież realizować określoną politykę. Po to istnieją.

Jeśli myślicie, że zachodni wyiadowcy i kontrwywiadowcy są apolityczni, to zapraszam do dokładnego przestudiowania amerykańskich „wpadek”, afery Profumo oraz całego ciągu wydarzeń przed i po 11 Września (temat ten dziś skwituję tą krótką wzmianką). U nas „apolityczność” gwarantują ustawy pełne zakazów i nie podające rozwiązań umożliwiających ich realizację. Co zmiana, ci, którzy przegrali natychmiast podnoszą larum o „upolitycznieniu” instytucji specyficznych, przez nich „odpolitycznionych”. Na ogół oznacza to, iż „nowi” wywalają mianowanych przez „starych”. Mamy jednak ustawy oraz przepisy, więc wszystko jest lege artis, czyli w porządku. I tak co cztery lata. Przepraszam. Ostatnia zmiana trwa trochę dłużej.

Nie wszystko da się wytłumaczyć brakiem lustracji i panoszącą się wszędzie „ubecją” i „esbecją”. Nie „apolityczność” lub jej brak, jest problemem naszych tajnych instytucji (i chyba całej administracji państwowej), lecz „partyjność”, mimo ustawowego zakazu przynależności do organizacji politycznych, związków zawodowych, itp., który dotyczy każdego pracownika specyficznego.

Tak zwana apolityczność instytucji państwowych nigdy nie zostanie osiągnięta poprzez ustawy zakazujące przynależności partyjnej pracownikom, jeśli w parze z tymi ustawami nie zostaną określone granice, do których partie polityczne mogą się posunąć. Realne granice, a nie zbiór słów wypowiadanych z przymrużeniem oka. Instytucje państwowe muszą być państwowe. To proste. Państwo musi bronić się przed politykami. Tak jest. Musi, bo ich naturalna chęć zawłaszczania części wspólnej danego społeczeństwa powoduje, iż demokracja musi wytworzyć mechanizmy kontrolujące oraz hamujące.

Prawie 25 wieków temu żył pewien Grek zwany Diogenesem. Przypisuje mu się słowa o ułudzie demokracji. Diogenes twierdził, że jest wszystko jedno czy 1 osoba uciska 100000 poddanych, czy robi to 10000, gdyż zawsze będą uciskający i uciskani. Rozwój demokracji wydaje się potwierdzać owe słowa. Dlatego społeczeństwa demokratyczne wyznaczyły część wspólną, nazywając ją różnie (na ogół państwowością) oraz ustanowiły instytucje, których zadaniem jest chronienie owej części wspólnej. Nie tylko przed wrogami zewnętrznymi i nie tylko tajnie. Historia uczy, że największymi wrogami demokracji są politycy przez te demokracje zrodzeni. Przykładów nie będę wymieniać, bo znamy je wszyscy.

Jak jest u nas? Pozornie wszystko w porządku. Mamy ustawę o służbie cywilnej i jej „apolityczności”, cywilną kontrolę, komisję sejmową. W resortach siłowych nowo mianowani szefowie nie są członkami żadnej partii politycznej, a jeśli są, to muszą z niej wystąpić. Jednym słowem: idylla. Tylko dlaczego w administracji państwowej w ciągu ostatnich lat stosowano jedynie klucz „partyjny”, połączony z systemem wziętym od A.A. Milne: „krewni i znajomi królika”? Stan ten powoduje obecną sytuację chaotycznego i gwałtownego „zwijania się” administracji państwowej, a szczególnie służb specjalnych. Jedynie słuszna Partia Obywatelska skutecznie uświadomiła swoim funkcjonariuszom, że ich kariera zależy jedynie od właściwego umocowania politycznego i całe ich działanie podporządkowane było ochronie tej partii, co z kolei generowało dobór pracowników. Oczywiście, frazesy spływały z ust władzy gładko i potoczyście, jakby chciały zagłuszyć lub zamaskować właściwe intencje. Coś mi to przypomina. Czy starszym czytelnikom też?

Czy istnieją hamulce? Oczywiście. Istnieją. Nie mówcie tylko o tzw. służbie cywilnej, bo to jest akurat przykład moich tez. Widziałem wielokrotnie, jakie finezyjne gry i kombinacje tworzono, by zwolnić z pracy mianowanego urzędnika służby cywilnej, bo albo był niewygodny, albo trzeba było zrobić miejsce dla „swojego”. Nie wskazujcie też na wybory, jako instytucję zabezpieczającą. Dzięki ordynacji, one też stały się partyjną walką o część wspólną. Sejm? O malejącej roli Sejmu mówią wszyscy posłowie opozycyjni, niektórzy koalicyjni, a także – ku mojemu zdziwieniu – wspomniała nawet ustępująca premier Kopacz w jednym ze swoich w expose.

Nie podam tu gotowych rozwiązań. Przyznam szczerze, że też nie do końca wiem, jak przeciąć ów gordian knot . Może poprzez stanowiska permanent undersecretaries? U naszych sojuszników są to osoby, które praktycznie zarządzają instytucjami państwowymi. Permanent undersecretary przeprowadza instytucję przez zmiany polityczne i pilnuje, by nowa partyjna władza nie sięgnęła zbyt daleko. Zapewnia też ciągłość działania państwa, czyli części wspólnej.

W wielu krajach ściśle wyznaczono grupę stanowisk najwyższych, którymi zwycięska partia może dysponować. W kilku instytucjach tajnych są to jedynie pozycje szefów. Często też, owi „partyjni” szefowie nie mają nawet odpowiednich certyfikatów, by poznać tajemnice operacyjnej kuchni. Uważam też, że każdy, kto chce pracować w służbie publicznej, szczególnie w formacjach mundurowych, winien mieć czasowo ograniczone, a nawet zniesione, bierne i czynne prawa wyborcze. Pracuje przecież dla państwa, które jest własnością wszystkich, a nie prawicy lub lewicy. Załóżmy, że głosuje na partię X, a wygrywa i rządzi partia Y. Wówczas działać musi przeciw sobie („jego” przegrali), a zwycięzcy uważają, że będzie nielojalny, gdyż głosował przeciwko nim. I nikt im nie wytłumaczy, że może być inaczej. Wiem, że to pogląd ekstremalny i nie oczekuję poparcia. Musimy jednak coś zrobić i mam nadzieję, że tym razem to będzie zrobione, by perspektywa nie była ograniczana kadencją.

To tylko kilka luźnych i niezobowiązujących uwag. Autor ma nadzieję, iż ktoś w końcu podejmie konkretną dyskusję na ten temat. Może idea Piszczyka jest rozwiązaniem? Do czego to jednak prowadzi? Może JOWy? Do tego trzeba mieć jednak system anglosaski i partie takie, jakie w tym systemie są budowane. Może, więc warto pomyśleć o partiach wyborczych, a nie instytucjonalnych? Nie wiem, lecz wydaje mi się, że bez fundamentalnych zmian strukturalnych, mentalnych oraz całkowitej przebudowy ordynacji wyborczej nie pozbędziemy się szybko owej „partyjności” państwa, bez względu na to, jak chcieliby tego zwycięzcy wyborów.