Nie wypowiadam się na temat morderstwa Piotra Jaroszewicza i jego żony. Za mało wiem na ten temat. Nie wierzę jednak w zwykły „napad rabunkowy ze skutkiem śmiertelnym”. Nie będę podawał powodów na razie, lecz opowiem Państwu pewną historyjkę.

Zacząłem pracować w listopadzie 1982 roku w Departamencie Techniki MSW. Na dole był tzw. centralny punkt odbioru – CPO, w którym mieściły się „końcówki” podsłuchów stacjonarnych. „Końcówki”, czyli magnetofony z taśmami, nagrywające poszczególne „oczka”, to znaczy figurantów. Wszystko szło liniami telefonicznymi. Pamiętajmy, że technika operacyjna była wtedy zupełnie inna. Część „oczek” musiał słuchać na bieżąco pracownik na dyżurze i zwracać uwagę na to, co wskazała jednostka operacyjna. Obsługa większości polegała jedynie na zmianie taśm. Czasem jednostka zlecająca prosiła o bieżące monitorowanie przez określony czas. Siedziało się wtedy i słuchało. Jako nowy pracownik, a w dodatku po kilku miesiącach pracy zakwalifikowany do Kiejkut, często siedziałem na CPO. Na różnych zmianach (nocne też były). Kilkakrotnie zmieniałem taśmy w pokojach, które były na ogół niedostępne dla pracowników techniki. Lampka sygnalizowała końcówkę, telefon do jednostki zlecającej i razem z pracownikiem operacyjnym, pod jego kontrolę wymieniało się taśmę, a on zabierał nagraną. Wszystko było odnotowane w dzienniku. nagrywanie nie zostawało przerwane, bo po „stopie” magnetofonu, uruchamiał się drugi. Obie „zakładki” zawsze musiały mieć taśmę. Prawie wszystkie obiekty Departamentu IV były dla nas zamknięte i „słuchane” wyłącznie przez pracowników tego Departamentu. czasem Departament I i II zlecał nam słuchanie na bieżąco, ale częściej sami zabierali taśmy (ja też później tak robiłem jako pracownik „Jedynki”). Każde oczko było opisane kryptonimem, czasem inicjałami i do każdego była instrukcja jednostki zlecającej. na co trzeba zwracać uwagę i kogo zawiadomić w sytuacji wyznaczonej w instrukcji lub tylko, by przyszedł po „pełną” taśmę. Na każde PP (podsłuch pokojowy – „oczko”) było zlecenie podpisane przez „wszystkich świętych” – kierownika, naczelnika, dyrektora, ministra. Zlecenia wystawiane były jedynie przez jednostki operacyjne, czasem przez Obserwację lub „śledzi”, ale prawie zawsze w porozumieniu z danym departamentem merytorycznym. Należy też pamiętać, że SB była także instytucją państwową i również podlegała biurokracji administracji państwowej. Za czasów Kiszczaka „słuchaliśmy” kilka „oczek” dla wojska. Niewiele, ale zawsze.

Opisałem to po to, by Państwo, wyobrazili sobie, częściowo przynajmniej, scenerię. Teraz przejdę do meritum postu. Krótkiego meritum.

Na CPO był także mały zamknięty pokoik, do którego nikt nie mógł z nas wejść. „obsługiwany” był wyłącznie przez Gabinet Ministra. Było to bardzo dziwne, bo prawie w ogóle nie było do „pokoikowych” oczek dokumentacji, jak do innych. Po taśmy przychodził ktoś z Gabinetu. Czasem jednak, dzwoniono stamtąd i proszono o zmianę i przyniesienie taśm w zaklejonej kopercie. Odnotowywano także nazwisko pracownika techniki, czas „zbioru taśm” i czas dostarczenia do adresata. Rzadko, ale zawsze. Tajemnicy jednak nie da się zachować do końca w tego typu jednostce jak CPO. Technika ma to do siebie, że czasem się psuje i mój wydział od podsłuchów doraźnych (nominalnie w nim byłem), albo spece od elektroniki musieli czasem coś reperować. Też pod nadzorem. W ten sposób dowiedziałem się, że w tym pokoiku podsłuchuje się byłych dygnitarzy PZPR w ich domach. Słyszałem przypadkiem, (tu wyjaśniam, że obiekt mógł mieć kilka „oczek”, zależnie od ilości „sond”) Piotra Jaroszewicza. Te głosy znałem dobrze, bo lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, to moje dzieciństwo i młodość. Co ciekawe, pokój ten był czynny jeszcze po „okrągłym stole”. Kiedyś odbierałem taśmę swojego figuranta i spotkałem na CPO faceta z Gabinetu Ministra, który robił to samo, co w roku 1983. Nie wiem, kto był wtedy podsłuchiwany jeszcze, ale przypuszczam, że Piotr Jaroszewicz był.

Po szkole i po doświadczeniach pracy operacyjnej zdałem sobie sprawę, że skoro był podsłuch, to musiała być sprawa. Ktoś to prowadził. Teoretycznie Gabinet szefa nie powinien i nie pracował operacyjnie, ale… Skoro była sprawa, lub teczka materiałów, to co się z nią stało? A rozliczenia? Założenie i konserwacja PP to koszty, które ktoś musiał rozliczyć. Do jakiej sprawy i kto? Jaki był powód wszczęcia sprawy i założenia PP?

Ciekaw jestem czy materiały z tych „oczek” jeszcze gdzieś istnieją, a jeśli tak, to gdzie?

Na razie tylko krótki komentarz: „Czas Nielegałów„.

Więcej tutaj.