Władek Frasyniuk znowu jest na ustach wszystkich. Jacek Karnowski tak oto podsumowuje ostatnie wydarzenia: – cała akcja Obywateli RP i Frasyniuka wyrasta z fałszu i zakłamania. Syty kocur broni fatalnego systemu, który budował i który żyrował, a który na naszych oczach się wali. Myśli, że znów może odegrać rolę z młodości. *

Frasyniuk zdaniem naczelnego tygodnika „wSieci” jest więc byłym działaczem, który na plecach innych sięgnął po konfitury, które reszta może jedynie oglądać na ekranie telewizora. Taki obraz uzasadniony jest innymi rewolucjami, po których miejsce poprzednich „burżujów” zajmowali ci z nowego nadania. Po prostu niegdysiejsi działacze widząc wolne miejsce u żłobu prędziutko zapominają o jeszcze wczorajszych ideałach.

Jednak polska rewolucja, rozpoczęta w sierpniu 1980 roku, naprzód została zatrzymana przez czołgi Jaruzelskiego 13 grudnia 1981 roku, by następnie zamienić się w układ dopuszczający część opozycyjnych wybrańców do zarządzania Polską.

Celnie zauważył to Włodzimierz Czarzasty:

 

 

To „dogadanie” nastąpiło pomiędzy ludźmi ówczesnej władzy oraz tymi, którzy z namaszczenia tejże władzy byli uznawani za opozycję. Nieliczni dopuszczeni do „obrad” faktyczni opozycjoniści spełniać mieli li tylko funkcje techniczne bądź brać udział w charakterze ekspertów w obradach.

Na samym początku lat 1990-tych prawie niezauważenie (na szczęście zachował dla potomności Waldemar Łysiak, za którym cytuję) dla społeczeństwa mechanizm tworzenia „opozycjonisty” odkrył jeden z byłych oficerów SB. Tak to wyglądało:

– Nagłaśnianie nazwisk odbywało się pod nasze dyktando i według schematu: represja, informacja o represji, nagłośnienie (…). To takie dziecinnie łatwe sposoby uwiarygodniania.

Metoda takiego uwiarygodniania sięga czasów carskiej Ochrany i legendarnego Jewno Azefa. Po wojnie stosowana masowo w demoludach, których służby specjalne były kierowane przez oficerów KGB.

Po 1989 roku nagle okazało się, że w NRD czołowi opozycjoniści – Böhme, Anderson i kilku innych byli współpracownikami Stasi.

Tak samo w Czechach.

Tylko w Polsce panuje dziwna cisza.

Pismo święte jednak mówi wyraźnie, że poznacie ich po owocach.

To jednak może zawieść, gdyż prócz osób wyraźnie agenturalnych są jeszcze tzw. pożyteczni idioci.

Na szczęście historia lat 1981-89 jest  w miarę dobrze znana.

W opublikowanym rok temu (5 czerwca 2016 r.) skierowanym do Władysława Frasyniuka „otwartym liście” pisał Andrzej Rozpłochowski:

 

Pamiętam rok chyba już 1981, kiedy pierwszy raz zjawiłeś się na obradach KKP, czyli władz krajowych NSZZ „Solidarność”. Byłeś nieśmiałym i ugrzecznionym synkiem, który dziwnie od zaraz stał się pupilkiem „Bolka”, czyli Lecha Wałęsy. Nie zdajesz sobie może nawet z tego sprawy, że tak widzieli to ludzie, którzy w tej „krajówce” byli od samego początku. Tworzyliśmy ją i walczyliśmy z komuną, kiedy tobie o takich działaniach jeszcze się nie śniło. Dlatego z prawdziwym zdumieniem reagowałem na to, jak po wprowadzeniu stanu wojennego kreowano twój wizerunek jako wojowniczego przywódcę wrocławskiego podziemia, którego akurat nie internowano. Jak wiemy, innego ulubionego twojego towarzysza działania, Zbigniewa Bujaka, też jakoś nie internowano, dzięki czemu i on znalazł się w podziemiu i rósł z podobną tobie legendą dzielnego opozycjonisty regionu „Mazowsze”. Ale jeszcze wtedy nikt niewtajemniczony nie wiedział, że ta legenda „ukrywa się” np. u… Mieczysława Rakowskiego – jednego z głównych bandytów komunistycznej dyktatury Jaruzelskiego.

Ludzie nie znając prawdziwych kulis wydarzeń, powierzchowne pozory biorą za rzeczywistość i w takich warunkach łatwo jest ich oszukiwać. Kiedyś jak i dzisiaj. Przypomnę, jak nikczemnie Zbigniew Bujak i spółka zagarnęli przed laty dolary nagrody od amerykańskiego senatora, która pośmiertnie przyznana została również bł. księdzu Jerzemu Popiełuszce. Byłem już wówczas na uchodźstwie w Stanach Zjednoczonych i opublikowałem tam na ten temat felieton, który głośnym echem odbił się w kraju i poza jego granicami. I jeszcze jeden wymowny przykład z głębokiej przeszłości, która cieniem kładzie się także na dniu dzisiejszym, ponieważ ci sami ludzie dzisiaj są wśród KOD-owców. Z udostępnionych mi przez IPN archiwów SB i MSW PRL związanych z moją antykomunistyczną działalnością, wyłaniają się bardzo ciekawe obrazy. W roku 1984 zostałem wraz z innymi zwolniony warunkowo z więzienia mokotowskiego, jako jeden ze słynnej 11-tki czołowych więźniów politycznych. I oczywiście zaraz włączyłem się w dalszą jawną i konspiracyjną działalność antykomunistyczną.

Jeżeli mnie pamięć nie myli, to albo jeszcze w roku 1984 lub jednak w 1985, w kraju wybuchła nagle głośna sprawa. Aresztowano niedawno uwolnionych kilku czołowych działaczy opozycji po tym, jak prasa podziemna oraz rozgłośnie zachodnie podały, że osoby te spotkały się potajemnie z TKK, czyli podziemnym kierownictwem „Solidarności” i podpisały imieniem i nazwiskiem wspólny komunikat. Nie mam czasu sprawdzać detali, ale był to Władysław Frasyniuk, Adam Michnik i Bogdan Lis oraz ktoś jeszcze. Hunta Jaruzela i Kiszczaka podeszła do tego z wielkim zadęciem w peerelowskich mediach. Grożono wielkim procesem itd. W tym czasie otrzymałem propozycję, czy jestem gotów powtórzyć to samo, za co teraz z takim rozmachem propagandowym chcą sądzić kolegów. Odpowiedziałem, że oczywiście tak i tak się stało. Nie pamiętam tylko kulis, od kogo i jak przyszła do mnie ta propozycja. Określonego dnia, u mnie na Śląsku odbyło się konspiracyjne spotkanie TKK ze mną, po którym znowu opublikowano komunikat, podpisany wspólnie przez ukrywających się członków TKK oraz moim imieniem i nazwiskiem. I co się działo po tym fakcie? Czy zostałem podobnie jak tamci z hukiem aresztowany? Nie. Absolutnie nic się nie stało! Władza ani mnie nie usiłowała przesłuchać, ani zatrzymać lub aresztować! Jakby nic nie miało miejsca.

Rozpłochowski może być zdziwiony, jednak my pamiętamy wypowiedź funkcjonariusza SB:

– Nagłaśnianie nazwisk odbywało się pod nasze dyktando i według schematu: represja, informacja o represji, nagłośnienie (…). To takie dziecinnie łatwe sposoby uwiarygodniania.

Dzisiaj widać również wyraźnie inne ruchu, świadczące o tym, kim wedle wszelkiego prawdopodobieństwa był Frasyniuk.

12 maja 1990 roku oficjalnie powstało Porozumienie Centrum. Od początku przeciwne porozumieniom z reżimem Jaruzelskiego zwanych oficjalnie „porozumieniami okrągłego stołu”.

Partia domagała się zerwania z dotychczasową polityką rządu Tadeusza Mazowieckiego, oskarżanego o zbyt wolne na tle krajów regionu odchodzenie od pozostałości komunizmu. Wysuwano postulat skrócenia kadencji Sejmu kontraktowego i przeprowadzenia w pełni demokratycznych wyborów do parlamentu, a także wyboru nowego prezydenta, początkowo na okres tymczasowy, następnie na pięcioletnią kadencję w wyborach powszechnych.

W odpowiedzi na to jawne wzywanie do zerwania zawartego paktu BujakFrasyniuk zakładają ROAD** – 16 lipca 1991 roku.

Bardzo szybko w grupie tej znaleźli się Adam Michnik, Jan Lityński, Henryk Wujec, Zofia Kuratowska, Jacek Kuroń, Barbara Labuda, Bronisław Geremek i Marek Edelman. ROAD poparł bezwarunkowo Tadeusza Mazowieckiego.

ROAD od początku ma za sobą „gazetę wyborczą”, w tedy jeszcze medium mogące kształtować świadomość Polaków.

Niebezpieczeństwo naruszenia porozumień „okrągłostołowych” wydaje się być zażegnane.

19 września 1993 roku jawna „postkomuna” wygrywa wybory. Przez następne cztery lata ci, którzy rzekomo przegrali z Narodem, czego efektem miały być wybory 4 czerwca 1989 roku, wybrani demokratycznie wrócili do władzy. Kolejny raz uczynią to w XXI wieku (2001-2005).

Tymczasem u naszych południowych sąsiadów osoby wchodzące w skład aparatu partii komunistycznej zostały pozbawione biernego prawa wyborczego na 20 lat. Nie mogły również zasiadać w zarządach czy radach nadzorczych państwowych spółek.

U nas natomiast doszło do bezprecedensowego rozgrabienia majątku narodowego, zwanego obecnie „uwłaszczeniem nomenklatury”.

Wykreowany na „solidarnościowego” bohatera przez komunistyczną bezpiekę Władysław Frasyniuk za grabież tą jest również odpowiedzialny. Jako aktywny polityk czasu przemian.

W 2015 roku ukazał się wywiad, mający utrwalić „solidarnościową” hagiografię przedsiębiorcy Frasyniuka.

Nie ma takiej kary, której bym w więzieniu nie przeszedł, włącznie z sześciomiesięcznymi izolatkami. Miałem wywalony bark, wykręcane genitalia, połamane żebra. Jak mnie sadzali w termosach, to w nocy skuwali z przodu, w dzień za plecami. Było tak mało powietrza, że co 12 godzin musiał przychodzić lekarz, sprawdzić, czy jeszcze oddycham. Nauczyłem się otwierać kajdanki w trzy sekundy, ale najpierw musiałem nauczyć się przenieść ręce pod biodrami, a że dupsko miałem za grube, to mówię do Tadeusza Stańskiego, który ze mną w Barczewie siedział: „Weź mi siłą, na chama, nogą te ręce pomóż przełożyć”. Nie mogłem się przyznać, że mnie bolą barki, boby mnie do końca wyroku tak skutym trzymali.

http://www.newsweek.pl/polska/frasyniuk-o-wiezieniu-w-prl-zostaw-to-bo-bedzie-kara-smierci-,artykuly,370607,1.html

 

Tymczasem w necie jest dostępny blog nieżyjącego już Mirosława Krupińskiego, wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”.   13 grudnia 1981 stanął na czele Krajowego Komitetu Strajkowego, który kierował strajkiem w Stoczni Gdańskiej. Został aresztowany po pacyfikacji stoczni 16 grudnia 1981. W lipcu 1982 został skazany za organizację strajku na karę 3 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności, osadzony w Zakładzie Karnym w Łęczycy. Tam spotkał się z Frasyniukiem.

 

         Gdzieś na przełomie lat 82/83 przywieziono do Łęczycy Władysława Frasyniuka.  Przez kilka dni trzymano go oddzielnie a następnie „dokwaterowano” do nas.  Było nas już wtedy ponad dziesięciu i od czasu do czasu zmieniano nam strategicznie cele. Po jednej z takich roszad znalazłem sie sam na sam z Frasyniukiem w małej celi z czterema pryczami.  Zastanawiałem sie nad celem takiej rozrzutności metrażowej – cele były zwykle przepełnione, a tutaj pomimo dwóch pustych prycz nie dokwaterowano nam nawet wtyczki (byli tacy).  Najmniej machiawelicznym wytłumaczeniem mogło być że cela miała dobry podsłuch i chciano posłuchać naszych rozmów.

 

Rozbawiony pomyślałem że  słuchających spotka raczej zawód bo Frasyniuka za tytana intelektu raczej nie uważałem – przeto szans na ekstrawertyczne dyskusje z mojej strony nie było.  W jakimś jednak stopniu sie pomyliłem – Władek miał dziwnie wiele do powiedzenia. Nie mówił wprawdzie własnym językiem tylko cytatami z Michnika, Kuronia & Co, ale mówił zadziwiająco wiele i zadziwiająco płynnie. Wręcz recytował. Nie było w tym „prawie monologu” nic o „Solidarności” członkami KK której obaj byliśmy, ani o sytuacji Polski której wykładnikiem była nasza obecność w Łęczycy. Było natomiast bardzo wiele o strategii  dojścia do władzy i o władzy tej przyszlym składzie. A ów referowany skład byl z grubsza  taki, jak to dziś bym określił, pomagdalenkowy – czyli Frasyniuka idole, Frasyniuk i ci co z nimi trzymać będą.

 

Frasyniuk mówił, a mnie przed oczami rysowała sie scena z Sienkiewiczowego potopu, kiedy to książę Bogusław Kmicicowi o postawie czerwonego sukna referował…

 

Do tej pory nie jestem pewien co było powodem tej wylewności.  Może wcześniejsza ulotka Grunwaldu, która po storpedowaniu Zjazdu tej organizacji w Grunwaldzie w lipcu 1981 i  zapobieżeniu druku materiałów zjazdowych przez Zarząd Regionu Warminsko Mazurskiego, którego byłem wybranym właśnie przewodniczącym, deklarowała mnie Żydem.  Może inspiracja Kiszczaka & Co, którzy mogli uważać mnie za kandydata na przyszłego magdalenkowca.  Może wreszcie Frasyniukowe mniemanie że nikt okazji przyłączenia sie do przyszłej waadzy sie nie oprze i będzie o jej względy czynem i lojalnością zabiegał. Najbardziej dziś prawdopodobna wydaje mi się mieszanina wszystkich trzech powodów  – bo przecie ktoś musiał nam to tet a’tet w pół pustej celi zorganizować, a mój „wykładowca teorii przyszłej waaadzy” mówił otwarcie jak do swojego.

http://lootos-neverlandd.blogspot.com/2011/12/mirosaw-krupinski-zauki-zbrodni.html

 

Mirosław Krupiński zmarł w Australii 28 sierpnia 2012 roku.

Jest jeszcze jeden argument, powiedzmy natury psychologicznej. Władek Frasyniuk gdziekolwiek pojawia się wali ostro i pryncypialnie. Pozuje na człowieka gwałtownego, nie owijającego niczego w bawełnę czy inne pampersy.

Tymczasem pełno jest zdjęć pokazujących jego zażyłość z obecnymi przy „okrągłym stole” pezetperowcami.

Tutaj z tow. Kwaśniewskim.

Tu obok Wałęsy, co wskazuje na zajmowanie wysokiej pozycji w hierarchii tzw. opozycji koncesjonowanej.

A to z Kiszczakiem.

 

W ten sposób zachowuje się młody człowiek torturowany cztery lata przez reżim, którego Kiszczak jest wice-hersztem?

A już występowanie ramię w ramie ze swoimi dawnymi oprawcami w ramach protestu przeciw wybranej demokratycznie władzy każe wątpić, i to mocno, w rzekomą martyrologię.

Pamiętać bowiem należy, że junta Jaruzelskiego na rękach niesie krew pomordowanych księży, ale brak jest jakichkolwiek obiektywnych materiałów świadczących o tym, że brutalnie byli traktowani późniejsi uczestnicy „okrągłego stołu”, po 1989 roku tworzący tzw. „salon”.

Ba, jeden z najsłynniejszych „więźniów politycznych” PRL, Adam Michnik, w celi miał maszynę do pisania oraz bogaty księgozbiór na poziomie biblioteki uniwersyteckiej, umożliwiający mu wyszukiwanie cytatów i umieszczanie ich w książkach.

Bo jakże inaczej aktywność pisarska Michnika byłaby możliwa pod celą?

Ludzie nie znając prawdziwych kulis wydarzeń, powierzchowne pozory biorą za rzeczywistość i w takich warunkach łatwo jest ich oszukiwać.

To tylko sposoby uwiarygodnienia.

I to być może jest główna przyczyna sięgnięcia  po okrągłostołowego weterana. Kijowski jako alimenciarz i spryciarz wyłudzający pieniądze ze społecznej kasy nie nadaje się na frontmena. Jego następca lada moment zamilknie wraz z kolejnym atakiem Alzheimera.

Dlatego Frasyniuk będzie teraz intensywnie lansowany na lidera KOD.

Soros sięga po rezerwy.

 

 

 

13.06 2017

 

 

____________________________________________

 

* https://wpolityce.pl/polityka/344116-delegowanie-na-pierwsza-linie-frontu-wladyslawa-frasyniuka-to-ruch-wrecz-obrzydliwie-zaklamany

 

 

** – Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna

.

.