*Wszelkie podobieństwo wydarzeń oraz postaci ludzkich i fantastycznych do prawdziwych jest przypadkowe.

Był sobie raz piękny bard, który cudnie grał na lutni, a śpiewał jak anioł. Wędrował po kraju od zamku do zamku i od dworu do dworu, i zdobywał coraz większe uznanie. A że miał satyryczne zacięcie, to wyśpiewywał też złośliwości: to na nielubianego sąsiada, to na zbyt duże daniny, to na powszechne zepsucie wśród pań czekających na powrót swych mężów z wojennych szlaków…

A w kraju od pewnego czasu źle się działo. Zalęgło się w nim smocze plemię i to tak wredne, że nie zadowalało się dziewicami, ale i rycerzom głowy obgryzało, i ze skarbca królewskiego uszczknęło, a w końcu zachachmęciło tron i ziejąc ogniem, sprawowało władzę.

Trzeba było coś z tym zrobić.

I wtedy pojawił się bard. Najpierw dużo hejtował na smoki, co tradycyjnie czynią rycerze przed walką. Potem zbliżył się do rycerstwa, a oni obmyślili WIELKI PLAN. Zadaniem barda było zagadać smoki, odwrócić ich uwagę, gdy tymczasem najdzielniejsi z dzielnych zajdą je od tyłu i wytłuką. Wszystko byłoby świetnie gdyby nie to, że bard łażąc po dworach miał już spory fan-club nie tylko wśród wysoko urodzonych. I że miał swój własny WIELKI PLAN. Oraz doradców.

Gdy więc kwiat rycerstwa objechał dziedzinę smoków od tyłu, bard obwieścił, że tamci i smoki to jedna drużyna. Że – jednym słowem – zdradzili.

Wówczas wielbiciele talentu pieśniarza: liczni dworzanie, rycerze, mieszczanie, rzemieślnicy i chłopi zakrzyknęli: „o, nie!!!” I hajże miotać przekleństwa i plwociny na kwiat rycerstwa. A kto tylko próbował przedrzeć się przez zgiełk i sprostować, że to nie tak, zostawał okrzyknięty zdrajcą.

Bard powiedział, że kraj będzie teraz należał do nich, a nie do smoków i że on już zawsze będzie z nimi gotowy na najwyższe poświęcenie. Zachęceni tymi pięknymi słowami ruszyli do walki, mając za broń często nie włócznie, ale cepy i kamienie.

Część smoków wybito, część uciekła na obce ziemie.

Tym sposobem frakcja antysmokowa zasłużyła sobie na wdzięczność narodu i – zgodnie z regułą wszystkich baśni o smokach – zażądała połowy królestwa. No, chociaż ćwierci.

Wszyscy byli uszczęśliwieni, ale przecież takie królestwo nie jest rozciągliwe i dla wszystkich antysmokowców zaszczytów nie mogło wystarczyć. Ktoś zatem musiał wybrać wybrańców. Nasz pieśniarz miał jednak głowę nie od parady. Oraz doradców. Wybrali.

Przez szeregi przeleciał jęk zawodu wynikami selekcji.  Jednak szybko uporano się z rozczarowaniem. Bardzo pomocne było wzajemne pocieszanie: „Zaufaj, poczekaj” oraz napominanie: „Czy ty nie jesteś przypadkiem z Towarzystwa Przyjaciół Smoków?!!!”

Bard zaś leżał na miękkiej sofie, zajadał pistacje i myślał. O sobie. Bardzo dobrze. Myślał, że dziwni są ci wszyscy ludzie, ciagle się go czepiają, czegoś chcą. Przecież w gruncie rzeczy niczego im nie obiecywał. Sami chcieli walczyć. „Ech…To na pewno zdrajcy podburzają.” Postanowił zignorować te głosy. Oraz zapytać doradców.

Cóż, wspólna walka łączy ludzi podobnie jak wspólne picie. Niewykorzystana chęć czynu bulgoce niczym lawa przed erupcją. Żeby to opanować, trzeba dać ludziom robotę, zająć ich czymś. Np. stworzyć grupę do zadań specjalnych. Nieważne jakich. Niekoniecznie potrzebnych. „Taką grupę trzeba trzymać za pysk, a najlepiej dać im dużo dobrej okowity i trochę braterskiego poklepywania po plecach. Mogą się jeszcze na coś przydać” – tak orzekli doradcy.

Tak też uczyniono. A kto próbował dociekać prawdy – zyskiwał miano zdrajcy. I wybór: banicja albo szafot.

I życie w pięknym kraju płynęło dalej swoim rytmem, z tą różnicą, że wcześniej łby odgryzały smoki, a teraz ścinano je mieczem.

Któregoś dnia pewien ubogi człowiek udał się w ważnej dla swojego miasteczka sprawie do onegdajszego barda. Wszedł do dużej sali, w której przy długim stole siedzieli wszyscy antysmokowcy. Spojrzeli na niego, a wzrok mieli martwy. Jeden z nich zionął na łuczywo, zapalając je. Wówczas biedak dostrzegł, że grzbiety wielu z nich porasta łuska, niektórzy mają ogony, a z karku pieśniarza wyrastają trzy smocze głowy.

*Inspirowane „Folwarkiem zwierzęcym” George’a Orwella