Ostatnimi czasy pomocniczy nurzał się w stołecznej gastro-rozpuście, niczym wieprzek w truflach. Siostra zapraszała, Szarek nie odmawiał.
Tydzień temu nauczyciel ucztował w ogrodzie zimowym eleganckiej restauracji na Agrykoli, a w tym tygodniu podskoczył oczko wyżej.
Jeszcze na Agrykoli pomocniczy usiłował zachować resztki przyzwoitości, drżącą ręką odejmując sobie od ust kieliszek Saint Emillion warty tyle, co pół jego nauczycielskiej pensji, krzywiąc się i udając przed sommelierką, że wino kwaśne.
Jeszcze rósł mu w gębie tatar z troci fiordowej, batat stawał w gardle, a pomocniczy, zamiast ośmiornicy z bobem i kurkami, zamawiał – skromniej – antrykot polski, ale już w „Różanej” puściły nauczycielowi hamulce i raczył się szampanskim z kawiorem, niczym tołstojowski kupiec trzeciej gildii w moskiewskim burdelu .
O „Różanej” krytyk kulinarny Gazety Wyborczej napisał, że jest to restauracja dla lepszych gości, którzy lubią szlachecki sznyt przełamany wiktoriańską elegancją.
„Różana” zajmuje obszerną willę zbudowaną w latach 30-tych przez znanego architekta Jana Koszczyc-Witkiewicza. Willa została zaprojektowana w stylu dworkowym z elementami biedermeieru dla warszawskiego handlarza artykułami mydlarskimi. Za czasów peerelu mieścił się tam konsulat grecki, teraz luksusowa knajpa z cenami nie dla nauczycieli. Na ścianach „Różanej” wiszą zdjęcia gości honorowych, którzy bawili w lokalu. Wśród nich byli Helmut Kohl i Angela Merkel.
Wzmianka o handlarzu-mydlarzu ośmieliła pomocniczego, którego pierwej stropiła informacja o lepszych gościach i wiktoriańskiej elegancji. Jedyne, mogące uchodzić za wiktoriańskie spodnie w kantkę, jakie nauczyciel posiadał i wdziewał z okazji rozpoczęcia roku szkolnego, były w pralni, więc do „Różanej” poszedł w dżinsach i z kompleksami.
Ale kiedy wysztywniony chef de rang warujący przy wejściu do restauracji, spojrzał na pomocniczego, wasz bohater nie spuścił głowy – wręcz przeciwnie – zaproponował, żeby kelner zrobił mu zdjęcie i powiesił je obok Merkel.
A dalej już było z górki. Czarnego kawioru nie mieli w menu i do blinów podali czerwoną ikrę, którą belfer pogardliwie skomentował, jako chińską podróbkę i od razu poczuł się lepiej.
Peszył go jeno garson od wina, który nie pozwalał Szarkowi nalewać samemu trunku. Każdy kieliszek kelner napełniał pomocniczemu osobiście, co hamowało alkoholową wenę belfra.
Dlatego Szarek opuścił „Różaną” trzeźwy, ale bez humoru. Bo trudno na trzeźwo wąchać róże, kiedy płoną lasy i dzieje się historia. Za ukraińską granicą mamy gorszy od wojny krach polskiej polityki zagranicznej, za zieloną granicą film Agnieszki Holland, za Odrą Niemcy chcą zająć miejsce ruskich w Radzie Bezpieczeństwa, a za pasem – wybory.
Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz