Proszę Państwa – magazyn „Politico” ogłasza już oficjalnie – to nie dzięki „dezinformacji” Donald Trump wygrał wybory (czytaj więcej).

Mamy tu piękny przykład działania „mądrości etapu”. Przez całe lata media wmawiały ludziom, że rosnące notowania Donalda Trumpa i innych „prawicowych populistów”, to przede wszystkim kwestia różnych informacyjnych manipulacji. Pamiętamy wszyscy jak komentowano „aferę” Cambridge Analytica, pamiętamy jak suflowano pogląd, że za wszystkim stoją „nieuczciwe algorytmy”, „rosyjska propaganda”, „fejk-njusy”, czy „mowa nienawiści odwołująca się do najniższych instynktów”.

No to teraz te same media, ci sami dziennikarze i ci sami eksperci mówią już inaczej. Okazuje się, że za wygraną Trumpa i wzrostami notowań ugrupowań prawicowych na Zachodzi jednak „stoją przyczyny systemowe”, że „popełniono liczne błędy” i „niedoszacowano zagrożeń”. Że „przyjęto zbyt optymistyczne scenariusze” oraz „nie uwzględniono ryzyka”.

I oto na 12 dni przed objęciem administracji przez Trumpa magazyn „Politiko” w tekście redakcyjnym ogłasza, że „panika wokół dezinformacji się skończyła” i możemy rozpocząć kolejny rozdział. „Eksperci” przejrzeli nagle na oczy i „widzą sprawy w innym świetle”. Doszli nawet cudownym sposobem do wniosku, że „problem dezinformacji nie daje się łatwo rozwiązać metodami naukowymi a być może nie daje się w ogóle w ten sposób go potraktować”. Zaczęli zauważać, że „próba umocowania informacji jako wiedzy obiektywnej w złożonym środowisku społeczno-politycznym nie udała się”.

Powiem tak – największym problem Zachodu jest dziś właśnie naiwnie scientystyczny pogląd, że wszystko daje się zredukować do kategorii przedmiotu badań naukowych, które dostarczają obiektywnej wiedzy o świecie. Otóż nie wszystko daje się tak zredukować – w szczególności nie poddają się temu „złożone procesy na styku socjologii i polityki”, czyli takie, gdzie przedmiotem badania są autonomiczni aktorzy obdarzeni pewną sprawczością. Właśnie jednostkowa sprawczość – zarówno na bardzo elementarnym poziomie decyzji indywidualnych i rodzinnych, po działania podejmowane przez jednostki i instytyucjie dysponujące wielkimi siłami i środkami, wprowadza tak silny element nieliniowości w procesy społeczne, że wnioski wyciągane z nauk społecznych nie mają charakteru naukowego, poza być może jakimiś najbardziej ogólnymi ramami, trudnymi do przełożenia na konkretne decyzje.

O ile wiedza pozyskiwana z nauk ścisłych łatwo poddaje się instrumentalizacji, np. wiedza o elektromagnetyzmie pozwala nam konstruować komputery czy telefony komórkowe, tak ustalenia nauk społecznych należy traktować przede wszystkim jako narzędzia dyskursu a nie „wiedzę ścisłą”.

Niestety – klasa opiniotwórcza na Zachodzie od lat podąża ścieżką fetyszyzacji „ekspertów” – tak, jakby mogli nam oni powiedzieć coś więcej nie dlatego, że zajmując się daną dziedziną analizują większą pulę faktów, która umyka ogółowi, ale dlatego, że są w stanie z tych faktów wyciągać jakieś nadzwyczaj głębokie wnioski, które jednoznacznie przekładają się na decyzje polityczne.

Tymczasem po raz kolejny przekonujemy się, że taki tępy redukcjonizm w polityce nie działa. Kiedy fizyka napotyka na problem polegający na tym, że wysłany sygnał nie jest poprawnie odbierany przez odbiornik, to rada jest prosta: wzmocnić sygnał, osłabić zakłócenia! Jednak jej proste przełożenie na świat społeczny rzadko kiedy przynosi spodziewany efekt. Ludzie zaczynają zastanawiać się: Dlaczego słyszą tylko jeden komunikat? Dlaczego wszystkie stacje nadają to samo?

Już Voltaire stwierdził, że „aby dowiedzieć się kto naprawdę Tobą rządzi, sprawdź po prostu, kogo nie wolno Ci krytykować.”

Przedziwnym sposobem elity eksperckie Zachodu zapomniały o tej sentencji i w ramach „szerokiego konsensu” zalecały prowadzoną na sowiecką modłę walkę z „dezinformacją”.

Teraz – bez żadnego uszczerbku dla swoich tytułów naukowych i akademickich karier będą zalecać już coś innego, zaś politycy, którzy stosowali się bezrefleksyjnie do ich rad powiedzą, że cóż właściwie mieli zrobić – oni po prostu słuchali „ekspertów”.

Fetysz „ekspertyzy” służy zatem przede wszystkim rozmywaniu odpowiedzialności. Tak po prostu działa „technokracja”, że zdejmuje z polityków ciężar odpowiedzialności za podejmowane decyzje i przerzuca go na nieodpowidające przed nikim i często anonimowe gremia „eksperckie”. Jest to nader wygodne – nieprawdaż?

To dlatego dziś min. Domański nerwowo poszukuje „eksperta”, który napisze mu opinię wyjaśniającą, dlaczego ma nie przyznać należnej dotacji partyjnej dla PiS. Jeśli kiedyś stanie przed sądem, wyciągnie tę opinię i stwierdzi radośnie, że on po prostu zastosował się do tego, co mu polecili „eksperci”…