Zadzwoniła do mnie koleżanka: „Cześć, słyszałam, że jest u was wakat – jakieś pół etatu dla sekretarki. Wiesz coś?” Dowiedziałam się i oddzwoniłam: „Składaj papiery! Chyba jeszcze wolne!” To, co usłyszałam, wprawiło mnie w osłupienie: „Eeee, pewnie to ogłoszenie to tylko dla picu, na pewno mają kogoś upatrzonego” – powiedziała. Nie złożyła dokumentów. Jej zgoda na nieuczciwość i rezygnacja w obliczu niesprawdzonych przypuszczeń poraziły mnie.

System wzajemnych zależności i powiązań w Polsce powojennej zdeterminował myślenie milionów ludzi. Pamiętam, że kiedy w latach 90. półki sklepowe zapełniły się, moja znajoma dalej kupowała „po znajomości”. Taka maniera, trochę śmieszna, trochę straszna.

System partyjny, struktury sądownictwa, władz lokalnych i centralnych opierają się na tym myśleniu. Zmiana postrzegania rzeczywistości politycznej, społecznej czy gospodarczej musi zostać zapoczątkowana przez zmianę systemu, po której nastąpi kilku- albo kilkunastoletni okres przestawiania się na „nowe” i edukacji. Na nic tu się zdadzą tak chętnie robione symulacje wyborów w innej ordynacji, ponieważ opierają się one o myślenie systemowe. Nie da się chodzić w postawie wyprostowanej pod zbyt niskim stropem. Po dłuższym okresie uwięzienia w ciasnym labiryncie człowiekowi może się wydawać, że pozycja kuczna jest jego naturalną. I nawet po wyjściu na otwartą przestrzeń, nie od razu wyprostuje się.

Jest też druga strona medalu: te ciasne korytarze często mieszczą się w naszych głowach. Kierując się zdrowym rozsądkiem i obalając schematy myślowe, możemy nieco nadwątlić strukturę stropu, co pozwoli nam i innym wyprostować nieco kark.

Ot, taka sytuacja: w trakcie tworzenia dokumentacji dotyczącej wykorzystania pewnych środków skonsultowalam się z odpowiednim urzędnikiem. Urzędnik powinien znać uchwałę, na której opiera swoje decyzje. A moim zadaniem jest przystosowanie się do jego wskazówek. Ale rozmowa nie byla stereotypowa. Sprostowałam poważne merytoryczne błędy i w zamian usłyszałam obietnicę „doczytania” odnośnego dokumentu. Gdybym oparła się na autorytecie urzędnika z racji pełnionej funkcji, mój zakład pracy straciłby pieniądze.

Uważam, że podnoszenie głów przez obywateli to codzienny trud poznawania wszystkiego, co nas dotyczy: przepisów prawa, możliwości rozwoju, sposobów finansowania, różnych źródeł informacji. To znajomość swoich praw i samodzielność w podejmowaniu decyzji, również tych zawodowych. I podważanie decyzji urzędników, politykow, szefów, jeżeli przeczą naszej wiedzy i zdrowemu rozsądkowi.

Drugim sposobem podnoszenia się z „przykucu” jest podejmowanie działań, praca nad tym, co lubimy, umiemy, czym możemy podzielić się z innymi ludźmi. Nie jestem zwolennniczką postawy: „Siedź w kącie, a znajdą cię”, jednak atmosfera, jaka wytwarza się podczas licytacji dokonań i zasług, czy to w pracy, czy na scenie politycznej (np. podczas formowania list wyborczych) tworzy system zawiści i intryg, promuje krzykaczy, a wartościowe osoby ustawia z dala od stanowisk decyzyjnych.

Działanie i nominacja powinny być powiązane. Jesteś dobry w danej dziedzinie, robisz to z pasją, zatem bierzesz odpowiedzialność za ten kawałek. Pomagasz niepełnosprawnym dzieciom – zakładasz fundację; organizujesz życie wsi – zostajesz sołtysem; znasz się na polityce, jesteś szanowany za mądrość i etyczną postawę – wybierają cię na posła.

Jak może być odwrotnie?

Marzy mi się społeczeństwo ludzi uczciwie oddanych swoim pasjom, wiernych swoim wartościom, niepotrzebujących potwierdzać się w oczach innych, potrafiących dostrzec w innych ich potencjał. Ale to wymaga postawy wyprostowanej. A my ciągle na kucaka… 🙁