Zapytano mnie ostatnio, którą z nazw uważam za słuszną: III RP czy PRL Bis. Roześmiałem się i odpowiedziałem, czym naraziłem się strasznie wszystkim fachowcom od polityki, ustrojów, służb specjalnych, ekonomii i propagandy oczywiście. Otóż, żadna z tych nazw nie jest właściwa, bo nigdy nie było żadnych zmian ustroju. Popatrzcie na sferę językową na przykład. Nie mówi się innym ustroju, ale o transformacji, zmianie systemu władzy lub przełamaniu monopolu jednej partii.

Dla mnie rok 1989 był spóźnioną i zmodyfikowaną ze względu na różny kontekst, realizacją planu Ławrientija Berii z 1953/4 roku, o którym pisał w listach do syna. Przedstawił go też najprawdopodobniej na pierwszym posiedzeniu Biura Politycznego KPZR po śmierci Stalina, czym wzbudził przerażenie Chruszczowa, Mołotowa oraz większości wojennej generalicji. I cóż takiego postulował towarzysz Beria?

Na przykład zjednoczenie Niemiec, jako kraju neutralnego i związanego gospodarczo zarówno ze Wschodem, jak i Zachodem. Chciał także wycofać wojsko z krajów socjalistycznych, a nawet pozwolić tym krajom na wybranie własnej drogi, ograniczonej jedynie przez porozumienia dwustronne, gwarantujące bezpieczeństwo ZSRS. Wspominał nawet o zakończeniu monopolu KPZS i dopuszczeniu do władzy środowisk z partią niezwiązanych formalnie i o zniesieniu cenzury. Nie wspominam o reszcie „propozycji”, w tym regulacji granicy z Polską, gdyż i tak brzmi to fantastycznie. Tak, fantastycznie, jak na tamte czasy, ponieważ towarzysz Beria nie przewidział, iż do przeprowadzenia owego planu potrzeba było porozumienia z drugim mocarstwem atomowym, a ono nie było jeszcze gotowe na tak daleko idące zmiany (pomijam deklaracje polityków zachodnich, bo rzeczywistość zazwyczaj bywa inna niż deklarowane „chciejstwo”). Przeliczył się również Ławrientij z oceną własnego podwórka. Źle oszacował stopień determinacji i sposób, w jaki jego byli towarzysze z „dworu Stalina” postanowili przetrwać po śmierci wodza.

I tu dochodzimy do motywacji owych „rewolucyjnych pomysłów”. Towarzysz Beria dobrze znał mechanizmy stalinowskiej władzy. Ostatecznie sam je tworzył. Wiedział też, że takie systemy natychmiast rozpadają się po śmierci wodza, a nie widział następnego Stalina. Ludzie poczują nagle przypływ odwagi i zaczną rozliczać wykonawców wodzowskich pomysłów. Tego bał się strasznie i postanowił przejąć inicjatywę. Nie chciał podzielić losu Jeżowa i Jagody. Postanowił więc, „umiędzynarodowić” sprawę i skanalizować zachodnie obawy wobec Moskwy, wyłącznie do Stalina. „Umarł dyktator i możemy w końcu podarować wolność uciemiężonym narodom.” – myślał sobie pewnie – „Z ciemiężców staniemy się wyzwolicielami, świat nam podziękuje, a my i tak utrzymamy własne pozycje oraz władzę. Z punktu widzenia społeczeństwa jest wszystko jedno, czy rządzi nim jedna partia, czy kilka założonych przez to samo środowisko. W drugim przypadku ludzie się ucieszą, że mają wybór, demokrację i mogą gadać, co chcą. Stworzenie pozorów jest najważniejsze.”. O tym Beria wiedział dobrze. Ostatecznie sam był mistrzem tworzenia pozorów. Umiał też, w odróżnieniu od swoich adwersarzy, liczyć i wyliczył, że cały ten sowiecki kołchoz padnie prędzej czy później, bo nie wytrzyma jednoczesnego wyścigu zbrojeń, szczególnie przy braku drogich technologii i jednoczesnego utrzymywania „Demoludów”. Przynajmniej ich części. Być może Amerykanie też to już wtedy wiedzieli i stąd ich niechętne stanowisko wobec projektów Ławrientija Berii? Całkiem prawdopodobne.

Nie, Ławrientij nie był dobrym człowiekiem. Był bezwzględnym katem i oprawcą, a przede wszystkim bał się, jak boi się każdy kat i oprawca po śmierci swojego mistrza, którego nazwisko położyło cień na cały ówczesny świat. Beria doszedł do wniosku, że nie dorówna „słońcu robotniczego świata”, więc musi cofnąć się i ocalić przynajmniej pozycje wyjściowe. Nie zrozumiał tylko, ze inni współtwórcy systemu stalinowskiego opowiedzą się za prostszymi, tradycyjnymi rozwiązaniami, znanymi z lat trzydziestych. Pojmali więc, rozstrzelali, a na XX zjeździe KPZS w tajnym referacie wszystko zrzucili na niego i na jego pana, którego nawet wywalili z mauzoleum. I po rozliczeniach. Koniec stalinizmu. Do tego potrzebny był śmieszny, prostoduszny Chruszczow, który przygotował grunt dla Stalina Bis, czyli dla Leonida Breżniewa.

Czy nasuwa to wam jakieś analogie, historyczne podobieństwa? Czy, uwzględniając zmienne ilościowe, nie zauważymy podobieństw jakościowych?

Na zakończenie jeszcze jedna uwaga, która na pewno wkurzy cała rzeszę fachowców od różnych aspektów dziejów naszego pięknego świata: uważam, że eksperyment Berii zaczął być testowany w Polsce po roku 1970. Te wszystkie Gierkowskie zaklęcia do bezpartyjnych i stronnictw sojuszniczych, to otwarcie na zachód, te wentyle bezpieczeństwa pod tytułem „Studio 2” i liczne programy kabaretowe, których nie puszczano, ale które znali wszyscy, to udostępnienie „Pewexów” społeczeństwu, ta likwidacja szlabanów na Klonowej i Alei Przyjaciół, by społeczeństwo mogło spacerować tymi ulicami i cała gama podobnych wydarzeń. Potem cios i masaż, który oddzielił środowiska warte dyskusji od tych „niereformowalnych”, a co ciekawe definicja „środowisk niereformowalnych”, jak pamiętam, była często zbieżna w pismach podziemnych i opracowaniach dla członków PZPR, czytanych na zebraniach POP.

Kiedyś, w latach siedemdziesiątych, pewien student, Rosjanin z Moskwy, powiedział mi, że u nas „jest system wielopartyjny, taki, jak na Zachodzie”. Miał na myśli PZPR i stronnictwa sojusznicze, czyli ZSL, SD i związki chrześcijańskie, działające oficjalne. Nie mógł zrozumieć, dlaczego owej „demokracji” nie zauważamy. Uznał też, że my nigdy nie zbudujemy komunizmu. „Za dużo partyjek”. I niech to będzie konkluzja.