Piszę to dla pocieszania tych wszystkich, którzy jak ja nie wpasowują się w rodzinny format świętowania Bożego Narodzenia. Ze specjalną dedykacją. Chciałbym to napisać na wesoło, ale średnio to wychodzi, bo sprawa jest poważna i można co najwyżej temat nieco ironicznie „rozmasować” tak, aby mniej bolało.
U mnie w domu w zasadzie takiej prawdziwie rodzinnej Wigilii nigdy nie było. Na początku rodzice udawali, że wszystko jest w porządku, choć nie było. I kilka lat udawało się im nas, znaczy mnie i siostrę oszukać. Czytaj: zapewnić komfort normalnych świąt. Obydwoje rodzice, każde na swój sposób starali się zapewnić nam tzw. normalność. Tato angażował do tego wiele osób, bo był kierownikiem internatu, i bywało tak, że różne korowody Mikołajów, dziadków mrozów, diabłów i aniołów przewijały się przez nasze mieszkanie położone na parterze Sienkiewicza 2 w Cieszynie. I wtedy byłem pod wielkim wrażeniem. Miałem wrażenie, że momentami mój Tato był reżyserem jakichś zupełnie nieudanych spektakli, które mnie jednak zachwycały.
Mijały lata i wigilijne wieczerze bardziej wywoływały we mnie stres i ucisk w żołądku niż oczekiwanie na coś miłego. Sytuacja między rodzicami stawała się coraz bardziej napięta, a dzieci w takich sytuacjach zachowują się jak pijani piloci w samolotach z tektury. I tak sobie parę razy rozbiłem ryj. Latając tym samolotem. Święta przestały być dla mnie czymś na co się czeka, raczej zaś tym, czego chciałoby się uniknąć. Wygumować z kalendarza.
W najtrudniejszym czasie siadałem na takiej małej górce przed blokami, w których mieszkaliśmy i obserwowałem przez radziecką lornetkę wojskową, jak ludzie spędzają święta. I wtedy obiecywałem sobie, że jak dorosnę, to moje święta będą już normalne. Wtedy przychodził do mnie młodszy kolega, który dopiero miał megapatologie w domu i zawsze pytał, czy może zostać moim przyjacielem. Moja siostra się wtedy z niego śmiała, że niby przygłup. Ale on był OK.
Nikt nie nauczył mnie spędzania świąt. Od pięciu lat spędzam je bez dzieci, które są kilkaset kilometrów ode mnie, z inną rodziną, z innymi ludźmi. Którzy mają te przewagę, że potrafią urządzać święta rodzinne. Na swój sposób oczywiście. Te ich święta znam tylko z relacji telefonicznych Aleksandry.
Gdybym miał trzy marzenia, które mógłbym wytypować do realizacji, jednym z nich byłaby umiejętność spędzania świąt z najbliższymi. To trudna sztuka…
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz