Po wywiadzie:

(Ten tekst miał się ukazać bezpośrednio po ukazaniu się wywiadu w tygodniku. Niestety, działania operacyjne, przypuszczalnie obu stron obu stron sceny politycznej, spowodowały, iż znów znalazłem się w miejscu, w którym byłem kilka lat temu. Dziękuję redakcji portalu „Pressmania.pl” za odwagę.)

Dostałem kilka potężnych ciosów. Ze wszystkich stron, a w tym również i z tej, z której się zupełnie nie spodziewałem. Tak zwany priv Facebooka przyniósł mi zawoalowane ostrzeżenie. Mój dawny znajomy – nie widziałem od lat i jego obecnej działalności nie chcę nawet komentować – przysłał mi pełne „troski” wiadomości zawierające między innymi listę moich kolegów, oficerów, którzy zginęli w „niewyjaśnionych” okolicznościach,  a właściwie okolicznościach, których nikt nie chciał wyjaśnić, zadowalając się najprostszym rozwiązaniem. Nie był przy tym dokładny, bo do tej listy dodałbym jeszcze cztery osoby, w tym mojego dużo młodszego szwagra oraz kolegę. Obaj pracowali na tym samym kierunku, co ja.

Druga wiadomość była zwykłym wyliczeniem „rzeczy” na które mam uważać, wraz z króciutką sugestią dotyczącą „dobra” mojej rodziny. Uśmiałem się zdrowo i opublikowałem post na ten temat. Ilości oskarżeń o „bycie prowokatorem” nawet nie zliczę. Wykorzystano nawet sprawy rodzinne, a tego, jak zostaną przeciwko mnie wykorzystane akta IPN, o których ujawnienie wystąpiłem, nawet nie będę opisywał.

Kolejny dziennikarz uzna to za „prawdę objawioną” i wyrok wyda, nie dając nawet możliwości obrony, strasząc, że „coś wie”, pewien swoich racji, bo stoi za nim nazwisko oraz poczytne pismo, a wierzyć można tylko „generałom”, nie porucznikom. Operacyjne działania deprecjacyjne oraz neutralizujące zostały wszczęte przez wszystkie strony, bo każda z nich ma coś do ukrycia. Szkoda tylko, że nikt nie zauważył, że ja nie ukrywałem niczego. Ani słów, ani czynów. W ten o to sposób, ci, którzy wnikliwie obserwują, co dzieje się ze mną, o podobnym życiorysie, zacierają ręce, bądź zamilkną na zawsze, gdyż potwierdzili zasadę: nigdy nie rozmawiać z prawicą. Cel akcji został osiągnięty.

A ja?  No, cóż? Sam tego chciałeś Józefie K. Jeśli chodzi o najbardziej niszczący mnie tekst, czyli wywiad Antoniego Macierewicza, powiem, po prostu, że w pierwszej chwili zrobiło mi się tak po ludzku przykro i chciałem przestać. Rzucić to wszystko i dać sobie spokój. Z drugiej zaś strony, przyszła refleksja: przecież jest to efekt narracji, która staram się zwalczyć. Naprawdę rozumiem nieufność ministra Macierewicza. Przecież od wielu lat jest niemiłosiernie atakowany i niszczony przez ludzi z podobnym do mojego życiorysem lub związanymi z takimi środowiskami, że jego nieufność jest w pełni uzasadniona. Prawdopodobnie ja sam, gdybym był na jego miejscu, zareagowałbym podobnie.  Szczególnie, że mój głos jest pierwszym, pochodzącym od człowieka, reprezentującego na pierwszy rzut oka to, z czym pan Minister walczył i walczy przez całe życie. Nie ma zamiaru „wojować” z taką oceną, tym bardziej, że pewnie nigdy nie spowoduję jej zmiany, nie mam zamiaru udowadniać uczciwych intencji. Byłbym idiotą, gdybym koncentrował się na rzeczach niemożliwych.

Chciałbym jednak wyjaśnić kilka spraw. Dwie teraz, resztę w dalszej części tego wywiadu: po pierwsze, w SB pracowałem 7 lat i 10 miesięcy, z czego 6 lat w Wydziale XI Departamentu I SB PRL. Pozostałe lata, a więc 21 lat, spędziłem w Zarządzie Wywiadu, Zarządzie Kontrwywiadu UOP i na koniec w Agencji Wywiadu. Jak znalazłem się tam, dlaczego i jakie wnioski wyciągnąłem w roku 1990, co działo się dalej, znajdzie się w kolejnej książce. To zresztą, jest w tej chwili nieważne.

Po drugie, nigdy nie podważałem znaczenia Zespołu Parlamentarnego kierowanego przez Antoniego Macierewicza.

Więcej, uważam, że jego nieustępliwość naprowadziła mnie na szereg kwestii, które poruszyłem w swoim wywodzie. Nadal jednak twierdzę, narażając się na kolejne gromy, że dyskusja była często zbyt skomplikowana, niezrozumiała dla przeciętnych obywateli, a więc łatwa do zaatakowania przez mainstream, który czynił to nieustannie, przez co, duża część społeczeństwa ulegała tej „czarnej” propagandzie. Uważam też, że oprócz dyskusji i badań prowadzonych przez Zespół Parlamentarny, winny być równolegle prowadzone inne, skupiające się na sprawach, o których piszę. Być może, użyłem niezbyt precyzyjnych sformułowań w wywiadzie, powodujących inny odbiór niż to zakładałem.  Stało się. Nie cofnę tego, lecz nie to było moją intencją.

Wzmogły się także głosy ostrzegające mnie przed „prawicą”, a przed PiS, w szczególności. To, w dużym skrócie negatywny odbiór.

Jest też pozytywny. Po ukazaniu się wywiadu odebrałem wiele telefonów, wiadomości na FB od ludzi, którzy zgadzają się ze mną, a nawet potwierdzają moje „ustalenia”. Dowiedziałem się, na przykład, że podobnie, jak ja zareagował jeden z ówczesnych naczelników (nie ma go w służbie od kilku lat; został zwolniony pod błahym pretekstem), który rozesłał po „swoich” ludziach SMS, wzywający ich do gotowości i oczekiwania na decyzje przełożonych, z którymi nie udało mu się skontaktować. To był jedyny SMS od niego w ten weekend. Podobnie było w delegaturach ABW. Nawet w tych na „ścianie wschodniej”. Nie jestem w stanie sprawdzić tych informacji. Mogę im tylko dać wiarę, bazując na własnych doświadczeniach. Nie wiem też czy ci ludzie, będą mieli odwagę by potwierdzić to publicznie.

Kontaktowały się ze mną osoby z różnych środowisk, w tym z diametralnie odrębnych ugrupowań politycznych. Wszyscy zgadzali się w jednym punkcie: należy znaleźć i ukarać winnych za tragedię smoleńską. I to jest powód, dla którego nie przestanę. Nie obchodzą mnie konsekwencje, oskarżenia, prowokacje, obrzucanie błotem, deprecjonowanie mnie poprzez ataki personalne, straszenie. Nie obchodzi mnie to wszystko. Tragedia smoleńska, zamach smoleński, musi zostać wyjaśniony i jest to zadanie nas wszystkich, bo nie można budować państwa na niekompetencji i zbrodni. Mocne słowa! Wiem. Powtórzę je dwa akapity niżej.

Timing

Zarzucany jest mi czas, w którym mój wywiad się ukazał. Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego przed wyborami? Na pierwsze pytanie odpowiedź jest prosta: dopiero teraz mam możliwość i dopiero teraz ktoś mnie wreszcie wysłuchał, chociaż teraz już sam mam wątpliwości.

Nie chcę tu podawać szczegółów, ale już w 2011 roku usiłowałem skontaktować się z kimś, kto przynajmniej porozmawia ze mną na ten temat. W jednym z tygodników, wychodzących wówczas, otrzymałem króciutką odpowiedź, która wręcz odstraszała mnie od takich kontaktów. Oprócz tego, do października 2011 roku byłem czynnym oficerem. Nie mogłem ujawnić się, gdyż popełniłbym przestępstwo, a przede wszystkim naraziłbym zwykłych pracowników, którzy mi zaufali.

W grudniu 2013 roku w dość brutalny sposób ustały moje związki z wywiadem (nota bene też przez „Smoleńsk” i szkolenie analityczne) postanowiłem szukać dalej. I co? Nadal było to samo. Chciałem nawet napisać „powieść z kluczem”, ale uznałem, że komercjalizacja tak ogromnej tragedii, byłaby wyjątkowo nieetycznym postępkiem. Dopiero wydanie książki, pełne ujawnienie się spowodowało, że ktoś w końcu zainteresował się tym, co mam do powiedzenia.

Ten wywiad miał zresztą powstać kilka miesięcy temu, lecz osoba, której to wszystko mówiłem, dziennikarz, mimo rekomendacji mojego wydawcy, również potraktowała mnie w sposób podobny do tygodnika z roku 2011.

Drugie pytanie dotyczy polityki. Moim zdaniem, ci co twierdzą, że trzeba milczeć o Smoleńsku, bo „przegramy wybory” są w błędzie. Po pierwsze, zawsze są jakieś wybory i co z tego? Mamy milczeć i pozwolić, by czas zagmatwał jeszcze bardziej możliwości wykrycia sprawców? Przecież to działa jedynie, na korzyść tych, którzy „tragedię smoleńską” chcą „zamieść pod dywan” i przyjąć raport Anodiny za jedyne rozwiązanie. Na to nigdy nie można się zgodzić.

Po drugie, nie ma milczenia o tej tragedii. Nawet jeśli osoby związane z PiS nic na ten temat nie mówią, to nie ma dnia, by jakieś mainstreamowe media, w różny sposób, na ogół bardzo podły, nie przypominały o tej tragedii. I to jest właśnie prowokacja, której celem jest podprogowy przekaz społeczeństwu, że „PiS tylko gra, bo po wyborach zajmie się wyłącznie tym”. Przypominam kampanię „kto stoi za Andrzejem Dudą”. I co? Kto wygrał te wybory? Po trzecie, a propos wyborów.

Uważam, że teraz „sprawa Smoleńska” tyko pomoże, a moja nieudolna analiza, jest ilustracją „teoretycznego państwa” znanego z „taśm prawdy”. To nie jest tylko moje zdanie. Wiele osób ze środowisk prawicowych oraz narodowych, nawet nie nastawionych skrajnie, uważa podobnie. O dziwo, zauważcie Państwo, głosy o prowokacji z mojej strony pojawiają się wśród polityków, mocno „niszczących” PiS.

Po czwarte, nie chcę nic osiągnąć, ani nie muszę się ratować, chociaż obserwuję „taniec fachowców” wokół prawdopodobnej nowej władzy, w myśl zasady” „My chcieliśmy, ale nam nie pozwalano” (w „tańcu” oni rzeczywiście są „fachowcami”). Ja już zakończyłem jakiekolwiek związki ze służbami specjalnymi i nie chcę mieć następnych.

Kilka miesięcy temu byłem pytane przez osoby, które być może będą rekonstruować służby, czy bym nie wrócił, nawet jako osoba doradzająca kształt reform. Odpowiedziałem zdecydowanie „Nie”. Już nigdy nie zamieszam się w to, na co straciłem prawie całe życie, a co w rezultacie obraca się przeciwko mnie. Może napiszę jeszcze ze dwie książki, co jest prawdopodobne, może zostanę dziennikarzem, czego bardzo bym chciał, a co jest praktycznie nieprawdopodobne. Na szczęście pozostaje Facebook

Dowody

Nic nowego nie powiedziałem. Oczywiście! Nie przedstawiłem, żadnych dowodów, bo ich mieć nie mogłem. Na czym miałem się oprzeć? Jestem humanistą i sprawy techniczne są dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Nie mogę więc, dyskutować na ich temat. Od tego są fachowcy.

Znam jednak działanie polskich instytucji państwowych, procedury, zależności oficjalne i rzeczywiste. Znam pracę operacyjną i jej zasady. Wiem również, ze złożyłem fakty już znane, chociaż wydaje mi się, iż złożyłem je w całość, gdyż zrobiono wszystko, by je rozproszyć i w ten sposób utrudnić wnioskowanie. Połączyłem to, co znalazłem poprzez „biały wywiad” – do innych informacji nie miałem dostępu – z własnym doświadczeniem oraz obserwacjami i przeanalizowałem wydarzenia przed i po. Doszedłem do określonych wniosków. Być może błędnych, lecz opierałem się jedynie na oficjalnie dostępnych źródłach i własnych obserwacjach.

Jeśli zatem rzeczywiście polskie służby specjalne coś robiły , a mnie pominięto, bo nie byłem przydatny, niech powiedzą co i jakie osiągnęły rezultaty. Jeśli nie, to niech wskażą dlaczego i kto im nakazał takie postępowanie. Nadal też uważam, że w sytuacji najwyższego zagrożenia należy poświęcić aktywa, bo wymaga tego dobro wyższe –kraju i jego obywateli i nie obchodzi mnie krytyka wszystkich teoretyków wywiadu, którzy nigdy tej roboty nie wykonywali, lecz potrafią doskonale żonglować oficjalną bibliografią.

Należy ludziom wyjawić prawdę, bez względu na jej konsekwencje. Inaczej stajemy się wspólnikami zła. Pamiętajcie też państwo, że jestem praktykiem. Moje „dowody” nie mogą być uznane za dowody w sensie prawnym. Są to tylko poszlaki, ale dla w pracy operacyjnej stanowią swoiste dowody. Wielokrotnie w kontrwywiadzie wiedzieliśmy, że ktoś jest szpiegiem, lecz nie byliśmy w stanie zdobyć dowodów w sensie prokuratorskim. Tak jest w każdej służbie na świecie.

Chcecie jednak następnych poszlak-dowodów? Proszę. Poniżej umieszczam linki do kilku stron z portalu TVN24 i TVP Info. Nie będę omawiał artykułów, nie ustosunkowuję się do ich „ideologii”, ponieważ interesują mnie tylko opisane zdarzenia:

Link pierwszy, artykuł z 31.01.2011 roku: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/nie-obejrzeli-lotniska-i-tak-chcieli-tam-leciec,160374.html . Widać wyraźnie, że polskie władze i służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo dobrze wiedziały, co tam się dzieje i jak jest ta wizyta przygotowywana.

Link drugi, artykuł z 21.01.2011 roku: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/polska-chciala-dokumentow-lotniska,159580.html . Kolejny dowód na złe przygotowywanie wizyty, a nawet na jej obstrukcję.

Link trzeci, artykuł z14.06.2010  http://www.tvp.info/1959769/telefony-ofiar-tu154-nie-trafily-do-sledczych . Tu widać całkowity brak świadomości i bezsilność prokuratury oraz brak operacyjnego zabezpieczenia działań. Nie wiem, czy te telefony zostały zniszczone w czasie upadku samolotu, czy nie. Jeśli przetrwały, to wówczas przez jakiś okres czasu, Rosjanie odbierali i kontrolowali komunikację wysyłaną na te numery. W przypadku Blackberry MSZ mieli dostęp do clarisów i depesz do określonej klauzuli (nie pamiętam, ale chyba wówczas telefony dopuszczono już go przekazywania informacji tajnych, a na pewno do poufnych). Mogli więc, monitorować nasze działania bezpośrednio po tragedii. Chciałbym wiedzieć kiedy „zdjęto” telefony ofiar z rozdzielnika i czy zostały one uszkodzone w trakcie upadku, czy może przez Rosjan, chcących ukryć własną ingerencję w ich zawartość. Zaznaczam, nie znam się na tym. Wiem jednak, że jest to możliwe. Czy istnieje ekspertyza na ten temat? Nie wiem.

Jeszcze jeden wniosek, a właściwie pytanie? Dlaczego sprawy proceduralne tak szybko zniknęły z mediów głównego nurtu, które od razu zaczęły huraganowy atak na ministra Macierewicza i wszystkich tych, którzy nie zgadzali się z oficjalnie propagowaną opinią? Rzeczywiście, w oficjalnym raporcie, a nawet w mainstreamie były, jakieś krótkie wzmianki o „bałaganie”, lecz szybko je pomijano, uzasadniając koniecznością „kontroli”. Cóż, owa „kontrola” wykazała „nieprawidłowości”, ale nie wskazała winnych, ani wpływu tych „nieprawidłowości” na ten tragiczny lot do Smoleńska. Poza tym utajniono wszystko…i umyto ręce. Tak to odbieram.

Chciałbym również usłyszeć cały zapis rozmów pilotów, od włączenia silników do samego końca. Byłoby wówczas możliwe określenie, m.in. momentu, w którym zorientowali się, że coś nie gra. Jeśli nie mamy oryginałów czarnych skrzynek i pełnego zapisu, jest ogromnym, o ile nie podłym, nadużyciem obarczanie ich winą lub twierdzenie o presji wywieranej na nich, co czynią wciąż czynniki oficjalne. Jest to po prostu nieuczciwe. Nota bene, z tych opublikowanych fragmentów dla mnie wynika iż generał Błasik, jako doświadczony pilot zorientował się, że coś jest nie w porządku i chciał pomóc młodszym kolegom i nie tworzył żadnej presji, jak chcą tego Rosjanie. Dlatego uznaję, że konieczna jest analiza całości. Oryginalnej całości.

Zamach

Nigdy nie wycofałem się i nie wycofam z używania tego słowa. Oskarżenie o to nie jest sprawiedliwe. Tak określiłem tą tragedię w TV Republika, gdzie z przyczyn obiektywnych nie zdołałem wypowiedzieć się do końca. Powtórzyłem je wyraźnie w Polsat  2 News mimo ewidentnych prób ośmieszenia mnie, przez bardzo miłą panią redaktor, choć zabawnie zdziwionej, że jakiś „esbek” potrafi pisać i używać zdań złożonych.

Rzecz w tym, że ja nadal uważam, iż do upadku samolotu nie musi prowadzić wybuch. To znów zostawiam naukowcom.  Można, moim zdaniem, doprowadzić do katastrofy samolotowej poprzez wytworzenie całego ciągu czynników, które spowodują jego upadek. Nie będę tu ich wymieniał. Część pojawiła się w wywiadzie dla „wSieci”.

Ostatnio przeczytałem informację, która dopełnia mój ogląd sprawy. SKW aresztowała rosyjskiego szpiega, który od 2001 roku do 2011 roku służył w 36 Pułku. Z pracy w kontrwywiadzie wiem, że takie sprawy trwać mogą dość długo, zanim udowodni się szpiegostwo procesowo. Jeśli tak było, to kiedy SKW powzięło swoje podejrzenia? Przed 2010 rokiem? Co wówczas zostało zrobione, by to ewidentne zagrożenie dla osób sprawujących najwyższe funkcje państwowe zneutralizować? Czy znów zasłonięto się paranoją tajności i „dobrem służby”?  Jeśli zaś te podejrzenia pojawiły się później, to czy miały i jaki związek z 10 kwietna 2010 roku?

„Niekompetencja, bałagan, złamanie wszystkich procedur”. Tym zainteresowałem się, ponieważ to mogę ocenić. W przypadku Tupolewa moja ocena jest jasna: to był zamach. Jak inaczej można nazwać wydarzenia przedlotem, które służyły uniemożliwieniu, utrudnieniu wizyty Prezydenta RP?

Jeśli dołożymy do tego  wyraźnie sterowaną narrację praktycznie od pierwszych chwil po upadku samolotu oraz wszystkie następujące później wydarzenia, to wniosek jest oczywisty. Nie interesuje mnie przy tym, czy stały za tym siły obce, czy „tylko” walka polityczna. W każdym wypadku działanie te noszą wszelkie znamiona zamachu.

Niektórzy mówią o niekompetencji, niekompetentnych urzędnikach, nieprzygotowanych do powstałego kryzysu. To nic nie zmienia. Niekompetencja sugeruje brak intencjonalności, ale tak nie jest. Nie wierzę w przypadkowe mianowania lub delegacje. Ktoś tych urzędników mianował, wyznaczył zadania i ktoś za to wszystko odpowiada osobiście. Ktoś też nie zareagował, widząc nieprawidłowości, bądź nie chciał ich widzieć. A to już jest intencjonalne. I stąd się właśnie bierze moja teza o zamachu. I będę tak sądził, dopóki ktoś nie udowodni, że jest inaczej.

Długo zastanawiałem się, jak zakończyć ten, może zbyt osobisty, tekst. Znalazłem zakończenie, które jedni uznają z ostrzeżenie, a inni za nadzieję, bo mieć ją musimy wszyscy. Nieważne kto to napisał:

„I jeszcze o jedno poproszę was na koniec: was, którzy do ludu Krzyża należycie, i was, którym Półksiężyc ścieżki rozświetla, i was, którzy wciąż jeszcze na Mesjasza czekacie, i was, tęskniących za Nirwaną, i was, którzy macie własne Świętości, lub ich wam nie potrzeba, was wszystkich proszę, ja Ateista, módlcie się, proście codziennie i żarliwie, by Bóg nie istniał, bo jeśli istnieje – biada nam wszystkim. Od Jego wyroków nie ma odwołania.”