Wychowałem się w mieście, w którym na początku 90. XX wieku ludzie stali po kilka godzin, żeby przekroczyć granicę. Objuczeni torbami, w dresach z kreszu. Obok nich przejeżdżały stare Skody. Paliło się wtedy „Popularne” – ohydne papierosy bez filtra. Kolejka posuwała się wolno, czasem czekało się pół dnia, żeby wstąpić do Czechosłowacji. Początkowo, to myśmy wysysali ich rynek, teraz jest dokładnie na odwrót. Oni kupują u nas. Wszystko. Prawie wszystko, bo w u nas jest dużo taniej.
W tych kolejkach była jedna wielka patologia, chamstwo kwitło mimo pory zimowej do zenitu. W tych kolejkach nauczyłem się zajebistych przekleństw, takich, że jak recytowałem je ludziom spoza tego światka, to im uszy usychały.
Początkowo chodziłem tam z ciekawości, żeby zobaczyć co jest po drugiej stronie granicznej rzeki. Kupowałem sobie za 12 koron te chemiczne gównopianki o smaku benzyny i pomarańczy, żarłem je i myślałem, że jestem prawie w Ameryce. I to po taniości. Bo nigdzie nie musiałem lecieć, tylko z patolami kilka godzin w kolejce wyczekać. Czasem kupowałem sobie banana, siadałem wtedy na ławce nad Olzą i tak delikatnie go odpakowywałem, żeby na tej cholernej skórce nie zostało za dużo miąszu.
Po kilku miesiącach miałem już paszport usrany pieczątkami granicznymi i trzeba było wymieniać. Pieczątki bili i jedni i drudzy, trochę sadystycznie, bo przecież widzieli, że to miejscowy i z łańcucha i tak się nie zerwie, bo głodny pies do miski ciągnie. Ale paskudzili nam paszporty tymi wielkimi pieczątkami. Polscy celnicy byli na ogół beznamiętni, raczej wyluzowani. Czescy wprawiali się w sadyzmie. Rozbebeszali torby i plecaki, kazali się rozbierać do majtek. Czescy celnicy to była najgorsza kategoria człowieka postczechosłowackiego. Ludzie bez honoru. Mistrzowie świata w złośliwości bez korzyści własnej.
Przemycałem alkohol na polską stronę. Najlepiej schodziły te pseudokoniaki za 20 złotych 0,7 w przeliczeniu na dzisiejsze. W sumie kilkaset ich przeszmuglowałem. Początkowo na piechotę, potem zdezelowanym fiatem 126p. Mój wujek kiedyś od Mamy pożyczył tego fiata, potem oddał, ale zapomniał, że pod tylnym siedzeniem zostawił pistolet. I ja z nim tak kilkadziesiąt razy obracałem tam i we wte.
Koniec końców przemycałem też ludzi. Koleżanka z pierwszego roku studiów przyjechała na konfę do Cieszyna i zachciało się jej do Czechosłowacji. A nie miała paszportu. Położyłem ją więc na tylnym siedzeniu, przykryłem kocem i tak obróciłem do Czeskiego Cieszyna i z powrotem. A ona na to, że fajna sprawa, i żebyśmy powtórzyli całą sytuację. Uznałem, że to za duże ryzyko, ale na przejściu w Boguszowicach – tym wielkim poza miastem – odprawa jest szybsza i polega na tym, że sprawdzają tylko czy liczba osób zgadza się z liczbą paszportów. Pożyczyłem paszport mojej siostry, żeby się stan zgadzał. Celnik okazał się jednak gościem, któremu moja siostra dała kosza, zechciał ją obaczyć i skończyło się na kajdankach i zawiniętych przez Straż Graniczną sznurówkach, żebym się w areszcie nie powiesił.
Wy Młodzi, nie wiecie co to są czasy. Czasy kiedyś były, teraz nie ma już czasów…
Kolejka do przejścia granicznego w Cieszynie lata 90 – zobacz tutaj.
Zostaw komentarz